Niezwykłe życie

NIEZWYKŁE ŻYCIE

Na weselu mojej przyjaciółki Zosi bawiliśmy się przez dwa dni wesoło, przy obfitych stołach i ze śmiechem. Pan młody, Mateusz, był niczym młody Daniel Olbrychski przystojny do nieprzyzwoitości, a przy tym zaskakująco skromny. Cała nasza gromada dziewczyn, siedząc przy długich ławkach pod namiotem, ukradkiem mu się przyglądała błękitne jak polskie chabry oczy, grube i długie rzęsy (no czemu, na Boga, Natura takimi skarbami akurat mężczyzn obdarowuje?!), wyrazisty podbródek, szlachetny nos i aksamitnie gładka cera z lekką oliwkową poświatą. Aż dwa metry wzrostu, szerokie barki no wzdychać tylko! Gdybyśmy nie kochały Zośki, biłybyśmy się o niego na oczach weselników.

No zobacz, co ty za ciacho upolowałaś! rzuciłyśmy się na Zośkę zaraz po oczepinach. Każda z nas robiła możliwie najbiedniejszą minę, licząc, że Mateusz ma równie urodziwych, wolnych kuzynów.

Dziewczyny, no wy przestańcie! Ja go pokochałam za prostotę. Mateusz pochodzi z małej wioski pod Lublinem, wychowywała go babcia, prowadzi gospodarstwo złota rączka z niego. Poznaliśmy się, bo moi rodzice kupili działkę w jego wsi. On jest czuły, pracowity, serdeczny i odpowiedzialny. O prowadzeniu obejścia to opowiadać można godzinami, mama by się za głowę złapała. Męski chłop, mówię wam! Ledwo go uprosiłam, żeby do miasta się przeprowadził niejedną noc mnie to kosztowało.

Mateusz szybko się odnalazł i w nowym towarzystwie, i w pracy przez dwa lata nauczył się rozpoznawać dobre wina, perfumy, pojęcia z polityki, sztuki, podróży, indeksie WIG, nawet śledził sport, a lokalny, lubelski akcent niemal całkiem zgubił. Robił prawko na komfortowym samochodzie podarowanym przez teścia, a pracę załatwił sobie tuż obok jego biura. Kto nowożeńcom mieszkanie kupił, to powszechna tajemnica, ale domyślacie się sami.

W drugim roku małżeństwa Mateusz odkrył w sobie słabość do białych skarpetek jasne jak śnieg nakładał zawsze i wszędzie, w gości i po domu, nawet do kaloszy, zawsze bez kapci, czasem od razu na brudną podłogę. Zośka nie umiała pokochać tych bielutkich skarpetek, ale dzielnie dwa razy dziennie myła podłogę i zużywała tony wybielaczy. W końcu wszyscy wołali na Mateusza Skarpetka.

O tym, że Mateusz ma kochankę, Zośka dowiedziała się, gdy była w ósmym miesiącu ciąży kochanka była w tym samym stanie. Skarpetka wyleciał z mieszkania, został zwolniony z pracy, przeklęty i opłakany w jedno popołudnie. Potem zaczęły się lepkie, szare dni listopada. Zośka niemal nie schodziła z ogromnego łóżka, na którym wydawała się maleńka. Godzinami wpatrywała się w sufit suchymi oczami.

Popłaczę później. To niezdrowo dla dziecka.

Leżała w ciszy niczym Lenin w mauzoleum. Przesuwałyśmy się przy niej jak wartownicy, żeby milczeniem pocieszać przyjaciółkę. Chciało się wyć, podrzeć książkę życia, powyrzucać z niej zdradliwe kartki. Ale trzeba było milczeć i czekać.

Na wyjście ze szpitala przyszłyśmy całą delegacją z balonikami, błagałyśmy pielęgniarki o symboliczny kieliszek herbaty na odwagę i zapraszałyśmy je do naszego polskiego afterparty z niedźwiedziami i cyganami, życząc wszystkim zdrowia i szczęścia. Nowo upieczony dziadek starał się najbardziej dzień wcześniej, wzruszony do łez i po obietnicy posprzątania wszystkiego, wysmarował kredą olbrzymi napis pod oknami neonatologii: Dzięki za wnuka!, a potem próbował pośpiewać, aż w końcu ochroniarz zaprosił go na przedsmak repertuaru byle tylko nie zakłócał porządku.

W dniu wypisu był świeży, bardziej szczęśliwy niż ktokolwiek i nawet błyszczał w oczach. Płakał z dumy. My wszystkie płakałyśmy razem z nim, śmiałyśmy się i całowałyśmy Zośkę, nieśmiało zerkałyśmy do błękitnej koperty i ostentacyjnie nie wspominałyśmy o greckim nosku małego Igiego. Tylko Zośka nie płakała, nawet z radości:

Potem. Jeszcze może mleko się przez łzy popsuje?

Zośka milczała z nami jeszcze dwa miesiące, potem pewnego dnia spakowała się, by odwiedzić Mateusza. Bez zapałek i kwasu siarkowego, ale z ogromną chęcią wykrzyczenia wszystkiego wypłakania się, wyzwisk, ostatecznego pożegnania. Chciała się uwolnić z bólu ciągnącego ją jak wir do łóżka, rozlać tę rozpacz na zdrajcę tego, który zniszczył ich świat i ich marzenia o rodzinie. Chciała spojrzeć w oczy tamtej bezwstydnej kobiety przypuszczała, że będą piękne i bezczelnie zimne. I zarzekała się w duchu, że jeśli będzie trzeba, to i podrapie.

Adres gniazda grzechu poznała przypadkiem od osiedlowych bab z ławeczki podczas popołudniowego spaceru z synkiem. Te z sercem, choć surowe, opisały całą trasę i podały kilka polskich, sprawdzonych rad na zemstę. Zośka czuła, że chce uciec, ale dziwnie nie mogła.

I tak, stojąc pod czwartą klatką starego bloku z wielkiej płyty, wiedziała, że wystarczy wejść na piąte piętro a tam, co chce, może zrobić.

Na pierwszym piętrze przemknęła jej przez głowę myśl, że pewnie wszyscy wyjechali i marnuje czas. Na drugim że może to by było najlepsze. Na trzecim usłyszała z góry rozpaczliwy płacz dziecka.

Otworzyła jej drzwi chuda, zapłakana dziewczyna, która w niczym nie przypominała wyzywającej kochanki, która uwiodła anioła. Zośka w osłupieniu przyglądała się jej, gdy ta wciągała nosem łzy, a z głębi mieszkania dobiegał zawodzący krzyk niemowlęcia.

Dzień dobry… Zosiu. Mateusza tu nie ma, odszedł od nas dwa tygodnie temu. I nie wiem, gdzie jest wyszeptała dziewczyna i usiadła na podłodze, rozpłakawszy się od nowa.

Zośce nagle odechciało się walczyć. Pomyślała tylko, żeby pójść do tego dziecka i je uspokoić, a potem ukłuć dziewczynę jedną gorzką frazą: Chciałaś się bujać, to teraz pchaj wózek, kochanieńka!. Tak, musi to powiedzieć i spojrzeć z pogardą, ma do tego prawo.

Mały chłopczyk był zupełnie suchy tylko opuchnięte powieki i spękane gardło świadczyły, że od dawna płakał z głodu. Matka kłębek nieszczęścia, rozłożona na podłodze nie potrafiła dać mu nawet butelki.

Jak szukała jakiejkolwiek resztki mleka po pustych szafkach, Zośka wspomina już tylko mgliście. Jak znalazła karteczkę zaczętą od słów: Proszę mi wybaczyć…, zadrżała na całym ciele.

Kochanka na podłodze szlochała, mówiąc do Zośki jak do najbliższej przyjaciółki, że nie ma już dokąd pójść, za parę dni musi się wyprowadzić z wynajmowanego mieszkania, mleko już nie płynie, Mateusz zniknął, pieniędzy właściwie nie było nigdy, bardzo jej żal, wstydzi się i błaga o przebaczenie. I nawet niech Zośka ją uderzy, jeśli to jej pomoże. A chłopczyk ma na imię Pawełek starszy od Igiego o zaledwie 9 dni.

Zośka musiała biec do domu, bo za 20 minut mały Igorzeł będzie chciał jeść. Biegła przez osiedle, dźwigając dwie ciężkie torby, a wykończona kochanka, Oksanka, szła obok, kołysząc spokojnego już Pawełka. Zośka tylko rozmyślała, gdzie w mieszkaniu zmieści jeszcze dwa łóżeczka.

Trzy lata później bawiłyśmy się na weselu Oksany. Po czterech na ślubie Zośki. Nowy mąż Zośki nie znosi białych skarpetek, twierdzi, że życie trzeba barwić, a żonę i dzieci kocha ponad życie. Oksana jest mamą czterech chłopaków, a jej ukochany wciąż wierzy, że kiedyś doczeka się córeczki.

Oceń artykuł
TwojaCena
Niezwykłe życie