Patryk, zaczekaj! krzyczała Dorota przez otwarte okno.
Ale on już ją ignorował.
Zdążył usiąść za kierownicą swojego auta i odpalił silnik. Dorota złapała za telefon i wybiegła z mieszkania.
Biegnąc po schodach z czwartego piętra, co chwilę wybierała jego numer. Patryk nie odbierał.
Myślałem wtedy tylko o jednym: Byle zdążyć!
Na szczęście los się do niej uśmiechnął. Kiedy Dorota wypadła z klatki schodowej prawie bez oddechu, Patryk dopiero rozgrzewał silnik.
Zauważył ją bez kurtki, zdziwił się i uchylił szybę: Co się stało? Wyglądasz na wystraszoną!
Tam tam pod twoim autem
Była tak zdyszana, że ledwo wydusiła z siebie sensowne zdanie. Upadła na kolana w śnieg i zaczęła zaglądać pod samochód.
Nie przejmowała się zimnem, brudem ani tym, że spodnie przemoczyła do cna. Po chwili wróciła z zaniedbanym, wychudzonym kotem w ramionach, a Patryk stał obok niej z wyrazem niedowierzania.
Dorota, co Ty wyprawiasz? Po co ta cała szopka? Spieszę się do pracy.
Twój kot pod autem siedział, widziałam przez okno wydyszała. Bałam się, że ruszysz i…
Kto siedział pod autem? Kot?! żachnął się Patryk. Naprawdę przez kota tak się szarpiesz? Proszę cię
A co, zwierzęta nie mają prawa żyć? spojrzała na niego zaskoczona.
Gdyby ten kot chciał żyć, nie siedziałby tam. A jakby usłyszał silnik, to by uciekł. Nie przejmuj się tak.
Nie uciekłby, Patryk Zobacz na niego, ledwo zipie. Chyba nawet miauczeć nie ma siły.
Dobra, Dorota Uratowałaś kota super. Weź sobie cukierka z wazonu albo wrzuć posta na Facebooka. Muszę lecieć, zobaczymy się wieczorem.
Stałem cicho, trzymając schorowanego kota na rękach i patrzyłem za odjeżdżającym Patrykiem.
Nie mogłem pojąć skąd w nim tyle chłodu. Nigdy wcześniej tego w nim nie dostrzegałem.
Spojrzałem na kota. Był bardzo słaby, ledwo patrzył, ale w tych oczach… była wdzięczność. Tak. To na pewno była wdzięczność.
Z kotem wróciłem do domu, ubrałem się, sięgnąłem po portfel i zadzwoniłem na taksówkę.
Dokąd jedziemy? uśmiechnął się taksówkarz, gdy wsiadłem z tyłu z kotem.
Prosiłem przez telefon, pod Klinikę Weterynaryjną, jak najszybciej.
Aha, rzeczywiście o kota chodzi? spytał, zerkając w lusterko.
Tak, jest bardzo słaby. Potrzebuje pomocy.
Rozumiem, nie pytam już więcej. Co do kliniki znam jedną dobrą, jeżeli nie ma znaczenia adres, zawiozę Was tam. Lekarze to cudotwórcy, zwierzęta stawiają na nogi z beznadziei.
W piętnaście minut byłem już w poczekalni kliniki, czekając na swoją kolej z kotem w ramionach. Wszyscy siedzieli tu ze swoimi zwierzakami, każdy z własnym zmartwieniem
Co się stało z Panem kotem? zagadnęła starsza pani z jamnikiem.
Jeszcze nie wiem odpowiedziałem. Znalazłem go pod autem, pewnie całą noc tam przesiedział w mrozie.
Na mrozie?! Starsza pani była wstrząśnięta. Wie Pan co? Niech Pan stanie przede mną. My tylko na rutynowe szczepienie, a Panu się pewnie spieszy z pomocą.
Naprawdę? Tak Pani zrobi?
Jasne. Swoi ludzie
W końcu zaproszono mnie do gabinetu. Spędziłem tam sporo czasu, z duszą na ramieniu, gdy lekarz oglądał kota.
Po badaniu musieliśmy poczekać jeszcze na wyniki. Czas się dłużył niemiłosiernie.
Dzwonił Patryk kilka razy, ale nie miałem ochoty odbierać. Odrzucałem połączenia, nie chciałem się rozpraszać.
Proszę Pana lekarz zamyślił się patrząc na mnie. Rozumiem, że znalazł Pan kota na ulicy?
Tak, pod samochodem. Ile tam siedział, nie wiem. Pewnie całą noc.
Ma odmrożenia, niestety. Ale to nie wszystko Kot jest bardzo chory, leczenie będzie długie i kosztowne. Muszę zapytać, czy jest Pan gotów podjąć taką odpowiedzialność? Jeżeli nie, będzie trzeba znaleźć mu innych opiekunów.
Tego się nie spodziewałem.
Spojrzałem kotu w oczy.
Nie prosił mnie o nic. Spojrzeniem tylko mówił: Jak odmówisz zrozumiem.
Jestem gotów! powiedziałem pewnym głosem. Będę się nim zajmował tak długo, jak będzie trzeba. Nawet całe życie.
Dobrze uśmiechnął się weterynarz. Kilka tygodni kot zostanie u nas, potem dostanie Pan zalecenia, jak się nim zajmować, by mu przedłużyć życie.
Dziękuję głos mi się łamał.
To ja dziękuję odpowiedział poważnie. Dziś rzadko spotyka się takich ludzi.
Podszedłem do kota, pogłaskałem go i obiecałem, że wrócę.
A kot mi uwierzył. Na dowód, z trudem zamiauczał na pożegnanie.
Do domu wróciłem dopiero wieczorem. Byłem tak padnięty, że marzyłem tylko o gorącym łóżku. Ale niestety w domu czekał wkurzony Patryk.
Dorota! Gdzie Ty byłaś?! Cały dzień nie odbierasz! Co to ma znaczyć?
Przepraszam, miałem bardzo ciężki dzień rzuciłem znużony, zdejmując kurtkę i odkładając jego buty, które jak zwykle rzucił przy progu.
Ciekawe Przecież masz dziś wolne. Co niby robiłeś, że taki padnięty jesteś?
Spędziłem dzień w klinice z kotem. Tym, którego dziś rano spod twojego samochodu wyciągnąłem.
Tym kotem?! Żartujesz, prawda?
Nie, nie żartuję podniosłem głos. Potrzebował pomocy, umarłby bez niej.
A mnie to obchodzi? Myślałaś o mnie? Wróciłem głodny, a tu pusto.
No Patryk, nie jesteś dzieckiem westchnąłem ciężko. W zamrażarce są pierogi, mogłeś sobie ugotować. Rozumiem, że wolisz coś lepszego, ale jak umierałeś z głodu
Pierogi? Ja mam się stołować jak na śmietniku? Ja dzisiaj harowałem, nie zamierzam jeszcze gotować!
Mimo zmęczenia poszedłem do kuchni i zrobiłem Patrykowi kolację taką, jak lubi.
Nie zasłużył na nią, ale nie miałem siły się kłócić. Nawet nie podziękował…
Dwa tygodnie później odebrałem kota z kliniki i przywiozłem do domu.
Miałem dla niego wszystko gotowe, ale Patrykowi wolałem nic nie mówić, żeby nie robił afery.
Nie wiedziałem, jak mu zakomunikować, że teraz zamieszka z nami kot.
Ale miałem nadzieję, że przyjmie to ze spokojem. W końcu mieszkanie jest moje, a Patryk nawet nie oświadczył mi się, nie jest moim mężem
Przeliczyłem się. Jak tylko zobaczył kota w domu, dostał szału.
Ty serio wpuściłaś tego kota z ulicy do mieszkania?! Zwariowałaś?
Patryk, uspokój się. To ja go uratowałem i teraz za niego odpowiadam.
I ile wydałeś na leczenie?! Ile jeszcze wydasz?!
Jaką to robi różnicę? To moje pieniądze. Ty się nie tłumaczysz, nawet zakupami się nie przejmujesz, a zawsze żresz do syta.
Przecież samochód mam, trzeba inwestować w pracy ciężko, a Ty mi tu smęcisz o kocie. Nazwałeś już go?
Tak, Ignacy.
Imię mu dałeś? Tobie naprawdę potrzebny psychiatra.
Tej nocy spałem osobno. W końcu mieszkanie jest dwupokojowe.
Leżałem rozmyślając o nas… Jesteśmy razem niecały rok, a Patryk ciągle czegoś wymaga, rani, krzyczy. To toksyczny związek, sygnały są jasne. Ale postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę.
Nie skorzystał z niej. Wciąż robił awantury o kota, powtarzał, że powinien wrócić na ulicę. Słuchałem i wyciągałem wnioski.
W końcu, wieczorem nie wytrzymałem:
Patryk, nie kocham Cię. Ty mnie też nie kochasz. Po co się męczyć?
O czym Ty mówisz?
Jutro spakujesz walizki i wyprowadzisz się z mojego mieszkania. Mam dość awantur, chcę spokoju.
Czyli przyprowadziłeś kota, nawet nie pytając, a ja robię awanturę?! Tak Cię boli?
Skoro nie możesz zaakceptować kota w naszym domu, nie powinniśmy razem mieszkać. Poszukaj sobie kogoś, kto nie ma kota. Albo kup mieszkanie i tam rządź jak chcesz.
Nazajutrz miałem wolne lepszego dnia na rozstanie nie mogłem trafić.
Patryk próbował mnie jeszcze przekonywać, ale wszystko kończyło się wrzaskiem. Słowo kot doprowadzało go do szału. Miałem pewność z nim szczęścia nie będzie.
Zaczął się pakować koło południa. Poszedłem do kuchni zrobić sobie herbatę, kiedy zadzwoniła szefowa z prośbą o szybki przyjazd.
Dorotko, wiem że masz dziś wolne, ale bez Ciebie nie damy rady.
Pani Olgo, naprawdę mam bardzo zły moment spojrzałem na Patryka pakującego rzeczy i wynoszącego komputer i narzędzia z balkonu.
To tylko godzinka, naprawdę, proszę. Wiesz, nie dzwonię bez potrzeby.
Westchnąłem, dopiłem herbatę i wyszedłem. Patrykowi nakazałem wrzucić klucze do skrzynki. Spojrzał na mnie z taką wrogością, że aż ścisnęło mnie w dołku.
W pracy poszło szybko i w czterdzieści minut byłem gotów wracać do domu. Zamówiłem taksówkę.
No, i jak tam kot? kierowca uśmiechnął się szeroko.
Wtedy go poznałem ten sam taksówkarz, który wiezł mnie do lecznicy.
Dzięki, wszystko dobrze. Tylko szybko do domu, bardzo mi zależy.
Jasne, już ruszamy.
Po wejściu do klatki najpierw sprawdziłem skrzynkę. Kluczy nie było. Ani auta Patryka pod blokiem.
Pewnie nie zdążył się spakować i gdzieś odjechał.
Na czwartym piętrze zastałem zamknięte drzwi. Klucz miałem, wszedłem i zobaczyłem, że w mieszkaniu nie ma już jego walizek, komputera, narzędzi.
Prosiłem jak człowiek, żeby zostawił klucze! pomyślałem zirytowany.
Zajrzałem do sypialni Kot Ignacy zniknął. Nie było go, nie było transporterka.
Wołałem, biegałem po mieszkaniu. Rozumiałem już, że Patryk zabrał kota. Ale po co?!
Patryk! Zwariowałeś do reszty?! Po co zabrałeś Ignacego?! krzyczałem, gdy dodzwoniłem się do niego.
A po co Taka niespodzianka, Dorotko! Kiedy przyczołgasz się do mnie na kolanach, to może oddam
Wiesz co, Ignacy potrzebuje specjalnego karmienia i opieki!
Krzyczałem, ale on już rozłączył się.
Gdzie mam teraz szukać Ignacego? zawyłem i przycupnąłem pod ścianą.
Patryk pochodził z innego miasta, nigdy nie mówił szczegółów. Obiecywał zabrać mnie do siebie, ale słowa nie dotrzymał.
Noc była bezsenna, a rano pojechałem do niego do pracy. Tam się dowiedziałem, że wziął kilka dni wolnego. Jego szef obiecał zadzwonić, gdy Patryk się pojawi. Wyszedłem, dzwoniłem do niego telefon wyłączony.
Podwieźć Pana? usłyszałem za sobą.
To znów był ten sam, znajomy już kierowca.
Poprosiłem go, by zawiózł mnie do domu.
Po drodze zadzwonił nieznany numer.
Halo? Kto mówi?
Czy to Dorota? spytał kobiecy głos.
Tak, a o co chodzi?
Patryk, Pani chłopak, przyjechał wczoraj wieczorem do nas, bo jest kolegą mojego męża z pracy i poprosił, by się zatrzymać kilka dni.
Był z kotem?!
Tak, był Dzwonię właśnie z tego powodu. Patryk cały wieczór pił i zarzekał się, że tym kotem ściągnie Panią z powrotem do siebie. Długo nie będzie nas męczył. Tylko ten kot zamknięty w transporterze, biedny, cały czas miauczy. Wygląda na bardzo nieszczęśliwego.
Proszę go nie karmić, musi jeść specjalne jedzenie!
Próbowałam. Nie chce nic innego. Mąż jest w pracy, Patryk gdzieś poszedł, pewnie do baru. Proszę przyjechać po kota. Zwierzę nie jest niczemu winne, niech nie cierpi.
Już jadę! Proszę podać adres!
Wyjaśniłem szybko taksówkarzowi co i jak, a on przerwał rozmowę i ruszył w trasę.
W kilka minut dotarliśmy pod wskazany blok. Wysiadłem, wbiegłem na trzecie piętro, zapukałem nerwowo, odebrałem Ignacego w transporterze, podziękowałem serdecznie kobiecie i wyszedłem.
Taksówkarz czekał i pomógł mi wsiąść do auta.
Gdy dom Patryka zniknął za zakrętem, poczułem ulgę.
Przez całą drogę łzy same płynęły mi po policzkach tyle dobrych ludzi: starsza pani z kliniki, kierowca, kobieta, która zadzwoniła. Póki są tacy ludzie, dobro zawsze wygra ze złem.
Chce Pan, żebym zaczekał? Może Pana były przyjdzie? zaproponował kierowca.
Tak, proszę! zgodziłem się od razu.
Od razu wezwałem ślusarza, by wymienił zamki. Kierowca, pan Wiktor, siedział z Ignacym kot mruczał szczęśliwy na jego kolanach.
Byłem bardzo wdzięczny Wiktorowi, że był ze mną. Tak skończyła się ta historia.
Nie trzeba chyba dodawać, że przyjaźń Wiktora i moja z czasem przerodziła się w to piękne uczucie w miłość.
A o Patryku parę słów należy się.
Już tego samego dnia wyrzucono go z mieszkania kolegi kiedy nawrzeszczał na jego żonę, dostał w oko.
W pracy też mu się nie poszczęściło musiał złożyć wypowiedzenie. Gdy pytał dlaczego, usłyszał: Po prostu. Pisz i nie patrz.
Musiał wrócić do siebie na wieś czy małego miasta.
Dostał to, na co zasłużył.
Bo nie można tak traktować ludzi i zwierząt. Trzeba mieć serce. Jak nie umiesz pokochać zwierzęcia przynajmniej szanuj.
Zasubskrybuj kanał, żeby nie przegapić kolejnych historii.




