Niedzielny tata. Opowieść. Gdzie jest moja córka? – powtórzyła Olesia, czując jak szczękają jej zęb…

Gdzie jest moja córka? powtórzyła Sabina, czując, jak zęby jej szczękają, nie wiadomo czy ze strachu, czy z zimna.

Jagna została na przyjęciu urodzinowym w kąciku dziecięcym wielkiego centrum handlowego. Rodziców solenizantki Sabina znała jedynie przelotnie, lecz zostawiła Jagnię spokojnie nie pierwszy raz na takim dziecięcym spotkaniu, to było normalne. Tylko że dziś się spóźniła autobus długo nie przyjeżdżał. Centrum handlowe stało na obrzeżach miasta, wszyscy przyjeżdżali autem, ale Sabina samochodu nie miała. Zawiozła więc córkę autobusem, potem wróciła do domu na korepetycje musiała je przeprowadzić, nie mogła ich odwołać, a potem znów pojechała do centrum. Spóźniła się zaledwie piętnaście minut, biegła przez oblodzony parking, aż zabrakło jej tchu. Teraz mama solenizantki, niska kobieta o okrągłych, błękitnych oczach, patrzyła na Sabinę z niedowierzaniem i powtórzyła:

Przyszedł po nią jej tata.

A przecież Jagna nie miała ojca. Oczywiście, miała, ale nigdy go nie widziała.

Sabina poznała Bartka zupełnie przypadkiem spacerowała z koleżanką po bulwarze nad Wisłą, koleżanka skręciła kostkę, chłopaki zaproponowali pomoc. I jak w starej komedii, powiedzieli, że studiują na Uniwersytecie Warszawskim, że ojcowie są wielkimi panami generałami, profesorami. Po co to mówili, nie wiadomo młodzi byli, głupi bardzo. Kiedy Sabina zaszła w ciążę, a Bartek odkrył, że jest studentką pedagogiki, a jej tata prowadzi autobus, wręczył pieniądze na zabieg i zniknął.

Sabina jednak aborcji nie zrobiła i nigdy tego nie żałowała. Jagna była jej towarzyszką, mądrą i rozsądną ponad wiek. Zawsze umiały się razem śmiać, gdy Sabina prowadziła lekcje, Jagna bawiła się cicho lalkami, a potem razem gotowały na kuchni mleczną zupę albo jajko w koszulce, popijały herbatę, jadły herbatniki z masłem. Pieniędzy nie było dużo, wszystko prawie szło na czynsz za mieszkanie, ale ani matka, ani córka nie narzekały.

Jak mogliście oddać moją córkę komuś obcemu?!

Głos drżał jej w gardle, łzy napływały do oczu.

Jaki obcy? oburzała się pani o błękitnych oczach. Przecież to ojciec!

Sabina mogła powiedzieć, że żadnego ojca nie zna, ale po co. Musiała działać. Biec do ochrony, żądać obejrzenia nagrań z kamer i…

Kiedy to się stało?

Jakieś dziesięć minut temu…

Sabina obróciła się i pobiegła. Ile razy powtarzała Jagnie nie odchodź z obcymi! Ze strachu nogi jej odmawiały posłuszeństwa, przed oczami wszystko się rozmywało, kilka razy na kogoś wpadła, ale nie przepraszała biegła dalej. Instynkt kazał jej krzyknąć:

Jagna! Ja-a-aagna!

Na wielkiej strefie gastronomicznej było głośno, mało kto zwrócił uwagę na jej krzyk, lecz kilka osób się obejrzało. Łapała oddech, starając się zrozumieć, w którą stronę powinna pobiec. Może jeszcze jej nie zabrali, może…

Mamusiu!

Przez chwilę nie wierzyła własnym oczom. Jej córka w rozpiętej kurteczce, z twarzyczką ubrudzoną lodami, biegła prosto do niej. Sabina objęła ją tak mocno, jakby miała się rozsypać na kawałki, jeśli ją puści. Spojrzała uważnie na mężczyznę schludny, z krótkimi włosami, w śmiesznym swetrze ze śnieżynkami, z lodem w ręku. Widać dostrzegł u niej coś, bo zaczął tłumaczyć się szybko:

Proszę mi wybaczyć! Powinienem tu zaczekać na panią, ale chciałem dać nauczkę tym dzieciakom! Wyobraża pani sobie, dokuczali Jagnie! Powiedzieli, że nie ma taty, i że nigdy po nią nie przyjdzie, bo jest brzydka! Więc podszedłem, mówię: córeczko, póki mama nie dojedzie, chodź ze mną na lody. Przepraszam, nie myślałem, że pani tak się przestraszy…

Sabina nie ufała temu nieznajomemu, choć córka do niego się przytuliła. Czy rzeczywiście Jagna była wyśmiewana? Spojrzała jej w oczy; Jagna zrozumiała gest, podniosła dumnie podbródek.

To nic! Teraz też mam już tatę!

Mężczyzna rozłożył ręce, Sabina wciąż milczała.

Chodźmy już w końcu wykrztusiła. Późno, przegapimy autobus.

Chwileczkę! mężczyzna ruszył, zatrzymał się, niepewnie zamachał ręką. Może podwieźć was? Skoro tak się wszystko potoczyło… Nie jestem żadnym zbirem! Mam na imię Tomasz. Jestem w porządku! Tam siedzi moja mama, może pani mnie zarekomendować!

Wskazał na kobietę z fiołkowymi lokami przy stoliku, zajętą czytaniem książki.

Jak pani chce, możemy podejść i zapytać, ona mnie dobrze oceni!

Nie wątpię syknęła Sabina, która najchętniej porządnie trzepnęłaby go po głowie. Dziękuję, poradzimy sobie same.

Mamo… Jagna pociągnęła ją za rękaw kurtki. Niech zobaczą, że tata nas odwozi!

Przy pokoju zabaw stała jeszcze solenizantka z mamą i inna dziewczynka, Sabina zapomniała jej imię. W oczach Jagny była prośba, a przez takie lodowisko trudno było iść w tym stanie. Sabina uległa.

No dobrze rzuciła.

Świetnie! Już idę, tylko uprzedzę mamę!

Maminsynek pomyślała kwaśno Sabina. W tej chwili kobieta pomachała jej przyjaźnie. Sabina szybko odwróciła wzrok. Co za sytuacja!

W samochodzie nie spotykała się wzrokiem z Tomaszem, ale dostrzegała, jak delikatny był wobec Jagny. Jagna śpiewała jak skowronek, Sabina jeszcze nigdy jej nie widziała tak rozpromienionej. Kiedy zatrzymali się pod domem, Jagna nagle spoważniała.

Czy się jeszcze zobaczymy? zapytała cicho Tomasza, spoglądając na mamę.

Sabina poczuła jego spojrzenie pytał o pozwolenie. Miała już odmówić, bo to niegrzeczne, ale spojrzała na rozczarowaną twarz córki i kiwnęła głową.

Jeśli mama pozwoli, mogę cię zaprosić w weekend na bajkę do kina. Byłaś już w kinie?

Naprawdę? Nie, nigdy! Mamo, czy mogę iść z tatą do kina?

Sabina poczuła się głupio, więc zaczęła szybko mówić:

Jagna, zgodzę się, lecz pod dwoma warunkami. Po pierwsze: musisz wiedzieć, że niegrzecznie jest mówić tato do obcego, mów pan Tomasz rozumiesz? Po drugie pójdziemy razem, bo co ci zawsze mówię? Nigdy nie idziemy z obcymi, nawet jeśli są mili!

Ja też jej tak mówiłem wtrącił Tomasz. Że nie wolno…

Więc mogę iść?

Powiedziałam przecież, że tak.

Hurra!

Sabina rozumiała, że powinna uciąć to wszystko w zarodku tak nie powinno być. W jej świecie była tylko Jagna. Ale gdyby miała się kogo poradzić! Na przykład mamy. Pamiętała ją niewyraźnie zginęła, gdy Sabina miała pięć lat, tyle co Jagna teraz. Chłopiec wpadł do przerębla, nikt się nie odważył, tylko ona wskoczyła. Chłopca uratowała, ale sama zachorowała miała cukrzycę, ciężko już chorowała. I tak zmarła w ciągu tygodnia. Jagna też miała cukrzycę, Sabina bardzo przez to się zamartwiała to jej geny.

Przez cały tydzień Sabina rozmyślała, lecz niepotrzebnie, bo wszystko potoczyło się inaczej niż wyobrażała: w kinie Tomasz przyprowadził mamę.

Żeby nie myślała pani, że jestem dziwakiem zażartował.

Dziwakiem jest, ale moim najlepszym! odpowiedziała jego mama, z taką czułością, że aż Sabina się rozczuliła.

Kiedy Tomasz kupował Jagnie popcorn, pani Zofia prawdziwie go zareklamowała.

Można po imieniu? On też rósł bez ojca. Byłam cztery razy mężatką, ostatni był cudowny! Tomasz to wykapany on. Ale taki pech nawet syna nie zdążył wziąć na ręce. Zmarł na zawał. Ja urodziłam wcześniej, ledwie żyłam. Pierwsi mężowie pomagali… Co tak patrzysz? Pierwszy do dziś mnie kocha, drugi był nie po naszej stronie płci, trzeci za bardzo lubił kobiety, nigdy mu było mało. Starałam się, żeby Tomasz miał wzory, ale ojciec to ojciec. Dlatego tak poczuł Jagnię jego też przezywali w szkole. Ile ja razy interweniowałam! Bez skutku. Różne głupoty robił, byle udowodnić chłopakom… raz omal nie zginął…

Fascynująca była drobna, chuda, z fiołkowymi włosami, w garniturze od Deni Cler i z lekturą Chmielewskiej. Sabina natychmiast ją polubiła.

Nie obawia się pani, on nic złego nie planuje, po prostu jest dobry, puściła oko. Zresztą pani też mu się spodobała, wiem to!

Sabina się zarumieniła. Tego jej tylko brakowało! Czuła, że to nie tak. Ale tak żal jej było Jagny…

Po seansie próbowała oddać Tomaszowi pieniądze za bilety, ale odmówił.

Zapraszam do kina płacę!

To Sabinę drażniło przyzwyczaiła się płacić za siebie i być niezależna. Co do tego, że jej się spodobała bzdury.

Pod domem Jagna spytała:

Tato, gdzie pójdziemy następnym razem?

Jagna! upomniała ją Sabina.

Córka rozśmieszyła wszystkich, zasłaniając usta dłońmi.

Możemy iść do Muzeum Zoologicznego Tomasz udawał, że nie słyszy jej tato. Co powiesz?

Super! Mamo, chodź też!

Idźcie sami odpowiedziała szorstko Sabina. Pani Zofia uwielbia motyle, zabierzcie ją.

Sabina wysiadła pierwsza, chciała skończyć ten teatr. Usłyszała jednak, jak Tomasz mówi Jagnie:

Gdy mama nie słyszy, możesz mówić do mnie tato.

Tak Jagna zyskała niedzielnego tatę. Czasem Sabina chodziła z nimi, czasem odprowadzała Jagnię, jeśli była też Zofia zawsze uważała Tomasza za obcego, choć Jagna opowiadała z zachwytem, jaki jest fajny i zabawny. Sabina się zarażała tym entuzjazmem, ale nie pozwalała mu rosnąć: życie nie jest bajką, książęta nie przyjeżdżają ot tak. Nawet jego mama zachwalała go tak przesadnie, że Sabina podejrzewała co z nim jest nie tak? Czy taka kobieta swatałaby syna komuś tak przeciętnemu?

Z czasem serce Sabiny miękło. Tomasz był po prostu delikatny, zawsze zostawiał jej czekoladkę przy drzwiach, pytał o zgodę, zanim zaprosił Jagnię, łapał jej spojrzenie w samochodzie. Ale najbardziej polubiła Zofię świetna rozmówczyni! Gdyby Tomasz nie był jej synem, właśnie ją by prosiła o radę.

Pewnego razu zadzwonił z pytaniem o kino. Jagna od razu obok niej usiadła.

To Tomasz?

Sabina odpowiedziała odruchowo:

Tak, Jagna z chęcią pójdzie.

Zaczekaj… Zapraszam i panią. Żebyśmy poszli razem. Tak we dwoje…

I w tle odezwała się Zofia:

No nareszcie!

Mamo, nie podsłuchuj! Przepraszam, Sabino, wiecznie nasłuchuje.

Wtedy Jagna wyszeptała:

On zaprasza cię do kina?

Sabina się roześmiała.

U mnie też ucho się wyostrzyło. Tomaszu… Ja…

Tylko nie odmawiaj, proszę! Jeden raz, przyrzekam, będę gentlemanem!

Powiedz jej o oczach, Tomaszu, powiedz o oczach, wtrąciła Zofia. Powiedz jej, co powiedziałeś mi, że ma oczy po swojej mamie…

Nagle Sabinę przeszedł zimny dreszcz. O co chodzi z mamą?

Tomasz coś matce odpowiedział, potem powiedział:

Sabino, muszę to wszystko wyjaśnić. Mogę przyjechać?

Przydałyby się wyjaśnienia. Sabina chodziła nerwowo po mieszkaniu, aż Tomasz przyszedł. Jagna jakby wyczuła sytuację, zaszyła się przy stoliku z kredkami.

Powinienem był od razu się przyznać zaczął. Spodobałaś mi się, ale bałem się, że to przez mamę… twoją mamę. I bałem się, że mnie znienawidzisz. Bo przez mnie zginęła…

Mówił nieskładnie, zmieniał wątki, patrzył na nią błagalnie. Sabinie ręce trzęsły się jak wtedy, gdy myślała, że Jagna zginęła.

Wybaczysz mi?

Sabina nie powiedziała ani słowa, wymamrotała z trudem:

Muszę się zastanowić.

Mamo, no, wybacz tacie…

Tomasz spojrzał wielkimi oczami na Jagnię, przypominając umowę. Spojrzał jeszcze raz na Sabinę.

Muszę się zastanowić, rozumiesz?

Chciała zadać milion pytań, ale nie miała siły. Dopiero, gdy zadzwoniła Zofia, wszystko się zmieniło, to ona opowiedziała całą historię.

On nie wiedział, że mama zginęła chroniłam go. Potem wygadałam się i Tomasz postanowił panią odnaleźć. Chciał pomóc, zaprzyjaźnić się, ale wszystko potoczyło się inaczej… od tamtego wieczora… On się zakochał! Bał się źle wyjść w twoich oczach. Nie winić go chciał zaimponować kolegom, udowodnić, że jest prawdziwym mężczyzną, choć nie miał ojca. Wszyscy bali się wejść na lód, on poszedł i…

Zofia nie naciskała, ale bardzo broniła syna. Jagna za to naciskała mocno.

Mamo, on jest dobry! On cię kocha, powiedział mi! I może być moim prawdziwym tatą!

Sabina rozumiała. Ale czy to jest… właściwie?

Minął miesiąc, nie była w stanie z nim porozmawiać. Nie odbierała, nie czytała wiadomości. Im dłużej czekała, tym bardziej chciała zadzwonić. Ale to stawało się coraz trudniejsze.

W nocy obudziła ją Jagna płakała, mówiła, że boli ją brzuszek. Już od wieczora się skarżyła, Sabina myślała, że to od starego kefiru. Teraz Jagna płonęła gorączką. Nie trzeba było nawet termometru.

W drżących dłoniach wykręciła numer pogotowia, a potem sama nie wiedząc czemu zadzwoniła do Tomasza.

Przyjechał razem z karetką. W spodniach od piżamy, rozczochrany. Pojechał z nimi do szpitala, pocieszał, powtarzał, że będzie dobrze, choć głos mu drżał.

Zapalenie otrzewnej to nie taka straszna rzecz zapewniał. Wszystko się uda!

Sabina sama ujęła go za rękę niewiadomo czy, by go uspokoić, czy siebie. W poczekalni chłodno, nikt nie miał ciepłych rzeczy, siedzieli przytuleni, rozgrzewając się nawzajem.

Do lekarza pobiegł pierwszy, pytał, jak poszła operacja. Sabina siedziała i nie odważyła się ruszyć. Gdyby coś się stało, nie przeżyje tego.

Ale wszystko się udało. Lekarze i pielęgniarki spisali się świetnie, Jagna była dzielna walczyła, choć sytuacja według lekarza była krytyczna.

Jakby dobry duch ją chronił westchnął lekarz, a Sabina wyszeptała: dziękuję, mamo!

Tomasz długo dziękował lekarzowi, ten kazał im jechać do domu do Jagny i tak nie wpuszczą, a rodzicom potrzebny odpoczynek.

Podjechał pod blok, Sabina czekała, aż Tomasz zapyta, czy może wejść, ale milczał. Wtedy ona powiedziała:

Już świta. Chodź, zrobię ci kawę.

I zrozumiała, że rzeczywiście chce, by wszedł. I został. Na zawsze.

Jagna wracała do zdrowia zadziwiająco szybko wszyscy to zauważyli.

Bo mam już mamę i tatę! śmiała się.

I nikt, oprócz Sabiny i Tomasza, nie wiedział, czemu dziewczynka była tak szczęśliwaSabina patrzyła na córkę, której oczy błyszczały w popołudniowym słońcu wpadającym przez kuchenne okno. Tomasz siedział obok, ciągle niepewny, czy wolno mu dotknąć tej codzienności, którą nagle dostał w prezencie. W ciepłym zapachu kawy i czekolady, wśród śmiechu, wśród głosów, które szukały siebie nawzajem, Sabina poczuła, jak cienka warstwa żalu, strachu i dawnych obaw powoli się rozpuszcza.

Jagna wtuliła się w nią, a potem podskoczyła do Tomasza, przytuliła go, tak po prostu, i już wiedziała, że wszystko będzie dobrze. Sabina przyglądała się im, widząc, jak ich dłonie splatają się niezgrabnie i czule nowa rodzina, może nieidealna, może niespodziewana, ale własna, prawdziwa, mocno osadzona w tym zwykłym poranku.

Wtedy Sabina odważyła się spojrzeć Tomaszowi w oczy: nie było już tajemnicy, nie było już lęku. Byli razem, bo tak chciało życie tożsame w zranieniu, odważne w miłości, gotowe wybaczyć. Zofia zadzwoniła, żeby zapytać, jak się czują, i obiecała, że w weekend zrobi szarlotkę. Jagna już planowała kolejne kino, kolejną wyprawę do parku i kolejną noc z opowieściami. Tomasz też już nie pytał o pozwolenie był u siebie, choć nie przestawał być wdzięczny.

Sabina siedziała na kanapie i słuchała śmiechu i nagle zrozumiała, że to właśnie jej szczęście. Nie takie jak w bajkach, ale silniejsze, bardziej prawdziwe po cichu kiełkujące w prostej rozmowie, w filiżance kawy, w dotyku dłoni. Przestała walczyć z własnymi myślami; pozwoliła sobie wierzyć, że nie musi być sama. Rozdziały jej życia nie zamykały się bólem otwierały się nadzieją, każda kolejna strona była śmiałym krokiem ku czemuś lepszemu.

Pogłaskała Jagnię po głowie, uśmiechnęła się do Tomasza i tym razem już śmiało, bez wahania ujęła jego dłoń.

Jesteśmy razem powiedziała cicho, pewna, że nikt już niczego nie odbierze.

I gdy za oknem rozkwitał nowy dzień, Sabina wiedziała, że odtąd każde poranne światło będzie ich własnym dobrym duchem.

Oceń artykuł
TwojaCena
Niedzielny tata. Opowieść. Gdzie jest moja córka? – powtórzyła Olesia, czując jak szczękają jej zęb…