Wycieczki co miesiąc kosztują od pięćdziesięciu do nawet dwustu złotych, na rok wychodzi całkiem duża kwota, którą moglibyśmy spożytkować inaczej. Nie rozumiem tej mody, bo ze swojego dzieciństwa z takich wycieczek niczego nie pamiętam – i moja córka tez nie będzie.
Jestem naprawdę zdenerwowana i załamana tą całą sytuacją z wycieczkami szkolnymi. Nasza szkoła wpadła na pomysł organizowania dzieciom wycieczek co miesiąc. I nie są to zwykłe wycieczki do parku czy muzeum w pobliżu, ale wielkie wyprawy na drugi koniec Polski. Warszawa, Hel, kino, jakieś imprezy tematyczne typu „wiosna Indian”… To wszystko brzmi fantastycznie, ale kosztuje krocie! I o ile nauczyciele i niektórzy rodzice zdają się temu szaleństwu ulegać, ja po prostu nie widzę sensu w tym wszystkim.
Moja dwunastoletnia córka, oczywiście, jest całkowicie oczarowana tymi pomysłami. Które dziecko by nie było? Wyjazdy, przygody, brak lekcji – dla nich to jak marzenie. Ale ja muszę tu być realistką. Po pierwsze, nie stać nas na takie ekscesy. Nie każdy rodzic ma fundusze, aby co miesiąc płacić za kolejną kosztowną eskapadę. Po drugie, naprawdę kwestionuję wartość edukacyjną takich wyjazdów. Wydaje mi się, że dzieci w tym wieku niewiele z tego wynoszą, oprócz radości z braku lekcji.
Przeczytaj także: Całe życie byłam niewolnicą dla męża i dzieci. W wieku 55 lat wreszcie żyję jak królowa!
I teraz mam problem. Jak mam to wytłumaczyć mojej córce? Jak powiedzieć jej, że nie możemy sobie pozwolić na coś, co dla jej rówieśników wydaje się być normą? Boję się, że złamię jej serce. Boję się też, że będzie się czuła wyobcowana, gdy wszyscy jej przyjaciele będą opowiadać o swoich fantastycznych wycieczkach, a ona będzie musiała siedzieć w domu.
Sytuacja finansowa w naszej rodzinie jest naprawdę napięta. Z moim mężem ciągle spłacamy kredyt na mieszkanie, co miesiąc odkładając znaczną część naszych zarobków na raty. Dodatkowo, od trzech lat, dopłacamy do domu opieki, w którym przebywa moja matka. My nawet nie kupujemy córce nowych ubrań, tylko dostajemy od znajomych albo kupuję używane. Córka oczywiście nic o tym nie wie, myśli że jak dostaje nową bluzkę, to ze sklepu. Nie mam serca jej powiedzieć, że nie powodzi nam się dobrze. Zresztą to dziecko, nie powinno takich rzeczy wiedzieć.
Z jednej strony, chcę być szczera, wyjaśnić jej naszą sytuację finansową i dlaczego nie możemy pozwolić sobie na takie wydatki. Ale z drugiej strony, nie chcę, aby czuła się gorsza od innych, czy że coś jej brakuje. Chcę, aby wiedziała, że wartość człowieka nie zależy od tego, na ile wycieczek może sobie pozwolić.
Jestem zdenerwowana postawą szkoły, która wprowadza takie standardy, nie biorąc pod uwagę różnic ekonomicznych między rodzinami uczniów. Czuję się bezsilna i nie wiem, jak postąpić w tej sytuacji.
Co mam robić? Jak porozmawiać z tak małą dziewczynką, aby zrozumiała naszą sytuację, ale jednocześnie nie czuła się przez to smutna lub gorsza? Czy ktoś z Was miał podobną sytuację i może mi doradzić, jak sobie z nią poradzić? Potrzebuję pomocy, bo naprawdę nie wiem, co mam teraz zrobić.




