Nie wpuścili córki do domu — Dlaczego nie pozwoliliście jej wejść? — Weronika w końcu zebrała się n…

Dlaczego jej nie wpuściliście? zapytała Weronika, choć to pytanie rozbrzmiewało w niej od dawna. Przecież zawsze ją wpuszczaliście

Matka uśmiechnęła się gorzko.

Bo się o ciebie boję, Werka. Naprawdę sądzisz, że nie widzimy, jak kulisz się w kącie, kiedy twoja siostra wpada nad ranem? Jak chowasz książki, żeby ich nie zniszczyła? Ona patrzy na ciebie z nienawiścią. W złości, że jesteś normalna. Przed tobą całkiem inne życie, a swoje już dawno utopiła w butelce.

Weronika wtuliła głowę w ramiona, zamierała nad otwartym podręcznikiem za ścianą właśnie rozbrzmiewała kolejna awantura.

Ojciec nawet nie zdjął kurtki, stał w przedpokoju, ściskał telefon i wrzeszczał:

Nie kręć mi, Zoska! wykrzykiwał do słuchawki. Gdzie podziały się wszystkie pieniądze? Minęły dwa tygodnie od wypłaty! Dwa tygodnie, Zosia!

Z kuchni wyjrzała Barbara. Przez chwilę słuchała tyrady męża, potem zapytała:

Znowu?

Franciszek tylko machnął dłonią i włączył głośnik. W eterze natychmiast rozległ się płacz.

Starsza siostra Weroniki miała prawdziwy talent: wzruszyć potrafiła nawet kamień.

Ale po tylu latach rodzice nabrali na nią odporności.

Co znaczy, że cię wyrzuca? Franciszek zaczął przemierzać ciasny korytarzyk. Dobrze robi. Ilu jeszcze wytrzyma twoje wieczne nicnierobienie?

Widzisz siebie czasem w lustrze?

Masz trzydzieści lat, a twarz jak zbity pies

Weronika ostrożnie uchyliła drzwi do swojego pokoju na dwa centymetry.

Tato, błagam łkanie zza słuchawki nagle ucichło. Rzucił moje rzeczy na klatkę. Nie mam gdzie pójść.

Leje, zimno Przyjadę do was, proszę? Na kilka dni. Muszę się tylko przespać.

Matka poderwała się, jakby chciała przejąć telefon, ale ojciec odwrócił się gwałtownie.

Nie! powiedział twardo. Nie zobaczysz tu progu.

Przecież się umawialiśmy po tym jak wyniosłaś telewizor do lombardu, kiedy byliśmy na działce, drzwi do tego domu są zamknięte!

Mamo! Mamo, powiedz coś! zawyła Zosia przez słuchawkę.

Barbara zakryła twarz dłońmi. Jej ramiona się trzęsły.

Zosiu, jak mogłaś szepnęła matka, nie patrząc na męża. Przecież byłaś u lekarza

Obiecałaś nam, miałaś wytrzymać trzy lata. A nie wytrzymałaś nawet miesiąca!

Te wasze terapie to bzdura! wyrzuciła z siebie Zosia, a jej ton nagle przeszedł w złość. Wyłudzanie pieniędzy! Ja się palę od środka, nie mogę oddychać!

A wy o telewizorze Przecież wam nowy kupię!

Za co kupisz? Franciszek stanął i wpatrywał się w jeden punkt ściany. Za co, skoro wszystko przepijasz?

Pożyczyłaś znów od kolegów? A może coś wyniosłaś z mieszkania tego swojego

Nieważne! syknęła Zosia. Tato, nie mam gdzie mieszkać! Chcecie żebym spała pod mostem?!

Idź do noclegowni. Idź gdzie chcesz, ale tutaj nie przychodź głos ojca wybrzmiał groźnie spokojnie. Zmieniam zamki, jeśli cię tu zobaczę.

Weronika siedziała na łóżku, obejmując kolana ramionami.

Dotąd, gdy siostra doprowadzała rodziców do furii, złość rykoszetem skierowana była na nią.

A ty znowu w telefonie? Wyrośniesz na taką samą bezużyteczną jak ona! słyszała takie teksty przez ostatnie trzy lata.

Ale dziś o niej zapomniano.

Nikt się nie czepiał, nikt nie krzyczał. Ojciec odłożył słuchawkę, rozebrał się i przenieśli się z matką do kuchni.

Weronika ostrożnie wyszła na korytarz.

Franek, tak też nie można rozpaczała matka. Przecież ona całkiem zginie. Wiesz jaka jest w takim stanie.

Nie panuje nad sobą

To ja mam za nią odpowiadać? ojciec postawił z hukiem czajnik na kuchence. Mam pięćdziesiąt pięć lat, Baśka. Chcę po pracy usiąść w fotelu.

Nie chcę chować portfela pod poduszkę! Nie chcę wysłuchiwać sąsiadów, którzy widzieli ją z menelami i którym nagadała!

To nasza córka szepnęła matka.

Była córką do dwudziestki. Teraz to pasożyt, który nas wykańcza.

Jest uzależniona, Basiu. Tego się nie leczy bez chęci.

A ona nie chce. Jej pasuje tak żyć obudzić się, znaleźć flaszkę i zapomnieć!

Telefon zadzwonił ponownie.

Rodzice zamilkli, aż w końcu odezwał się ojciec.

Słucham.

Tato znów dzwoniła Zosia. Siedzę na dworcu. Chodzą tu policjanci, zaraz mnie zgarną.

Proszę cię

Słuchaj mnie uważnie przerwał jej ojciec. Do domu nie wrócisz. To jest koniec.

To mam sobie coś zrobić?! jej głos złowrogo zabrzmiał. Chcecie, żeby zadzwonili z prosektorium?!

Weronika zamarła. To był zawsze jej ostatni argument.

Dawniej działało: matka płakała, ojciec łapał się za serce, siostra dostawała pieniądze, mogła tu mieszkać, jeść, spać.

Dziś ojciec nie dał się nabrać.

Nie strasz powiedział spokojnie. Za bardzo kochasz siebie, żeby to zrobić. Posłuchaj: zrobimy tak.

Jak? w głosie Zosi pojawiła się nadzieja.

Znajdę ci pokój. Najtańszy, na obrzeżach Warszawy. Opłacę pierwszy miesiąc. Dam trochę grosza na jedzenie. I tyle. Dalej radzisz sobie sama.

Znajdziesz pracę, weźmiesz się za siebie przeżyjesz.

Nie za miesiąc jesteś na ulicy i nie będę się już przejmował.

Pokój?! Nawet nie kawalerkę? Tato, ja sama nie dam rady! Boję się.

A tam mogą być przecież jacyś podejrzani ludzie!

I w ogóle, jak mam mieszkać bez niczego? Nawet pościeli nie mam, wszystko zostało u tamtego gnoja!

Matka ci spakuje pościel do torby. Zostawi u dozorczyni. Odbierzesz, tylko nie wchodź na mieszkanie, bo ostrzegam.

Jesteście bestie! wrzasnęła znów Zosia. Wypędzacie własną córkę do jakiejś nory!

Sami siedzicie w trójce, a ja mam się tułać po kątach jak szczur!

Matka nie wytrzymała, przejęła telefon.

Zosia, zamknij się! wrzasnęła, aż Weronika podskoczyła. Ojciec ma rację!

To twoja ostatnia szansa. Pokój albo ulica.

Decyduj od razu, bo jutro nawet na pokój nie dostaniesz!

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Dobra burknęła w końcu Zosia. Prześlijcie mi adres. I trochę forsy na kartę, bo głodna jestem.

Pieniędzy nie będzie urwał Franciszek. Zakupię jedzenie i dam w torbie. Wiem, na co byś przeznaczyła te złotówki.

Skończył rozmowę.

Weronika uznała, że to już czas. Weszła do kuchni udając, że przyszła się napić wody.

Spodziewała się fali złości.

Ojciec skomentuje jej rozciągnięty t-shirt, matka zgani, że nic ją nie obchodzi.

Ale rodzice nawet na nią nie spojrzeli.

Weronika odezwała się cicho matka.

Tak, mamo?

W szafie, na górnej półce, są stare prześcieradła i poszewki.

Wyjmij je, proszę. I włóż do tej niebieskiej torby z komórki.

Dobrze, mamo.

Weronika wykonała polecenie.

Znalazła torbę, wysypała z niej graty.

Nie mieściło się jej w głowie, jak Zosia ma teraz sama żyć.

Przecież nawet makaronu nie ugotuje. Jeszcze to jej przeklęte picie

Weronika wiedziała, że siostra wytrzyma bez wódki nie więcej niż dwa dni.

Wróciła do pokoju rodziców, wdrapała się na taboret, sięgnęła po pościel.

Nie zapomnij o ręcznikach! zawołał z kuchni ojciec.

Już dodałam odpowiedziała Weronika.

Widziała jak ojciec przeszedł przez korytarz, założył buty i wyszedł, nie mówiąc słowa.

Najpewniej pojechał znaleźć tę tanią norę.

Weronika weszła do kuchni. Matka siedziała bez ruchu.

Mamo, może ci podać tabletkę? spytała cicho, zbliżając się.

Matka uniosła na nią wzrok.

Wiesz, Werka zaczęła dziwnie bezbarwnym tonem. Jak była mała, myślałam: wyrośnie, będzie ze mnie radość, pogadamy o wszystkim.

A dziś myślę tylko by nie zapomniała adresu tej stancji. By dojechała cała

Dojedzie Weronika usiadła na krześle. Zawsze sobie radziła.

Tym razem nie da rady matka pokiwała głową. Oczy inne zrobiły się. Puste. Jakby już nic tam nie zostało.

Tylko powłoka, którą napędza ten syf.

Widzę, jak się jej boisz

Weronika umilkła. Zawsze myślała, że rodzice nie widzą jej strachu, są zbyt zajęci ratowaniem przegranej Zosi.

Myślałam, że nie obchodzę was szepnęła.

Matka pogładziła ją po włosach.

Obchodzisz nas. Tylko siły już nie mamy. Wiesz, jak w samolocie najpierw maska na siebie, potem na dziecko. My przez dziesięć lat zakładaliśmy maskę jej. Dziesięć lat, Werka!

I odwyk, i egzorcystki, i prywatne kliniki.

A na końcu sami ledwo oddychamy.

W korytarzu zadzwonił dzwonek. Werka aż podskoczyła.

To ona? zapytała cicho.

Nie, tata ma klucze. Pewnie dostawa z zakupami, tata zamawiał.

Weronika poszła otworzyć. Kurier wręczył dwa ciężkie siatki.

Wniosła je do kuchni i zaczęła układać: kasze, konserwy, olej, herbata, cukier. Nic zbędnego.

Tego nie będzie jadła zauważyła Weronika, odkładając paczkę kaszy gryczanej. Ona tylko gotowe rzeczy lubi.

Jeśli będzie chciała żyć ugotuje urwała matka i jej głos na moment odzyskał dawną pewność. Koniec pobłażania. Naszą litością ją do grobu doprowadzimy.

Po godzinie wrócił ojciec. Wyglądał jakby trzy etaty obrobił naraz.

Znalazłem rzucił krótko. Klucze mam. Właścicielka ostra, była nauczycielka.

Uprzedziła: jeden zapach lub hałas wylot.

Powiedziałem uczciwie: Niech pani wyrzuca od razu.

Franek westchnęła matka.

Co Franek? Dość kłamstw. Czas powiedzieć prawdę.

Wziął torbę, zgarnął zakupy i skierował się do drzwi.

Zostawię wszystko u dozorczyni. Zadzwonię do niej, powiem gdzie odebrać.

Weronika, zamknij drzwi na wszystkie zamki. A jak zadzwoni domofon nie odbieraj.

Ojciec wyszedł, a matka zaszyła się w kuchni i zaczęła płakać.

Weronice ścisnęło się serce. Jak tak można sama żyć nie chce, rodzicom też nie daje żyć

***

Niestety, rodzice się nie przeliczyli tydzień później Franciszek odebrał telefon od właścicielki, że wyrzuciła Zosię z policją.

Przygarnęła trzech obcych facetów i balowała całą noc.

Rodzice znowu nie mieli serca zostawić córki na ulicy Zosię zabrali do ośrodka terapii.

Tym razem zamkniętego, porządnego zapewniali, że przez rok jest szansa wyciągnąć ją z alkoholizmu.

Kto wie Może jednak stanie się cud?

Oceń artykuł
TwojaCena
Nie wpuścili córki do domu — Dlaczego nie pozwoliliście jej wejść? — Weronika w końcu zebrała się n…