Nie żałuję niczego

I niech mieszkanie lśni, zanim wrócę! wykrzyknęła pani Grażyna Nowak, wybiegając ze swojego mieszkania na klatkę schodową. Drzwi trzasnęły z taką siłą, że zadrżały stare krakowskie szyby.

Ala, która właśnie schodziła schodami z trzeciego piętra, aż podskoczyła i zamierała w połowie ruchu, w nadziei, że sąsiadka jej nie dostrzeże. Na próżno. Pani Grażyna już zdążyła ją namierzyć swoim sokolim wzrokiem.

O, Alicjo… Dzień dobry!

Pani Nowak postawiła pospiesznie na podłodze karton po opiekaczu do kanapek i zaczęła zapinać płaszcz na guziki wyraźnie się spieszyła, jakby goniła ją ostatni autobus na Bronowice.

Dzień dobry, pani Grażyno odpowiedziała z wątpliwym uśmiechem Ala. Znów dzieci narozrabiały?

Dobre sobie „narozrabiały! Brak mi już do nich sił… jęknęła pani Nowak, walcząc z ostatnim guzikiem.

W tej samej chwili karton gwałtownie się poruszył.

Ala zamarła jeszcze bardziej, wytrzeszczając oczy. Chociaż zawsze była dzielna, zrobiło jej się nieswojo. Czyżby w środku siedział… no kto?

Wyobraźnia podsunęła jej obraz żywego opiekacza, który pluł na boki chlebem i był za to skazany na wywóz na wysypisko pod Wieliczką.

Proszę spojrzeć, rzuciła pani Grażyna, podnosząc karton na wysokość bioder.

Ala zeszła niżej, ostrożnie zbliżyła się i spojrzała do środka.

Oczywiście wiedziała, że nie ma tam żadnej maszyny do tostów. Ale to, co zobaczyła, i tak ją zaskoczyło. Przyjemnie.

Z dna kartonu patrzyły na nią dwie, wielkie jak borówki, kocie oczy. I należały do drobnego kociaka buraska z białą plamką na pyszczku.

Matko boska, jaki słodziak! zapiszczała Ala.

A wcale nie! warknęła swoją drogą pani Grażyna, zamykając szybko karton.

Skąd go pani wzięła?

Dzieci przywlekły z podwórka. Pożałowałam, że pozwoliłam im go zostawić… Ile z nim zachodu, nie umiem powiedzieć. Sama się nabrałam na jego oczka jak u misia i ten nosek różowy, ale jak to mówią: „Nie wszystko złoto, co się świeci”. Z zewnątrz cuda-wianki, a w środku charakterek jak u mojego byłego.

Ależ spokojnie, pani Grażyno. Trochę podrośnie, będzie grzeczniejszy próbowała ją pocieszyć Ala. Może do weterynarza byście z nim poszli, szczepienia zrobić?

Weterynarz? Dobre sobie, Alicjo! Jeszcze mi tego brakowało! Nie wytrzymam już z tym futrzakiem. Dość mam! Zawiozę go na działkę niech tam mieszka!

Ala popatrzyła na nią bez przekonania. Przecież to już połowa listopada…

Kociaka na działkę o tej porze roku?!

Nie będę czekać do wiosny! Czy lato, czy zima, wszystko mi jedno. Bo to nie kot tylko nieporozumienie życiowe!

Pani Grażyna tak się zdenerwowała, że musiała łapać powietrze.

Po chwili dodała:

Nie wyobrażasz sobie, co on wyprawia! Nawet jak zostałam sama z dwójką dzieci, nie piłam tyle melisy co przy tym kocie. Decyzja podjęta nie odwołam. Działka!

Eee, no ale…

Albo podwórko! Tam go dzieci znalazły. Tylko one zaraz go znowu do domu przyniosą i do szafy schowają. I od nowa bajka. Ja już dziękuję!

Wyjęła telefon, zerknęła na wyświetlacz i pokręciła głową:

Rozgadałaś mnie, Alicjo. Muszę lecieć, bo autobus ucieknie.

Przygarnęła karton, odwróciła się i zaczęła schodzić po schodach, mocno trzymając się poręczy.

Ala patrzyła za nią, nie mogąc pojąć, jak można zostawić maleńkiego kota na działce, samopas na mróz. Przecież nie przeżyje nawet dnia…

Pani Grażyno, proszę! zawołała za sąsiadką.

No i co jeszcze? Mówiłam już, spieszę się!

Niech pani nie oddaje kota na działkę. Ja znajdę mu dom. Ona może zostać u mnie do czasu aż ktoś go weźmie.

Pani Grażyna zatrzymała się i powoli odwróciła.

W dobre ręce? Sugerujesz, że moje są złe? zmrużyła oczy.

Nie o to chodzi. Sama pani mówiła, ile z nim się namęczyła. Po prostu chcę spróbować znaleźć kociakowi dom. Nie przeżyje tam.

Jak ma przeżyć przeżyje, nie no to nie jego czas. Taka karma, proszę pani! Co mam poradzić?

No proszę, czemu aż tak ostro…

To jego wina! On się nie nadaje do mieszkania.

Przecież on jeszcze dzieciak, nauczy się! Ala nie wytrzymała Przecież własnych dzieci by pani nie wywiozła na działkę, chociaż też krzyczy pani na nich cały dzień!

Bo moje dzieci, to moje dzieci. Porównałaś! Ale jak chcesz masz, bierz.

Postawiła karton na kafelkach.

I dobrze! Zaoszczędzę i czasu, i pieniędzy. Zobaczymy, ile z tobą wytrzyma! zaśmiała się jadowicie.

Wróciła do mieszkania, znów zatrzaskując drzwi. Słychać było jeszcze tylko jej krzyk na dzieci:

Nie rozumiem! Czemu jeszcze nie sprzątacie? Telefony poproszę już!

Co było dalej, Ala już nie słyszała.

Delikatnie wzięła karton i powoli weszła na swoje piętro z kotem w środku i pudłem po opiekaczu.

Nie planowała mieć kota tego dnia. Wybrała się tylko po kawę, bo rano zabrakło. Ale tak już jest w snach puszysty pasażer kartonu po kuchennym sprzęcie pojawił się u niej przez przypadek.

Zwierząt nigdy specjalnie nie kochała. Ale pomóc musiała. Bo obojętność nie oznacza, że się jest bez serca. Bo czasem wystarczy zrobić zdjęcie i pyk ktoś się pojawi, kto zechce zająć się takim cudnym kotkiem.

Wiedziała szybko znajdzie dom. Fotka, internet, kilka słów i zaraz będzie kolejka pod drzwiami.

*****

Nie tracąc czasu, od razu zrobiła zdjęcie buraskowi komórką i napisała posty w grupach typu „Oddam kota za darmo” i „Szukam domu dla kota”.

Z ulgą poszła w końcu po kawę… i kocie jedzenie (bo przecież trzeba kota czymś karmić, zanim trafi do nowych ludzi).

Kupiła też zestaw startowy plastikowy kuwetę i żwirek.

Wydatek nieplanowany, ale machnęła ręką: „Oddam to temu, kto go przygarnie”, pomyślała i się uśmiechnęła.

Pani Grażyna mówiła, że kot nazywa się Klusek, ale na to imię nie zwracał uwagi. Ala wymyśliła lepsze.

Długo się zastanawiała. Przy sto trzydziestym drugim imieniu się zatrzymała.

Od dziś będziesz Miętus! Może być? spytała.

Miau! odparł kotek i pobiegł tłuc się z miętowymi kapciami w przedpokoju. Przecież tylko on mógł być największą „puchatą rybą” w Krakowie, nie jakieś tam pantofle.

Ala patrzyła, jak Miętus goni kapcie, po czym usiadła do pracy.

Była samozatrudnioną fotografką. Uwielbiała to, szczególnie, że fotografia dawała jej nie tylko satysfakcję, ale i ładne złotówki na konto.

Musiała szybko obrobić zdjęcia. Otworzyła laptop, uruchomiła program i zabrała się, z poważną miną, do roboty.

Na nic się to zdało.

Miętus, po skończonej szarży na kapcie, zaczął radośnie latać po pokoju, ślizgając się na podłodze. Hałas nie do wytrzymania.

Ej, maluchu! Ala obróciła się na fotelu i podniosła palec, próbując wymóc posłuszeństwo.

Kotek się zatrzymał, spojrzał na nią badawczo. „Mów, mów, ale się spiesz, bo mam ważne kocie sprawy!”

Wiem, że się nudzisz i chce ci się bawić. Ale pamiętaj, jesteś tu tylko na chwilę…

Miau!

I nie dyskutuj! Jesteś gościem. Zachowuj się, nie przeszkadzaj!

Pomyliła się mówiąc to.

Miętus spojrzał tak żałośnie, że aż Ala zgłupiała. Zrobiło jej się wstyd tak, jakby mogła się rozpuścić w powietrzu jak poranna mgła nad Wisłą.

„No jak tu się gniewać na takie małe stworzenie?”

Dobrze, baw się, tylko z cicha!

Kot aż zapiszczał z radości i znów popędził przez całe mieszkanie, rozbijając się raz o stół, raz o szafę, raz o kanapę.

„Cele jasne, przeszkód nie widzę to typowo jego strategia” pomyślała Ala z uśmiechem.

Założyła słuchawki i puściła muzykę, wracając do zdjęć.

Ale już po pięciu minutach… Miętus, rozpędzony, wbiegł pod stół, zahaczył łapką o kabel i pyk! komputer zgasł. I polowanie się zaczęło: teraz polowała Ala na Miętusa.

Go nie złapała, za to rozwaliła sobie palec u nogi o kant stołu i dwukrotnie nabiła siniaka o róg fotela.

W końcu, włączając ponownie komputer, weszła na fora, na których zostawiła ogłoszenia. Zobaczyła wysyp lajków i… mnóstwo komentarzy. Ale w każdym tylko to samo: „O, jaki cudny!”, „Ale pani szczęście!”, „Cud, miód i kot!”.

Nikt się nie zgłosił. Ani telefonu, ani kolejki pod drzwiami. Trzeci raz nie ma po co sprawdzać.

Zmieniła ogłoszenie: „Przywiozę kota nawet na koniec Krakowa. A i do Zakopanego, jeśli trzeba!”. Może ludziom było nie po drodze teraz na pewno ktoś się zgłosi!

W tym czasie Miętus zmęczył się biegiem i znów zasnął na kanapie, odsłaniając na wierzchu mięciutki brzuszek. Ala pogłaskała go długo, aż i ją zmorzył sen.

Oboje przespali do wieczora. O zdjęciach i pracy można było zapomnieć.

*****

Minął tydzień. Po polskich forach kursowały kolejne zdjęcia Miętusa, zbierając kolejne zachwyty, ale wciąż zero konkretów.

Jeszcze trzy dni i w głowie Ali zakiełkowała myśl: „A jeśli NIKT go nie weźmie? Zostanie tu na stałe?”

Cudownie… mruknęła. Ale i tak już sama sobie się dziwiła.

Miętus spał przy klawiaturze, miętolił myszkę łapkami, patrząc na nią z wyrzutem, za głośno westchnęła.

Ala westchnęła raz, potem drugi, i znów przeszła przez komentarze: zachwyty, zachwyty, zero chętnych.

Pomyślała, że kiedyś nawet poszła do psycholożki szukać odpowiedzi, czego jej w życiu brak, choć wszystko miała: pracę ukochaną, konta nie do zera, własne M w Krakowie (dzięki rodzicom, jasna sprawa).

Ale od jakiegoś czasu czuła luki. To nie był chłopak (sama projektowała pauzę w życiu uczuciowym)… Więc co?

Psycholożka, z miną Jagiellonki, kazała jej „pogadać ze sobą”. Skończyło się wodą, tabletką i niczym.

Odpowiedź pozostała zagrzebana głęboko, jak bursztyn pod Słowinem.

Z koleżankami też gadała:

Tobie się po prostu przelewa! mówiła Anka, zawsze lekko zazdrosna.

A wcale że nie! Pracuję jak wszyscy inni.

Może brakuje ci właśnie…”tego”? zamyśliła się Krysia.

Czego?

Tłuszczu. Jesteś chuda, pewnie w dzieciństwie nie jadłaś „ptysiów”.

Żadnej odpowiedzi. Obiecała sobie przestać myśleć. Ale znów wróciła do tej myśli.

Czyżby Miętus miał być tym, czego mi brak?… Zobaczymy.

*****

Miesiąc przeleciał, jak świnka pod sufitem w sennej krainie. Nikt po kota nie przyszedł, choć zdjęcie zebrało 1228 lajków.

Ale z czasem zaczęła rozumieć: pewnie miało tak być.

W tym miesiącu jej życie wyglądało trochę jak u Witkacego codzienny surrealizm.

Miętus w mig pojął, czego Ala od niego chce (na przykład, by nie drapał kanapy).

Próbował różnych zawodów: dekoratora wnętrz (cztery zestawy firanek, zanim Ala poddała się na dobre). Szefa kuchni (wszystko próbował, wszystko wypluwał i ogórki kiszone, i kartofle, i grzyby na zimę).

Na koniec zdecydował się na pełny etat: rozdawanie radości i szczęścia. Tak to już u kotów.

Dla Ali szczęście to było porządnie się wyspać i zdążyć obrobić zdjęcia przed południem. Z Miętusem stało się to nierealne.

Bo od kiedy przybył, a może odgórnie taki był plan jej życie śniło się coraz dziwniej.

Miętus zawsze pojawiał się jak duch, kiedy chciała osiąść na fotelu. I zaraz zaczynał: „Będziesz się bawić?”

I biegał, aż brakowało słów; tak się wygłupiał, że Ala lepiej rozumiała panią Grażynę, choć nigdy by nie postąpiła tak jak ona.

Za to, szczerze mówiąc, miała mniej czasu na sprzątanie (bo nauczyła się działać ekspresowo, zanim kot się obudzi).

Emocji tyle, że wystarczyłoby na Grunwald i drugą Jałtę.

Gdy Miętus pierwszy raz sam poszedł do kuwety Ala była dumna jak matka z pierwszych kroków dziecka. I seria nocy, kiedy musiała go zanosić do kuwety to przeszłość.

Nocami najchętniej bawił się lampką nocną (pstryk zgaszone, pstryk świeci, pstryk znowu ciemno). W końcu Ala schowała lampkę i firanki razem do pawlacza.

Można przywyknąć do wszystkiego.

Ale po miesiącu przyszło odkrycie: to nie Miętus mieszkał u niej to ona odwiedzała go króla mieszkania!

Bo przecież cały dzień pracuje, a on włada domem; wita ją wieczorem i żegna rano. Gospodarz najwyższej klasy.

I w końcu zrozumiała już nie musi szukać nowych rąk dla Miętusa. Bo to jej własne ręce, te, które najchętniej drapią go po brzuchu nad ranem. Bo już z nim nie wytrzyma? Wytrzyma! I nie żałuje.

Bo to jest miłość. I jego nie da się nie kochać.

Nawet Miętus już jej rano nie budzi tylko czeka w ciszy obok, aż Ala otworzy oczy.

Czeka. Po prostu czeka. I patrzy trochę z wyrzutem: „Można spać tyle? Ja tu już tęsknię…”.

Oceń artykuł
TwojaCena
Nie żałuję niczego