Talerze z niedojedzoną, już zimną kolacją wciąż stały na stole. Martyna patrzyła na nie, ale jakby ich nie widziała. Za to bardzo wyraźnie widziała cyfry odmierzane przez zegar, który powoli, jakby złośliwie, przesuwał się do przodu. 22:47.
Krzysztof obiecał wrócić na dziewiątą. Jak zwykle
Telefon milczał.
Martyna nie była już zła.
Wszystko, co jeszcze w niej żyło, wypaliło się do cna, zostawiając jedynie zimne zmęczenie.
Około wpół do dwunastej w zamku zabrzęczał klucz.
Martyna nawet nie odwróciła głowy. Siedziała na kanapie, otulona kocem i wpatrzona w jeden punkt.
Cześć, kochanie. Przepraszam, utknąłem w pracy w znużonym głosie Krzysztofa pobrzmiewały sztuczne nuty energii. Zawsze tak mówił, gdy kłamał.
Podszedł, pochylił się, by pocałować ją w policzek. Martyna instynktownie się cofnęła. Ledwie widocznie, ale on to odczuł.
Coś się stało? zapytał, odplątując szalik.
Pamiętasz, jaki dziś dzień? jej głos był cichy i pozbawiony życia.
Zawahał się przez ułamek sekundy.
Środa. A dlaczego pytasz?
Dziś są urodziny mojej mamy. Mieliśmy do niej pojechać z tortem. Obiecałeś.
Twarz Krzysztofa zmieniła się natychmiast. Uśmiech spłynął mu z ust, ustępując miejsca wyrazowi winy i paniki.
Rety, Martynko, kompletnie zapomniałem. Przepraszam, naprawdę, mam urwanie głowy w pracy. Zadzwonię do niej jutro, obiecuję.
Poszedł do kuchni. Martyna słyszała, jak Krzysztof krząta się przy lodówce, jak brzęka naczyniami. Zawsze chował się za taką krzątaniną łatwiej ukryć się za szklankami i talerzami przed niewygodnymi pytaniami.
Ale tym razem nie zamierzała mu odpuszczać. Wstała i podeszła do drzwi kuchni.
Krzysztof, z kim dziś pracowałeś aż do jedenastej wieczorem?
Odwrócił się. Dłoń trzymająca karton mleka lekko mu zadrżała.
Z ekipą. Ruszamy z nowym projektem, terminy gonią. Przecież wiesz, jak to bywa.
Wiem przytaknęła. I wiem też, że dziś o trzeciej dzwoniłeś i mówiłeś: Ela, wszystko rozumiem, ale muszę to naprawić.
Ela. Elżbieta. Jego była żona. Widmo, które było z nimi przez całe trzy lata. Widmo przesiąknięte chłodem niedopowiedzianych pretensji i żalu.
Krzysztof zbladł.
Podsłuchiwałaś mnie?
Nie musiałam podsłuchiwać. Gadałeś tak głośno w łazience, że wszystko słyszałam.
Odłożył mleko na stół i ciężko opadł na krzesło.
To nie tak, jak myślisz
A jak mam myśleć? głos Martyny po raz pierwszy zabrzmiał nutą żalu i emocji. Odkąd pół roku chodzisz jak na szpilkach? Wracasz coraz później? Patrzysz na mnie tak, jakby mnie nie było?! Próbujesz do niej wrócić? Powiedz uczciwie, bo wytrzymam.
Krzysztof opuścił głowę. Jego silne, zręczne dłonie leżały bezwładnie na stole potrafił naprawić wszystko, tylko szczęścia nigdy nie zbudował.
Nie zamierzam do niej wracać powiedział cicho.
To co? Sypiasz z nią znowu?
Nie! było w jego oczach tyle rozpaczy i prawdy, że Martyna na moment zwątpiła w swoje podejrzenia. Martynko, zaufaj mi, nic takiego się nie dzieje.
To co?! Co naprawiasz?! niemal krzyczała. Spłacasz jej długi? Rozwiązujesz jej kłopoty? Żyjesz jej życiem zamiast żyć ze mną?!
Milczał.
Nagle Martyna wypuściła z siebie wszystko, co tak długo tłumiła.
Odejdź, Krzysztofie. Idź do niej, skoro jest ci tak potrzebna. Albo do kogokolwiek. Naprawiaj swoje błędy, tylko mnie zostaw w spokoju. Nie mogę już tak dalej. I nie chcę.
Chciała wyjść, ale Krzysztof rzucił się i zastąpił jej drogę:
Nie mam dokąd pójść! Żadnej Elżbiety nie ma! Nowej, starej żadnej! Ja sam nie wiem, co się ze mną dzieje. Po prostu chcę wszystko naprawić!
Odwrócił się, przełykając ślinę.
Nie mów zagadkami ledwo wydusiła Martyna.
Pytałaś, co naprawiam? nie wytrzymał. Siebie naprawiam! Próbuję to zrobić. I nie potrafię! Rozumiesz? Ty nie jesteś ona. Jesteś cierpliwsza, lepsza, zawsze wierzyłaś we mnie, nawet gdy ja sam sobie przestałem wierzyć. Z tobą wszystko miało być inaczej, ja miałem być inny, lepszy. Ale nic nie wychodzi! Ciągle coś psuję: zapominam o ważnych dniach, ślęczę w pracy, chociaż wiem, że na mnie czekasz. Milczę. Patrzę ci w oczy i widzę, jak gaśnie w nich światło. Tak samo gasło kiedyś w jej oczach.
Martyna nie odpowiedziała.
Nie chcę szukać innej mówił cicho Krzysztof boję się, że będzie znów tak samo. Przegapię to, co najważniejsze. Sprowadzę ją do łez, rozpaczy, nienawiści. Nie umiem być mężem. Nie umiem żyć razem Dzień po dniu. Bez awantur, bez dramatu. Wszystko wokół siebie burzę. Dlatego nie żyję naprawdę, tylko chodzę po linie, bojąc się każdego kroku. A ty ty też obok mnie jesteś jakby nieżywa
Spojrzał jej prosto w oczy, pierwszy raz naprawdę szczerze, choć zagubiony:
Problem nie jest w tobie. Ani w Elżbiecie. Problem leży we mnie
Martyna słuchała tego chaotycznego wyrzutu i nagle zrozumiała: Krzysztof jej nie zdradził z inną kobietą. Zdradził ją swoim strachem. Nie jest złoczyńcą, a zagubionym człowiekiem, który nie wie, jak żyć dalej.
I co teraz, Krzysztofie? spytała spokojnie, bez wyrzutu. Zrozumiałeś to wszystko. I?
Nie wiem szczerze odpowiedział.
To się odnajdź sam. Idź do psychologa, zakop się w książkach, uderz głową w mur wszystko jedno. Przestań biegać w kółko i szukać magicznego guzika, który naprawi przeszłość. Takiego nie ma. Jest tylko praca. Nad sobą. Zrób to. Sam.
Beze mnie.
Wyszła z kuchni, minęła go w przedpokoju i sięgnęła po płaszcz.
***
Drzwi się zamknęły. Krzysztof został sam w ciszy, którą przerywało tylko stukanie deszczu. Podszedł do okna, zobaczył jak sylwetka Martyny znika w mokrym mroku i poczuł ogromny ciężar. Ciężar tego, co zostało z nim.
Jego przepaść nie była już tylko cieniem. Była tutaj w tym pustym mieszkaniu, w zimnej kolacji, w jego własnych rękach, które nie zdołały niczego zatrzymać.
I zamiast biec za Martyną, otworzył butelkę żubrówki.
***
Noc była długa i pełna pytań. Rano wiedział, co zrobić: musiał przestać szukać szczęścia w innych i nabrać odwagi, by zacząć od siebie. Czasem kluczem do lepszego życia nie jest druga osoba, a własna przemiana. Każda relacja zaczyna się i kończy w nas samych. To, co naprawdę ważne, trzeba naprawiać w sobie nie uciekać, nie szukać winnych, tylko wykonać pracę, której nikt za nas nie zrobi.



