Nigdy nie sądziłem, że słoiki z ogórkami i stary samochód tak bardzo poprawią moją relację z dziadkiem.


Tuż po skończeniu szkoły poszedłem na studia na Uniwersytet Ekonomiczny, co mocno rozczarowało mojego dziadka. Miał nadzieje, że jego wnuk zostanie lekarzem, prawnikiem albo w najgorszym przypadku żołnierzem, ale na pewno nie księgowym w kiepskim garniturze. Przynajmniej tak właśnie wyobrażał sobie przyszłość osób kończących ten kierunek. Mój dziadek nie rozumiał współczesnych czasów, komputerów, Internetu, a tym bardziej ekonomii czy biznesu. Jego głównym zainteresowaniem był jego ogródek, którym też zajął się stosunkowo niedawno, bo wcześniej nie wierzył w moc warzyw i dobro płynących z nich witamin. Uważał je wcześniej za bezużyteczne dla swojego zdrowia. Teraz jednak z chęcią robił przetwory, które były jego największą dumą.

W czerwcu babcia zaczęła podupadać na zdrowiu, miała kłopoty z pamięcią i coraz częściej zapominała twarze swoich bliskich. Niedługo przed końcem wakacji zmarła, zostawiając dziadka samego. Wtedy jeszcze bardziej skupił się na sadzeniu, uprawianiu i przetwarzaniu owoców i warzyw. Starał się jak najlepiej stosować przepisy swojej żony. Często wydzwaniał do mamy z pytaniami, co na przykład babcia mogła mieć na myśli pisząc 20 lat temu, że do słoika ogórków trzeba włożyć kilka liści porzeczki. Samotność coraz bardziej dawała mu się we znaki, więc na wiosnę postanowiłem zaprosić go do siebie, by pomieszkał ze mną przez jakiś czas w Warszawie. Co prawda na początku stawiał opór, ale w końcu spakował się do swojego starego poloneza i ruszył w drogę do stolicy.

Dziadek nienawidził dużych miast. Za dużo w nich było ludzi (albo idiotów, jak to miał w zwyczaju mówić), samochodów i ruchu. Za absurd uważał przepisy drogowe, które kazały wszędzie ustępować pieszym pierwszeństwa, bo na wsi każdy znał swoje miejsce i nikomu by nie przyszło na myśl, pchać się pod samochód. W tym czasie udało mi się skończyć studia z wyróżnieniem oraz dostać pracę w banku. Przez to miałem dużo mniej czasu dla dziadka, a jemu się najwyraźniej nudziło w mieście, bo nie widział tu dla siebie nic interesującego.
Któregoś dnia jadąc do pracy autobusem usłyszałem w radiu, że jakiś 70-latek blokuje autostradę jadąc 50km/h starym polonezem. Od razu pomyślałem o dziadku, ale zignorowałem tę myśl, bo przecież nie miał powodu, by gdziekolwiek jechać. To, co zastałem w mieszkaniu po powrocie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Cały korytarz był zastawiony słoikami i workami z ogórkami oraz wszelkimi dodatkami potrzebnymi do ich konserwowania. Zajrzałem do kuchni, gdzie na krześle siedział dziadek, który ochoczo mieszał w wielkim garnku gotującą się zalewę do ogórków. Zdziwiony zapytałem, kto to wszystko przywiózł? Dziadek bardzo oburzył się tym pytaniem. Stwierdził, że przecież nie jest kaleką, a prawo jazdy ma więcej lat, niż ma przeciętny mieszkaniec Warszawy, i skoro prowadził samochód przez większość swojego życia, to nie ma zamiaru z tego rezygnować, ani ze swojego starego samochodu. Spojrzałem wtedy przez okno i zobaczyłem, że polonez zastawia wjazd do wiaty śmietnikowej, ale dziadek uparł się, że nie będzie go przestawiał, bo jest zajęty.

Sam uważałem to wszystko za zabawne, ale moja mama miała inne zdanie. Najpierw nakrzyczała na niego, że jest nieodpowiedzialny i że zrobi sobie albo komuś krzywdę, a później próbowała mu wybić z głowy pomysł przetwórni ogórków w mieszkaniu w bloku. Tłumaczyła, że przecież można kupić gotowe w sklepie, co dziadek uznał za jawną herezję, bo przecież są drogie i nie wiadomo czym były faszerowane.

Jako, że mi osobiście nie przeszkadzały jego zainteresowania, pozwoliłem mu robić dalej to, co lubi. Z czasem pasja dziadka zamieniła się w prawdziwy biznes. Jakimś sposobem, o jego przetworach dowiedzieli się nasi sąsiedzi, którzy masowo zaczęli składać na nie zamówienia. Na początku przynosili mu stare słoiki i skrzynki z warzywami, a potem już nawet ich rodziny dzwoniły, by zamówić od dziadka jego specjały, oferując mu pieniądze. Dziadek dzielnie tworzył dalej oferując nawet dowóz na terenie Warszawy.

Któregoś dnia przy kolacji dziadek chwalił się swoim powodzeniem żartując, że ma tyle zamówień, że przydałby mu się księgowy. Cieszyłem się, że dziadek w końcu zaakceptował mój zawód i odnalazł się w nowym miejscu zamieszkania. Okazało się, że ma dla mnie jeszcze jedną niespodziankę:
– Słuchaj Tymuś, ja to już jednak nie nadaję się na kierowcę. Chciałbym ci oddać swój samochód, tobie bardziej się przyda. Śmiga, aż miło i pewnie jeszcze mnie przeżyje. Tylko dbaj o niego, dobrze?
– Będę dbał jak o syna, dziękuje dziadku! – odpowiedziałem z uśmiechem. Nie miałem serca powiedzieć mu, że za tydzień odbieram nową Hondę z salonu.

Razem z dziadkiem dbaliśmy o tego starego poloneza, jakby był najnowszym Porsche, a oszczędności wkładałem w jego remont. Gdy tylko doprowadziliśmy go do stanu używalności, jeździliśmy nim na wieś, do starego domu dziadków by tam sadzić i dbać o rośliny, z których potem dziadek robił przetwory. Ja sam też zacząłem to lubić, a praca na działce relaksowała mnie po stresującej pracy w banku. Nowa Honda została moim samochodem zapasowym, bo zakochałem się w polonezie dziadka.

Nigdy nie sądziłem, że słoiki z ogórkami i stary samochód tak bardzo poprawią moją relację z dziadkiem i dadzą nam obu nowe spojrzenie na życie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Nigdy nie sądziłem, że słoiki z ogórkami i stary samochód tak bardzo poprawią moją relację z dziadkiem.