Nie wiem, jak to się stało, że zostałam żoną Rafała.
Niedawno ślubowaliśmy sobie miłość przed Bogiem i ludźmi w majestatycznej katedrze w Krakowie. Byłam przekonana, że Rafał kocha mnie do utraty tchu. Wszystko wyglądało na idylliczne, aż wydarzyło się coś, co zdruzgotało moje poczucie bezpieczeństwa. Nie chodzi tu o zdradę, lecz o coś głębszego, wręcz zagadkowego.
Wydaje mi się, że sprawiłam to własnym oddaniem. Zbyt mocno mu ufałam, za bardzo go podziwiałam, wybaczałam mu wszystko, nawet najmniejsze potknięcia. On się do tego przyzwyczaił, urósł w oczach własnych i stał się pewien siebie na sposób, który mnie ranił. Chyba wyobrażał sobie, że każda kobieta w Polsce na jego skinienie klęknie przed nim. Choć prawda jest taka, że poza mną niewielu go podziwiało. Ktoś inny nie mógłby znosić jego kaprysów i ślepo mu wierzyć.
Tuż przed ślubem Rafał wyznał, że musi spędzić trochę czasu sam, pojechać w Tatry, zebrać myśli i przygotować się do wspólnego życia. Nie miałam wyjścia pozwoliłam mu wyjechać, choć bolało mnie każde jego słowo.
Później mówił, że uciekł od świata, wybrał schronisko w Dolinie Pięciu Stawów i wyłączył komórkę, by mieć spokój. Ja zostałam w naszym mieszkanku w Krakowie, licząc każdy dzień bez niego, tęskniąc i czekając na jego powrót z niecierpliwością godną pierwszej miłości.
Po tygodniu wrócił. Nigdy nie zapomnę tej środy. Stanął w drzwiach, a ja rzuciłam mu się na szyję przygotowałam jego ulubione pierogi z kapustą i grzybami, podałam barszcz czerwony. Cały dom pachniał świętami i radosnym powrotem.
Następnego dnia zaczęły się dziwne zachowania. Rafał co chwilę wychodził na korytarz, to do drugiego pokoju, to na spacer. Kilkukrotnie wymyślał preteksty, by wyjść z domu, raz niby po chleb, innym razem do kiosku. Aż któregoś dnia, idąc do Biedronki, zobaczyłam w skrzynce list adresowany do mnie od Rafała, wysłany z Zakopanego. Wyglądał zupełnie zwyczajnie, ale treść była jak policzek:
Witaj, Martyno. Nie mogę Cię dłużej oszukiwać. Nie jesteś tą, z którą chcę spędzić życie. Nie będzie naszej przyszłości. Proszę, zapomnij o mnie, nie szukaj mnie i nie dzwoń. Odchodzę.
Krótko, chłodno, okrutnie.
Wtedy zrozumiałam, po co te ciągłe sprawdzanie skrzynki; bał się, że go przejrzę. Milcząc, podrarłam list, nie zdradziłam się ani gestem, ani słowem. Ale dręczy mnie jedno pytanie: jak mam żyć obok mężczyzny, który nie chce mnie znać? Dlaczego Rafał zgodził się na małżeństwo, skoro od początku grał?




