Nie waż się śpiewać. Uśmiechasz się nie tak, jak trzeba.
Nina początkowo nawet nie zorientowała się, że te słowa padły pod jej adresem. Wpatrywała się w swoje dłonie złożone na kolanach, na granatowej, połyskliwej sukience, której sama nigdy by nie wybrała. Za ciasna w ramionach. Zbyt błyszcząca. Nietutejsza.
Nina. Mówiłem, że źle się uśmiechasz. Zbyt nerwowo. To widać.
Gienek mówił półgłosem, nawet nie odwracając głowy. Patrzył na salę, gdzie właśnie rozsiadali się goście z okazji jubileuszu jego firmy. Dwadzieścia lat spółki. Wielka uroczystość. Ważny wieczór. Jej rola była z góry ustalona, jak zapis w umowie: siedzieć obok, wyglądać przyzwoicie, nie odzywać się za dużo, nie pić więcej niż jednego kieliszka, nie wdawać się w rozmowy z partnerami bez jego przyzwolenia.
Przepraszam szepnęła.
Nie przepraszaj. Popraw się.
Restauracja należała do tych miejsc, gdzie pieniądze czuć niemal fizycznie. Nie rzucały się w oczy, ale dawały o sobie znać w ciężkich obrusach, rozproszonym świetle żyrandoli, w ciszy i płynnym ruchu kelnerów, którzy niczym duchy unosili się między stolikami. Nina była już tu kilka razy, za każdym czuła się zbędna. Nie jak żona przedsiębiorcy, ale jak ktoś obcy. Kobieta z własnym imieniem, z historią, z czymś, co kiedyś w niej żyło.
Zbliżała się do pięćdziesiątych szóstych urodzin. Połowę tego czasu, dwadzieścia osiem lat, spędziła przy boku Gienka Borkowskiego. Poznali się, gdy kończyła Akademię Muzyczną w Warszawie. Była wtedy pełna życia i głosu, zakochana w Chopinie i Szymanowskim. On młody przedsiębiorca, pewny, że cały świat da się kupić albo przekształcić. Patrzył na nią tak, jakby była tym właśnie światem. Z czasem okazało się, że chciał ją zmieniać.
Gienek, może podejdę do Leny? Siedzi tam sama.
Lena poczeka. Ty nie masz czego szukać przy stole Kowalskich.
Przecież znam ją od dwudziestu lat.
Nina w jego tonie nie było złości, tylko zmęczenie, jak u kogoś, kto tłumaczy dziecku coś setny raz. Dziś ważny wieczór. Masz tylko siedzieć i się uśmiechać.
Uśmiechnęła się. Tak jak powinna. Zgodnie z instrukcją.
Sala wypełniała się powoli. Partnerzy, klienci, urzędnicy i ich żony. Wszyscy eleganccy, ożywieni, wszyscy rozmawiający o tym, co wypada w takie wieczory. Nina przysłuchiwała się fragmentom rozmów i myślała, że nie pamięta, kiedy ostatni raz mówiła o czymś, co jej naprawdę bliskie. O muzyce. O tym, jak zbudowana jest fuga. O tym, dlaczego drugi koncert Chopina wciąż ją rozgrywa wewnętrznie, nawet gdy słyszy tylko w radio.
Radio w ich domu grało rzadko. Gienek nie lubił klasyki. Twierdził, że to działa mu na nerwy.
Przy sąsiednim stoliku kobieta w czerwonej sukni parsknęła głośnym, chrapliwym, szczerym śmiechem. Nina spojrzała na nią z czymś na kształt zazdrości. Nie o sukienkę, nie o urodę, tylko o to, że można śmiać się tak po swojemu, nie pytając nikogo o zgodę.
Kolacja toczyła się swoim rytmem. Toasty, brawa, przemowy o sukcesach i świetlanej przyszłości. Gienek powiedział swoje krótko, rzeczowo, jak zwykle. Sala zareagowała burzą braw. Miał dar trzymania tłumu w garści. Nina klaskała razem ze wszystkimi i myślała, że kiedyś umiała to samo. Stanąć przed ludźmi i śpiewać tak, że tracili oddech.
Ostatni raz śpiewała publicznie dwadzieścia cztery lata temu. Wieczór w Akademii, na który zawiózł ją Gienek i z którego zabrał wcześniej, bo „sprawy nie czekają”.
Po deserze konferansjer ogłosił konkurs talentów. Takie sobie rozluźnienie na koniec wieczoru: każdy chętny mógł wejść na niski podest w rogu i pokazać, co potrafi. Dowcip, sztuczka, piosenka. Gienek skrzywił się.
Co za kicz szepnął.
Nina nie odpowiedziała. Spoglądała na scenkę, gdzie już czekał mikrofon. Obok siedział pianista młody chłopak o życzliwym spojrzeniu. Zwróciła na niego uwagę wcześniej; miał długie palce i zamiłowanie do kołysania głową w rytm, nawet przy ciszy.
Wyszło dwóch. Jeden opowiedział kawał, drugi zagrał na harmonijce. Brawa były życzliwe, bez entuzjazmu. Potem znowu zapraszano chętnych zrobiło się cicho.
Nina poczuła, że coś się w niej przesuwa. Niezauważalnie, jak drzwi ustępujące lekkiemu naciskowi. Odłożyła serwetkę, wstała.
Gdzie idziesz? spytał Gienek.
Do toalety.
Nie poszła do toalety. Podeszła do konferansjera, szepnęła mu coś do ucha. Ten podniósł brwi z zaskoczeniem, po czym skinął głową. Potem zwróciła się do pianisty ustalili tonację, kilka słów. Pianista kiwnął z entuzjazmem.
Kiedy konferansjer wyczytał jej imię, Gienek nie zareagował od razu. W końcu zrozumiał. Nina, widząc jego twarz kątem oka, ruszyła na scenę, skupiona na mikrofonie.
Trzy schodki. Stanęła na scenie, sala pełna obcych ludzi w szykownych garniturach, sukienkach. Wielu rozmawiało jeszcze przy stolikach. Część patrzyła życzliwie: no, co tam będzie.
Nina skinęła pianistom.
Zabrzmiały pierwsze akordy. Nie była to ani biesiada, ani przebój z telewizji. To był Szymanowski. Wokaliza. Trudny, przejmujący utwór, który śpiewała na dyplomie w akademii. Bez słów. Tylko głos i muzyka.
Zaśpiewała. Przez chwilę nie dowierzała sama sobie że głos w ogóle się wydobywa, że nie zginął przez lata milczenia. Był. Inny, dojrzalszy, ciemniejszy, z plątaniną nowych odcieni, ale żywy. Prawdziwy.
Sala ucichła przy trzeciej frazie. Nie stopniowo natychmiast: rozmowy gasły, kieliszki opadały, twarze zwracały się w jej stronę. Nina tego nawet nie zauważała. W śpiewie liczyło się tylko jedno: nie stracić oddechu, trzymać frazę, nie myśleć o Gienku, o jego twarzy, o tym, co potem.
To potem nie miało już znaczenia. Liczyła się ta chwila.
Kiedy skończyła, zapadła cisza. Potem sala wstała. Nie od razu cała, ale wstała. Oklaski były prawdziwe, autentyczne. Kobieta w czerwonej sukni krzyknęła brawo! Pianista patrzył z podziwem, jakby ujrzał coś niezwykłego.
Nina zeszła ze sceny na lekko miękkich nogach. Serce waliło, ale równo. Wracała do stołu i widziała już twarz Gienka.
Nie klaskał.
Siadaj rzucił krótko.
Usiadła.
Rozumiesz, co właśnie zrobiłaś?
Zaśpiewałam.
Nie mądrz się! jego głos był lodowaty. Wystawiłaś się na pokaz na MOIM wieczorze. Bez pytania. Wiesz, jak to wygląda?
Jak to wygląda?
Jakby moja żona łaknęła uwagi. Jakby jej było za mało. Wziął kieliszek, odstawił powoli. Wracamy do domu. Za dziesięć minut.
Gienek, jeszcze nie…
Dziesięć minut, Nina.
Podeszło do niej kilka osób kobieta w czerwieni, która przedstawiła się jako Tamara; starszy pan z profesorską brodą powiedział tylko: Wyjątkowe. U kogo pani się uczyła?. Lena Kowalska przypędziła z drugiego końca sali i mocno ją uścisnęła, pachnąc cynamonem, domem, i Nina niemal się rozpłakała.
Ninko, gdzie ty byłaś tyle lat? Przecież śpiewałaś jak…
Lena, już musimy przerwał Gienek, zjawiając się przy nich. Ujął ją pod ramię, pozornie łagodnie, ale ścisk tak mocny, że czuła przez sukienkę. Przepraszam, Nina jest zmęczona. Musimy iść.
W aucie nie odezwał się ani słowem. Milczał całą drogę, co było gorsze od każdej wymówki. Nina patrzyła przez okno na nocną Warszawę, światła, witryny. Myślała o dziwnym spokoju, który w niej narastał. Ani radość, ani strach coś trzeciego. Jakby właśnie przypomniała sobie własne imię.
W domu Gienek zdjął marynarkę, odwiesił na wieszak, odwrócił się.
Rozumiem, jesteś znudzona. Chcesz czegoś dla siebie. Ale są pewne granice. Postawiłaś mnie w niezręcznej sytuacji. Od tych ludzi zależy moja praca.
Śpiewałam. Ludzie bili brawo.
Stałaś się artystką na spotkaniu firmowym. Widzisz różnicę?
Nie odparła spokojnie, sama się zdziwiła, jak płasko to zabrzmiało. Wytłumacz.
Długo się przyglądał.
Masz wszystko! Dom, pieniądze, pozycję. Czego ci brakuje? Już nie mam siły dociekać.
Powiem ci. Brakuje mnie samej.
Co to znaczy?
Dobrze wiesz.
Odeszła do sypialni. Zamknęła drzwi, położyła się ubrana, wpatrując się w biały sufit, czysty jak ich życie z zewnątrz. Słyszała, jak Gienek chodzi po mieszkaniu, otwiera szafki. W końcu cisza.
Nie spała. Myślała. Przypominała sobie, jak piętnaście lat temu zgodziła się odejść z pracy w szkole muzycznej, gdzie uczyła śpiewu. Gienek mówił, że to zbyt drobne zajęcie dla żony biznesmena, śmieszne pensje, niepotrzebny wysiłek. Zgodziła się, myśląc, że znajdzie coś innego. Ale coś innego nigdy nie przyszło, bo za każdym razem Gienek tłumaczył, że to nie na miejscu, nieodpowiednie, zbędne.
Nie bił jej. Nie krzyczał. Tylko bardzo spokojnie, rzeczowo objaśniał, co właściwe, a co nie. Przez te lata tak przywykła do tych wykładni, że przestała słyszeć własny głos. Nawet w myślach.
Aż do wczorajszego wieczoru.
Rano, gdy był pod prysznicem, wyjęła ze schowka starą torbę. Spakowała dokumenty, paszport, dyplom akademii znaleziony na dnie szuflady, kilka zdjęć. Telefon. Trochę gotówki, którą odkładała przez ostatnie trzy lata na wypadek, choć nie wiedziała, na jaki. Teraz już wiedziała.
Ubierała się w dżinsy, sweter, kurtkę. Gdy Gienek wyszedł z łazienki, stała przy drzwiach z torbą przewieszoną przez ramię.
Dokąd idziesz?
Odchodzę.
Zapadła cisza.
Nie wygłupiaj się.
Nie wygłupiam się. Odchodzę.
Nina sięgnął po ręcznik, patrząc na nią z rezygnacją jesteś roztrzęsiona. Odpocznij, wieczorem pogadamy jak ludzie.
Już pogadaliśmy.
Nie masz pieniędzy. Nie masz pracy. Gdzie ty pójdziesz?
Znajdę miejsce.
Nina, ty masz pięćdziesiąt pięć lat. Ty…
Otwarła drzwi i wyszła. Usłyszała za plecami jego głos, ale słowa już nie docierały. Zjeżdżała windą długo, patrząc na swoje odbicie w stalowych drzwiach. Ugniecione, niewyraźne. Uśmiechnęła się prawie do siebie.
Ruszyła przez miasto pieszo. Oddychała. Wczesna jesień chłodna i sucha, pachniało liśćmi i kawą z kawiarni na rogu. Weszła, zamówiła kubek kawy, usiadła przy oknie, wyciągnęła telefon. Zadzwoniła do jedynej osoby, do której mogła.
Lena, potrzebuję pomocy.
O Boże, co się stało?
Odeszłam od Gienka.
Cisza. Potem:
Gdzie jesteś?
Lena mieszkała sama w dwupokojowym mieszkaniu na Bemowie. Dzieci rozjechane po świecie, mąż zmarł parę lat temu. Otworzyła drzwi, zobaczyła Ninę z torbą i nie pytała. Przepuściła ją do środka.
Wchodź. Woda już się grzeje na herbatę.
Rozmawiały do późnej nocy. Nina opowiadała, Lena słuchała bez oceniania, tylko dolewała herbaty. Kiedy Nina zamilkła, Lena powiedziała:
Odeszłaś. To najważniejsze. Reszta się ułoży.
On zablokuje konta. Pewnie już to zrobił.
Zablokował?
Tak. Ostrzegał mnie. Po ostatniej kłótni w zeszłym roku powiedział: spróbujesz odejść, zobaczysz.
Zobaczymy, co się stanie z nim Lena zacisnęła usta.
Gienek nie kazał długo na siebie czekać. Wieczorem Nina odbierała kolejne telefony: raz on, raz jego sekretarka, raz własna matka, którą najwyraźniej skutecznie nastawił. Matka szlochała do słuchawki: że Gienek dzwonił, mówił, że Nina po korporacyjnej imprezie jest w fatalnym stanie psychicznym, że potrzebuje pomocy.
Mamo, nic mi nie jest.
Ninusiu, on bardzo przeżywa. Powiedział, że wczoraj zachowywałaś się dziwnie, że powinnaś iść do lekarza…
Mamo, ja śpiewałam. Wyszłam na scenę i śpiewałam. To nie załamanie.
On mówi, że to było bardzo nie na miejscu, że go ośmieszyłaś…
Mamo. Jestem u Leny. Oddzwonię jutro.
Konta faktycznie były puste przekonała się, gdy próbowała wyjąć gotówkę z bankomatu. Zgromadzone pieniądze szybko się kurczyły, Lena nie chciała brać za mieszkanie, ale Nina wiedziała, że nie potrwa to długo.
Trzy dni później Gienek przysłał jej rzeczy. Nie przyjechał osobiście: dwóch nieznanych mężczyzn przywiozło jej torby pod drzwi Leny. Przeglądała je w przedpokoju przypadkowe ubrania, letnie sukienki na październik, buty na wysokim obcasie, bezużyteczne drobiazgi. Ani ciepłego swetra, ani książki. To też była wiadomość.
Po kolejnym dniu zadzwoniła matka: Gienek pojawił się u niej. Siedział, pił herbatę, opowiadał, że Nina zawsze była nerwowa, że robił dla niej wszystko, a ona nie umiała tego docenić. Że teraz martwi się o jej zdrowie psychiczne. Matka słuchała. Zawsze słuchała tych, którzy mieli łagodny głos i rzeczowe argumenty.
Może spróbujesz wrócić, porozmawiać…
Mamo, on blokuje mi dostęp do pieniędzy i rozpuszcza plotki, że jestem wariatką. Wiesz, co to oznacza?
Matka milczała.
Jest mężczyzną, Nino. Oni tak mają, kiedy czują się zranieni.
Nina odłożyła słuchawkę i długo patrzyła za okno. Wyjęła dyplom z torby, położyła na stole. Granatowa oprawa, złote litery. Nina Borkowska. Absolwentka wydziału wokalnego. Akademicki śpiew klasyczny. Nie trzymała go w rękach od piętnastu lat.
Nazajutrz zadzwoniła do Akademii. Pytała o profesora Antoniego Belę, swojego dawnego wykładowcę. Myślała, że już nie żyje ale żył, nadal uczył, choć miał ponad siedemdziesiąt lat. Dostała numer kontaktowy.
Profesorze? Tu Nina Borkowska. Pamięta mnie pan?
Długa chwila ciszy.
Borkowska? Z czwartego roku?
Tak.
Oczywiście, pamiętam. Co się z panią stało, tyle lat ciszy.
… Zniknęłam. Ma pan rację. Potrzebuję pomocy.
Spotkali się dwa dni później w jednym z sal wykładowych, na trzecim piętrze. Profesor Był dokładnie taki, jak go zapamiętała: niewysoki, szczupły, z przenikliwym spojrzeniem. Przywitał ją uważnie.
Zestarzeliśmy się, Borkowska.
Pan też.
Takie prawo natury uśmiechnął się. Proszę śpiewać.
Teraz?
Na co czekać?
Zaśpiewała. Na początku z niepewnością, płytko, głos chwiał się na górze. Biela słuchał w milczeniu. Po chwili odezwał się:
Jest głos. Technika siada. Oddech fatalny. Ale głos jest. To kluczowe, Ninko. Reszta do wypracowania.
Ile to potrwa?
Zależy od pani. Jeśli przyłoży się pani na poważnie, za dwa, trzy miesiące możemy wrócić do formy. Przerwał. Dlaczego pani to rzuciła?
Wyszłam za mąż.
I mąż zabronił śpiewać?
Nie zabronił… po prostu… samo wyszło. Powoli.
Biela popatrzył długo.
Powoli powtórzył. Rozumiem. Pracujemy.
Zaczęła chodzić codziennie. Od dziewiątej do drugiej. Głos wracał powoli, raz szło lekko, innym razem wydawało się, że znowu zaczyna od początku. Profesor był wymagający, nie pobłażał wiekowi ani przerwie w śpiewaniu. Twierdził: Głos nie ma wieku. Jest technika i wola. Cała reszta to wymówki.
Lena znalazła jej dorywczo prowadzenie zajęć wokalnych w domu kultury na Woli. Płacili niewiele, ale pieniądze były własne. Zajęcia prowadziła trzy razy w tygodniu panie po sześćdziesiątce, nie dla kariery, ale dla siebie. Patrzenie na nie było antidotum.
Tymczasem Gienek nie odpuszczał. Przez znajomych docierały do Niny dziwne pogłoski: była zafascynowana nowym nauczycielem, niestabilna psychicznie, on dzielnie ją znosił, aż w końcu został zmuszony uwolnić się od niej. Część znajomych chyba w to wierzyła, część milczała. Matka dzwoniła rzadko, z ostrożnością w głosie, jakby ważyła słowa.
Myślisz o przyszłości? O mieszkaniu?
Myślę, mamo.
On mówi, że gotów spokojnie to omówić, jak wrócisz.
Nie wrócę.
Może da się dogadać. Rozwód, podział…
Mamo, blokuje moje konto i rozpowiada, że mam załamanie. Z takim człowiekiem się nie ustala, tylko kończy sprawę. Na zawsze.
Matka wzdychała i zmieniała temat. Nina nie miała do niej pretensji. Matka była z innej epoki inne rozumienie małżeństwa, inne wzorce wytrwałości. Trudno się gniewać za nieznajomość języka, którego się nigdy nie poznało.
Miesiąc później profesor powiedział coś ważnego. Po skończonych ćwiczeniach, wrzucając nuty do teczki, rzucił bez spojrzenia:
Za dwa miesiące organizowany jest wielki koncert dobroczynny. Program klasyczny. Szukają solistów. Mógłbym panią polecić.
Zatrzymała się.
Nie śpiewałam publicznie dwadzieścia cztery lata.
Wiem.
To duża publiczność?
Transmisja na Mazowszu. Zbierają na dziecięcy szpital. Tak, poważna.
Milczała.
Proszę zdecydować szybko, czekać nikt nie będzie.
Zgodziła się po dwóch dniach. Profesor skinął, jakby tego właśnie oczekiwał.
Następne sześć tygodni były najintensywniejsze od czasów studiów. Pracowali nad repertuarem: arie, pieśni, a na koniec znowu Szymanowski, coś większego, trudniejszego. Zmęczenie było jak lek sprawdzający siłę woli, ale inne niż dawniej: już nie szare i ciągnące, lecz żywe.
Lena pilnowała jej, dolewała zupy, marudziła, że Nina za mało je, za dużo pracuje. Nadszedł czas zbliżenia to, co latami ukryte, otworzyło się w jednej kuchni.
Na trzy tygodnie przed koncertem zaczęły się kłopoty. Najpierw telefon od organizatora, że mają wątpliwości co do jej występu. Mówił niejasno.
Dzwonił do was Gienek Borkowski?
Pauza.
Nie mogę tego skomentować.
Rozumiem.
Powiadomiła profesora. Ten powiedział krótko:
Proszę przyjść jutro. Wyjaśnię z organizatorami.
I wyjaśnił. Nie dopytywała jak. Występ jednak utrzymano. Ale to nie koniec. Na tydzień przed koncertem Lena zadzwoniła w trakcie próby.
Nina, byli tu dwaj mężczyźni. Twierdzą, że od Gienka. Pytali, czy tu mieszkasz.
I co im powiedziałaś?
Że nie znam żadnej Niny. Ale jeszcze stoją na podwórku. Uważaj.
Nina poczuła ścisk w żołądku. Nie strach, raczej pewność: nie odpuści tak łatwo. To naruszenie porządku, rzeczy najważniejszej dla niego.
Opowiedziała profesorowi. Ten zdjął okulary, starannie przetarł.
Będzie próbował przerwać koncert.
Pewnie.
Boi się pani?
Uczciwie pomyślała.
Nie. Już nie. Mam dość strachu.
Dobrze. Profesor westchnął. Na koncercie będzie Wiktor Stawski.
Kto to?
Producent, bardzo znany, współpracuje z dużymi salami. Zaprosiłem go specjalnie. Słyszał o pani po tym wieczorze w restauracji. Tam był ktoś z jego ludzi, zdał relację. Stawski chciał panią usłyszeć. Proszę się postarać.
Nina patrzyła na niego.
To wszystko zaaranżował pan?
Uczę czterdzieści lat powiedział profesor. Miałem trzy studentki z prawdziwym głosem. Jedna zrobiła karierę za granicą, druga zmarła przedwcześnie. Trzecia zniknęła. Cieszę się, że wróciła.
W dzień koncertu było pochmurno. Nina przyjechała dwie godziny wcześniej. Chodziła po scenie filharmonii, wsłuchując się w ciszę sali na osiemset osób. Lubiła to uczucie scena czeka, sala jeszcze pusta.
Godzinę przed koncertem podszedł organizator, szepnął z winą:
Pani Nino, na zewnątrz czekają dwaj panowie. Mówią, że wysłani przez męża, domagają się spotkania.
To nie mój mąż. Były.
Twierdzą, że mają zaświadczenie lekarskie o konieczności hospitalizacji.
Nina zamilkła na chwilę.
Mogą mówić, co chcą. Wychodzę na scenę. Jeśli chcą, niech słuchają.
Organizator chrząknął. Nina spojrzała mu prosto w oczy.
To moje wystąpienie. Nikt nie ma prawa mi zabronić. Rozumiemy się?
Tak, ale…
Proszę zawołać profesora Bielę.
Profesor uregulował sprawę. Nie wiedziała, co dokładnie mówił wysłannikom Gienka, ale zostali na zewnątrz. Tuż przed koncertem zobaczyła w foyer wysokiego mężczyznę w eleganckim płaszczu profesor coś mu tłumaczył, tamten kiwał głową. To musiał być Stawski.
Nina wyszła na scenę jako trzecia w programie. Sala wypełniona. Kamery z boku. Ubrana w prostą, ciemną suknię, wybraną samodzielnie. Stanęła przy mikrofonie. Spojrzała w publiczność.
I zaśpiewała.
Pierwszy utwór płynął lekko, prawie radośnie. Drugi wymagał walki o oddech, trochę się zachwiała, ale wróciła. Przy trzecim nie myślała już o sali, o kamerach, o Gienku. Była tylko muzyka. Tu należała. To była ona.
Gdy zaczął się Szymanowski, zapadła zupełna cisza. Ta specjalna, jaka pojawia się tylko wtedy, gdy ludzie nie tyle słuchają, co wyczuwają, że dzieje się coś niezwykłego. Nina śpiewała i poczuła coś, co przypominało przebudzenie: jakby po długiej chorobie pierwszy raz wychodzisz na świat, czujesz niebo wciąż niebieskie, wszystko na ciebie czekało.
Kończyła ostatnią frazę, gdy w bocznych drzwiach ukazał się Gienek.
Dostrzegła go kątem oka. Szedł szybko w kierunku sceny, coś mówił ochroniarzowi, wymachiwał ręką. Czerwona twarz, napięcie. Za nim jeszcze ktoś.
Nina wyśpiewała frazę do końca. Do ostatniej nuty. Nie pękła.
Sala wstała.
Gienek zatrzymał się w połowie przejścia. Przy nim stanął już Stawski, rozmawiający spokojnie, niemal bez gestów. Nina widziała, jak Gienek odpowiada, a wyraz twarzy mu się zmienia. Coś w nim się łamało nie teatralnie, bez wielkiego finału. Po prostu ktoś pojął, że jest nikim w tym miejscu, w tej chwili.
Odwrócił się i wyszedł.
Za kulisami Nina spotkała Stawskiego. Uścisnął jej dłoń.
Słyszałem o pani. Teraz usłyszałem panią. Mamy temat do rozmowy.
Czyli?
Kontrakt. Trasa koncertowa najpierw Polska, potem za granicą. Dysponuję salami w Europie, szukam takiego głosu. Uśmiechnął się lekko. Już nikt nie będzie pani przeszkadzał. Gwarantuję.
Profesor stał z boku. Kiedy Nina spojrzała, tylko skinął głową spokojnie, raz jeden, jakby powiedział wszystko, co ważne.
Z matką porozmawiały naprawdę dopiero potem. Pojechała do niej, usiadły w kuchni. Matka patrzyła długo, potem odezwała się cicho:
Widziałam cię w telewizji. Na koncercie.
Widziałaś?
Lena zadzwoniła, kazała włączyć. Włączyłam. Milczała, bawiąc się obrusikiem. Nie wiedziałam, że tak śpiewasz.
Słyszałaś mnie kiedyś w Akademii.
To było dawno. Wtedy byłam twoją matką, denerwowałam się. Teraz patrzyłam po prostu na ekran. I zobaczyłam… ciebie. Matka podniosła głowę. Ninko, wybacz.
Za co?
Że w niego wierzyłam bardziej niż w ciebie. On potrafił mówić. Ty milczałaś. Myślałam, że jak milczysz to dobrze. Nie zrozumiałam.
Nina ujęła jej dłoń.
Mamo, nic się nie stało. Po prostu późno dotarło. To naturalne.
Nie gniewasz się?
Nie.
Matka zapłakała cicho, bezgłośnie. Nina siedziała obok, trzymając ją za rękę, i myślała, że przebaczenie nie jest udawaniem, że nic się nie stało. To umiejętność zabrania ze sobą tylko tego, co ważne, reszty zostawiając.
Minął rok.
Nina czekała za kulisami w wiedeńskiej sali. Wśród innego języka, innych głosów, dobrze znane brzmienia: szelest, kaszel, stukot butów. Nieduża sala, zabytkowa. Za oknem śnieg.
Jej życie wyglądało tak: wynajęte mieszkanie w Wiedniu, niezbyt duże, ale własne. Kontrakt ze Stawskim, pozwalający śpiewać i zarabiać. Walizka, z którą jeździła po Europie. Profesor dzwonił co tydzień, czasem omawiali repertuar przez Skypea. Matka przylatywała, z każdą wizytą nie mogła się nadziwić, jak Nina sobie radzi.
O Gienku słyszała już tylko przypadkiem. Mówili, że jego biznes podupadł, część partnerów się wycofała. Po pół roku ożenił się znów z cichą, młodą kobietą, nieznaną nikomu. Nina przyjęła to spokojnie, bez żalu, bez triumfu. Są ludzie, którzy nie zmieniają się nigdy. Po prostu szukają kolejnej wygodnej osoby.
Szkoda tej kobiety. Ale to już nie jej historia.
Jej własna była inna. Było w niej zmęczenie podróżami, kłótnie z dyrygentami o tempo, zawstydzające pomyłki w obcych językach, samotność w hotelach. Ale i radość poranka w nowym mieście, kiedy można otworzyć okno i posłuchać obcej ulicy. Brawa, które należą tylko do niej. Prawo wybrać suknię. Prawo zadzwonić do kogo się chce. Prawo zamknąć drzwi i wiedzieć, że nikt jej nie pouczy, jak się uśmiechać.
Czasem myślała o straconych latach. Bez goryczy, szczerze. Dwadzieścia osiem lat to dużo. Mogła śpiewać przez cały ten czas. Zostać kimś innym. Albo tym samym tylko wcześniej.
Ale mogłabym to najgłupsze słowo na świecie. To już zrozumiała.
Teraz jest. Głos jest. Scena jest.
Asystentka zajrzała zza kotary:
Pani Nino, trzy minuty.
Już idę.
Poprawiła ciemną, prostą suknię. Wzięła kilka oddechów. Zamknęła oczy.
W myślach zobaczyła Gienka w tamtej restauracji, jak mówi źle się uśmiechasz. Przepraszała. Siedziała z właściwym uśmiechem, nie słysząc własnego głosu.
Teraz uśmiechnęła się inaczej. Bez powodu. Bo chciała.
Wyszła na scenę.
Sala ucichła.
I zaśpiewała.



