Nie taka Julka
14 listopada 20XX
Czasami mam wrażenie, że nigdy nie nauczę się być jak trzeba. Dziś znów usłyszałam od mamy cały zestaw standardowych narzekań, kiedy tylko wróciłam z podwórka, przemoczona do suchej nitki, z rozdartą sukienką i czapką bez pompona. Wykrzykiwała: „Julka! Ile razy mam ci powtarzać? U wszystkich dzieci to normalne, a u mnie… Julka! Czy ty w ogóle myślisz, co robisz?!”
A przecież zabawa była cudowna! Parowozik z dzieci z naszej kamienicy udał nam się wspaniale! Szkoda tylko, że Kacper tak szarpnął mnie za sukienkę, że zaraz została mi tylko połowa falbany. I to oczywiście ja musiałam potem przesiedzieć niemal cały wieczór w kącie przy kuchennym stole, bo babcia nie uznała za stosowne by świecić majtkami przy chłopakach nie uchodzi!
Babcia zawsze mówiła: „Julusiu, ty po prostu jesteś taka inna. Twoja mama nie potrafi tego zrozumieć, a ja ja rozumiem doskonale”. Rozmawiały o mnie, kiedy sądziły, że ich nie słyszę.
Nie dręcz dziecka całe życie, Marysiu, skąd ta twardość? wtrącała się babcia Lenka.
Sama mnie tak wychowywałaś, a teraz mi wypominasz. Jak nie będę Julki strofować, co z niej wyrośnie?
Taka sama mądra i piękna kobieta, jak ty! To mało?
Mama tylko macha ręką. A ja wymykam się do swojego pokoju, oddycham z ulgą. Ich sprzeczki są o mnie, ale i beze mnie. Jestem argumentem, a nie przyczyną.
Raz zapytałam babcię, po co ci ludzie się kłócą. Roześmiała się:
Tak już jest, panienko. Bez powodu jeszcze nudniej się kłócić. A Ty jesteś dla nas obydwu najważniejsza. Ja swój zapas surowości wyczerpałam na Twojej mamie, Tobie już słodkości zostawiłam. Wolisz cukierka niż piernika, prawda?
Uśmiecham się na wspomnienie. Babcia zawsze miała czas na rozmowę. Mama? Ona kocha na swój surowy sposób.
Z roku na rok mama stawała się coraz bardziej zasadnicza. Często powtarzała, że jak tak dalej pójdzie, chciałabym zobaczyć cię w ciąży, ale boję się, że znowu zrobisz coś nie tak. Za dzieciaka nie rozumiałam, co znaczy w ciąży przynieść w sukience, kojarzyłam to wyłącznie z rozdartą spódniczką z przedszkola i głupio podśmiewałam się pod nosem.
Nie narzekałam specjalnie na siebie lustro nie kłamało, niepodzielnie panował w nim mój nos z wysypką krostek i kucyk jak ogon ratlerka. Nigdy nie przejmowałam się modą. Dla mnie wystarczały stare trampki i obszerna kurtka. Teatr był wyjątkiem. Uwielbiałam te wypady z babcią do Teatru Nowego, choć pojawiały się rzadko. Bilety kosztowały zbyt wiele, a z babcinej emerytury odłożenie nawet kilku złotych na przyjemności wymagało miesięcy.
Więc od gimnazjum pomagałam sąsiadce Basi przy jej bliźniakach, dorabiając swoje pierwsze drobniaki. Dzieciaki były dzikie, ale fajne nawet śmiałam się, że bardziej cieszy mnie zabawa z nimi niż cała ta praca opiekunki.
Pieniędzy w domu było zawsze za mało. Mama pielęgniarka na oddziale intensywnej terapii, babcia emerytka. Ojca? Nigdy go nie widziałam i nie czułam, by mi go brakowało. Babcia kiedyś powiedziała mi całą historię, zanim jej pamięć zaczęła płatać figle.
Mama Twoja się zakochała, on miał całą kolejkę adoratorek i nie był gotów. Pragnęła ślubu, doczekała się. Tyle że i tak zniknął, gdy tylko się dowiedział, że jesteś w drodze. Nie zostawił po sobie nawet adresu, tylko bilecik.
Nie potrzebujesz znać szczegółów, Julka. Twoja mama bardzo Cię chciała. Całą ciążę drżała o Ciebie, bała się, że coś Ci się stanie. Dlatego tak bardzo Cię pilnuje. Po prostu się boi.
Nie wiem, czy to wszystko rzeczywiście tłumaczy zachowanie mamy. Myślałam wtedy, że swoje dzieci będę wychowywać zupełnie inaczej bez krzyków ani marudzenia. Ale do dzieci jeszcze było daleko Nie żeby ktokolwiek chciał się mną zainteresować jak tu zaufać własnej wartości, skoro cała kamienica widzi we mnie tylko roztrzęsioną Zosię Samosię bez modnych ciuchów?
Skończyłam medyczne liceum i zaczęłam pracę w tym samym szpitalu, co mama. Myślałam, że już jestem dorosła. Ale jej krytyka nie ustawała za szybka do pacjentów, za bardzo się staram, za dużo serca zostawiam przy łóżkach chorych. Mama troszczyła się, że żadna z nas nie przeżyje, jeśli stracę posadę. Babcia coraz bardziej gubiła się w rzeczywistości czasami nie rozpoznawała mnie przez pół dnia.
Pracowałam, jak czułam. Nikt nie powstrzyma mnie, skoro widzę, że komuś coś dolega, mogę przecież poprawić poduszkę, podać coś ciepłego, zamienić dobre słowo. Wszyscy mówili, że oszaleję w tym szpitalu a jednak zawsze znalazł się ktoś, kto się do mnie uśmiechnął i nie narzekał jak inni.
A mama dalej swoje że to nie świat dla takich jak ja, że nie da się nikomu pomóc, jak o siebie też nie zadbam. Tylko że ja nie potrafiłam przejść obojętnie obok płaczącej babci, obrażonych ciotek, a już na pewno nie obok pacjentki tak upartej i jadowitej, jakby zjadła sto pieprzów.
Marianna Aleksandrowna gwiazda naszego oddziału. Co pół roku trafiała do nas na kilka dni, roznosiła złą energię na całą salę. Ponieważ z jakiegoś powodu tylko ze mną potrafiła rozmawiać i nawet potrafiła się uśmiechnąć.
I właśnie ona wzięła udział w mojej życiowej komedii.
Tym razem trafiła na oddział wyciszona, jakby nie ona. Nie kłóciła się, nie szukała zaczepki, tylko poprosiła, żebym przyszła.
Julciu, jest sprawa. Nigdy nie lubiłam prosić i mama mnie tego nie uczyła, ale… Czy mogłabyś zabrać do siebie moją Kicię, Mirkę? Nikt z rodziny nie chce, a ona sama zostanie.
Trochę się zawahałam. Nigdy nie mieliśmy zwierząt w domu, bo babcia, bo wydatki. Ale spojrzała na mnie tak błagalnie, że nie mogłam odmówić. Umówiłam się z mamą, której powiedziałam to tylko tymczasowo! i pojechałam odebrać Kicię.
Przy klatce poprosiłam sąsiadkę, by poczekała z dzieckiem na korytarzu, bo tak głupio samej wchodzić. Kicia czarna, szybka jak błyskawica od razu wybiegła z mieszkania i wdrapała się na pobliskie drzewo. Co za wieczór! Był już listopadowy zmrok, lało, a ja ganiałam pod drzewem z zamiarem złapania wściekłej kotki.
Zaczęłam się wspinać, powtarzając sobie w myślach: „Znów, Julka, wydurniłaś się do bólu… Babcia zawsze mówiła, by dotrzymywać słowa”.
Dotarłam do wyższych gałęzi, Kicia syczała pod moją kurtką, a telefon ciągle dzwonił w kieszeni. Pomyślałam sobie, jak bardzo byłoby miło siedzieć teraz w ciepłym pokoju, z herbatą i audiobookiem, ale sama wybrałam. Przecież obiecałam.
Wtedy nagle nade mną pojawił się głos:
Widzę, że znalazłaś ciekawe miejsce na schadzki…
Przestraszyłam się. Stał tam chudy chłopak z rudą czapką. Nie bój się, zaraz cię zdejmę. Poczekaj!
Za chwilę wrócił z drabiną, pomógł zejść i dopiero wtedy się zorientowałam, że serce wali mi jak oszalałe, a kurtka cała mokra.
Dziękuję… bąknęłam nieśmiało.
Jestem Artur. Odprowadzę cię. Tylko nie zgub kota.
Uwaga o mokrym tyłku i drzewie zabrzmiała tak serdecznie, że nie mogłam się nie uśmiechnąć. Czułam się przy nim dziwnie lekko. Taka mała irracjonalna radość czyżby babcia miała rację, że do ludzi trzeba odnosić się po ludzku?
Artur jeszcze długo mnie odprowadzał, pytał o kota, o szpital. Zostawiłam sobie jego numer, bo zaproponował pomoc, gdyby Mirka znów postanowiła uciec.
Kocię ostatecznie mieszkała u nas przez tydzień, aż córka Marianny odezwała się po mamę i zabrała razem z Mirką do siebie. Mama tęskni za kotem. Niech będą razem powiedziała z ustami pełnymi emocji.
Odprowadzałam je wzrokiem; przez myśl mi przeszło, że w rodzinach, nawet takich pogmatwanych jak ich czy moja, nic nie jest do końca jednoznaczne. Miłość i troska mają różne oblicza, czasem szorstkie, czasem ciche, czasem objawiają się przez kota, czasem przez stare drapanie swoją córkę codziennymi uwagami.
Może, nie taka Julka to wcale nie wada, tylko inność, którą warto polubić. Może mój własny karawan życia powinien iść do przodu, nawet jeśli czasem zaplączę się na drzewie. Bo tylko ten, kto wyciągnie do mnie drabinę w deszczu, pomoże mi zeskoczyć i zrozumie, że dobrze jest być dokładnie taką, jaka jestem.
A mama, niech już nie szuka dla mnie księcia z bajki. Ja znajdę swojego Artura wtedy, kiedy będę gotowa. I wtedy kto wie? pierwszy raz powiem sobie z przekonaniem: jestem dokładnie taka, jak trzeba.
Julka
WarszawaI rzeczywiście, pewnego wieczoru gdy światła w oknach już prawie wszystkie gasły, a mama przysiadła zmęczona przy herbacie spojrzałam na nią z czułością, której nigdy wcześniej nie umiałam wyrazić tak otwarcie.
Mamo… zaczęłam niepewnie, bo jeszcze nie wiedziałam, czy milczenie oznacza zgodę. Wiesz, nigdy nie byłam taka jak trzeba. Ale może właśnie taka jestem potrzebna. Tobie, babci, czasem nawet komuś obcemu i… samej sobie.
Patrzyła na mnie długo, jakby pierwszy raz widziała w moich oczach kogoś, kto już nie jest dzieckiem, a jednak wciąż jej córką. I wtedy bardzo cicho, z uśmiechem, który bardziej czułam niż widziałam, wyszeptała:
Chyba masz rację, Julka.
Z tej zwykłej chwili, spoglądając na własne odbicie w kuchennej szybie z nocnym miastem w tle, poczułam, że już nie muszę udawać nikogo innego. Mogę pielęgnować w sobie miękkość, dzięki której czasem ratuję i innych, i siebie. Może nie będę jak inne dziewczyny z okolicy, może nie nauczę się nigdy nie gubić czapki, ale jeśli kiedyś znów zaryzykuję wspinanie na kolejne drzewo zatrzymam się na chwilę i rozejrzę za tym, kto, równie śmieszny i odważny, poda mi rękę.
Bo w końcu nie taka Julka, jaką chciałaby widzieć mama, to jednak dokładnie ta, której potrzebował świat. I tak sobie pomyślałam, że każdy ma swoje popękane skarpetki, rozdarcia w sukience czy kocią przygodę, i może właśnie one sprawiają, że jesteśmy najbardziej jak trzeba, jak się tylko da.
A życie? No cóż, niech płynie dalej jak ten śmieszny parowozik z dzieciństwa czasem za szybko, czasem za wolno, z pomponem na czapce lub bez. I z tym ciepłym przekonaniem, że wszystko nawet najbardziej nie takie, jak trzeba jest naprawdę moje.




