Ty okradasz mojego syna, on nawet na żarówkę nie ma!
Niedzielny poranek. Leżę sobie pod kocem na kanapie w naszym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Mąż, Karol, pojechał do mamy wymieniać żarówki, bo nagle spaliła się wszystkie naraz. Oczywiście, wiadomo, że matka Karola potrafi być bardziej kreatywna niż niejeden reżyser sekcji dramatycznej w remizie:
Synku, a pamiętasz, że dzisiaj Jeremiasz ma urodziny?
Karol jest prawdziwym królem rozrzutności zaraz po pensji Portfelowy Król Polski, a zaraz po trzech dniach, komornik domowy. Cud, że oddaje mi kasę na rachunki i spożywkę, reszta magicznie znika na nowe planszówki, gry komputerowe, wypasione myszki, poduszki gamingowe i inne strategiczne zakupy. Nie wnikam lepiej przecież łupać w FIFA niż włóczyć się po nocnych klubach z kolegami od Monopola. Gdzieś czytałam, że pierwsze czterdzieści lat dzieciństwa jest dla facetów najgorsze.
Nie żalę się tu wcale, bardziej tłumaczę, dlaczego Karol wiecznie pusto w kieszeniach ma. Ja z kolei potrafię trochę zaoszczędzić i to ja ratuję domowy budżet, gdy przychodzi nagły kryzys pt. Potrzeba pieniędzy na pączki. Ale gdy tylko chodzi o mamę Karola, jego siostry albo jej pociechy, kasę trzymam na dnie skarpety i nie wydaję.
Wiadomo, urodziny Jeremiasza same się nie obchodzą, więc już tydzień temu kupiłam mu prezent model kolejki, bo chłopak świruje na punkcie pociągów. Przed odjazdem Karola wręczyłam mu paczkę i rozsiadłam się na spokojnie z pilotem w ręce. Do teściowej przecież nie jadę z definicji nasze relacje są jak kiszone ogórki po miesiącu na słońcu: ostre i trochę nieświeże.
Matka Karola uważa, że go nie kocham, bo nie pozwalam jej wciągać do domowego budżetu, a na jej wnuki patrzę z dystansem raz się zgodziłam je popilnować chwilkę, a wrócili po nich po pół dnia, przez co do pracy nie zdążyłam, i jeszcze miałam odwagę powiedzieć, że mi to nie odpowiada. Za karę zostałam okrzyknięta bezwstydnicą i chamką. Od tej pory wyłączam się z wszelkiej opieki, ale nie przeszkadzam, gdy Karol bawi się z siostrzeńcami bo i ja lubię się z nimi czasem pobawić, szczególnie jak nie muszę po tym biegać ze ścierką.
Karol wrócił szybciej, niżby się zdawało, i ku mojemu zaskoczeniu, wszyscy mamunia, siostra, jej dzieci, kotek Burek zjawili się u nas. Matka Karola jak do siebie wlazła w buciorach i oświadczyła:
Uzgodniliśmy, że Jeremiasz dostanie tablet, wybrał sobie taki za dwa tysiące. Ty mi dasz połowę tysiąc złotych w portfelu, najlepiej teraz.
No, przepraszam, może i bym szarpnęła się na prezent, ale za dwa tysiaki nie wydolę chyba, że tablet sam odrabia lekcje i gotuje obiad.
Naturalnie, nie dałam ani złotówki. I tu zaczęły się oskarżenia pod adresem mojej rzekomej chciwości. Karol robił oczy kota ze Shreka, ale ja szybciutko włączyłam komputer, zawołałam Jeremiasza i w pięć minut kupiłam mu gadżet, o którym marzył model parowozu z dymkiem.
Jeremiasz szczęśliwy popędził pokazać prezent mamie, a szwagierka złote rączki już coś przymierzała się, żeby wyciągnąć z mojego plecaka. A matka Karola zamiast docenić gest, burknęła tylko:
Kto cię o to prosił? Miałam dostać pieniądze, nie prezenty. Mój syn przez ciebie chodzi jak dziad, nawet żarówki nie może sobie kupić. Daj mi tysiąc złotych i tyle!
Zaczęła grzebać w mojej torbie jak mistrzyni PKS-owego złodziejstwa. Rzuciłam Karolowi spojrzenie, które mówiło: akcja ewakuacja!
Masz trzy minuty, żeby ich wszystkich wyprosić z domu warknęłam.
No i wyprosił. Akurat trzy minuty. Czułam się jak królowa własnego mieszkania.
W sumie teraz jestem wdzięczna, że Karol lekką ręką traci wypłatę na gry. Przynajmniej nie oddaje jej całej mamusi pod stołem. Lepiej niech wydaje na własne przyjemności, niż ma go puścić z torbami rodzina. A ja? Cóż, zastanawiam się, czy nie lepiej jednak było wyjść za sierotę Zawsze ciszej w święta!




