Nie jestem już dzieckiem: mam 36lat, jestem mężatką, wychowuję 11letnią córkę. Ale od wielu lat, każdy poranek zaczyna się dla mnie tak samo: dzwoni moja mama. Nigdy o nic nie prosi, tylko zadaje to samo pytanie.
Pamiętam, jak chodziłam jeszcze do szkoły podstawowej, mama budziła mnie każdego ranka, przygotowywała pyszne śniadania i robiła kanapki do szkoły z pachnącą bułką, którą sama upiekła.
Piekła dla całej rodziny – dla mnie, brata i taty. Po ukończeniu szkoły pojechałam do miasta, na studia. Zajęcia rozpoczynały się o godzinie 8:00, a moja mama chodziła do pracy na 10:00, ale co rano o 7:00 mama dzwoniła do mnie, pytała, co mam na śniadanie i kazała się ciepło ubrać, bo na dworze zimno.
I ta „tradycja” trwa do dziś.
Dzwoni mama, początkowo pyta, co u nas, o moje życie rodzinne i zawodowe, o wnuczkę, a potem zawsze pyta, co jadłam na śniadanie. Od tylu lat, codziennie zadaje mi to pytanie. Ktoś inny mogłyby pomyśleć, że to denerwujące, ale ja niecierpliwie czekam na jej telefon, czekam na to pytanie, które jest dla mnie tak ciepłe i ważne, bo wiem, że w ten sposób moja mama mówi „Kocham Cię”. Doskonale rozumiem, że dopóki żyje moja mama, będę jej dzieckiem. Mama jest już starszą kobietą i pewnego dnia nadejdzie poranek, kiedy nie usłyszę, tego znajomego, oczekiwanego pytania.
Więc póki mogę, każdego ranka wstaję parę minut wcześniej, żeby porozmawiać z moją mamą i powiedzieć jej, co mam na śniadanie.


