„Nie rób mu krzywdy – powiedział ksiądz następnego dnia, patrząc na Barbarę z upominającym spojrzeniem. – Człowiek o takim losie… Boże broń”

Wieczór zbliżał się ku końcowi. Był to dzień powszedni, pierwszy dzień lata. W kościele były tylko trzy starsze panie, do tego Barbara, sprzątaczka, i ja, kościelny. Przy dźwiękach łańcuchów kadzidła kapłan odmawiał psalm i składał ofiarę Bogu.

Nagle skrzypnęły ciężkie drzwi wejściowe i pojawił się bezdomny. Brudne poszarpane ubranie, długie kręcone włosy z siwizną i gęstą brodą. Niezręcznie kroczył przed siebie i w pewnym miejscu zatrzymał się, ostrzegawczo rozglądając się dookoła.

W pewnym momencie powiedział głośno, najwyraźniej do kapłana: „schowaj to, zasmrodzisz całą świątynię”.

Później stał tam przez resztę nabożeństwa. Gdy starsze panie wyszły, on podszedł do mnie:

– Czy masz coś do jedzenia?

Jego oczy były duże i piękne, ale zabłąkane i niepewne.

W świątyni było jedzenie, zostało sporo po ostatnim odpuście. Dałem mu po bochenku jasnego i ciemnego chleba, cukier i herbatę. Bezdomny niezręcznie skinął głową w podzięce i odszedł.

– Nawet nie wytarł butów – mruknęła Barbara, wycierając podłogę i od czasu do czasu prychając.

Barbaro, ile dziesiątków różańca dostałaś w pokucie ostatnio? – z zakrystii wyszedł ksiądz proboszcz. – Twój język myśli szybciej niż głowa, nie powinno tak być.

Kobieta zacisnęła wargi, cicho mruknęła i w milczeniu kontynuowała szorowanie podłogi. Ja cicho zaśmiałem się i poszedłem do domu.

Bezdomny człowiek zaczął przychodzić do nas codziennie przed końcem wieczornego nabożeństwa.

– Pewnie będzie żebrał o pieniądze – Barbara znów komentowała nie zważając na to, jak należy zachowywać się w świątyni. – Popatrz tylko jak wędrują mu oczy, tylko patrzy co ukraść.

– Barbaro, nie mogę tego znieść. Uspokój się.

Było niedzielne popołudnie, kościół był pełen wiernych i stół na plebanii był pełen, więc zapakowałem całą torbę. Podałem mu ją wieczorem i zobaczyłem, że się uśmiecha. Nie nawiązał jednak kontaktu wzrokowego. Wyglądało to jakby patrzył, ale nie widział.

– Muszę umyć twarz, mogę? – zapytał z wahaniem, pewny odmowy.

Pozwoliłem mu i podałem ręcznik. Mieliśmy umywalkę obok zbiornika ze świętą wodą przy wejściu.

Wygląda na dobrego człowieka – mówiłem do pracującej Barbary. – Ty przecież mogłabyś znów wyjść za mąż. Nie chcesz takiego narzeczonego?

– Nie bluźnij! – ta zamachnęła się na mnie szmatą. – Ja z takim panem młodym? Chcesz dać mi złą sławę?!

Była smutna, westchnęła ciężko:

– Chcę wyjść za mąż. Z kimś takim jak Ty, ale tacy mężczyźni albo są już zajęci, albo nie żyją. A z bezdomnym? Trzeba naprawdę chcieć zmarnować sobie życie, żeby związać się z człowiekiem z ulicy.

Barbara już dawno temu została wdową – w jej rodzinie mężczyźni nigdy nie żyli długo albo po prostu ich nie było. Cztery córki i ani jednego zięcia. Pięć wnuczek i brak wnuków. A ona, choć nie potrafiąca trzymać języka za zębami, nie była złośliwa, potrafiła naprawdę być życzliwa i współczująca. Chętnie pomagała i wyręczała innych. Sama utrzymywała całą rodzinę. Marzyła o mężu, który dzieliłby z nią rodzinne ciężary, chciała też ciepła i ogniska domowego.

Kiedyś siadała na kanapie, wtulała się w męża, kładła głowę na jego piersi i wdychała jego zapach. A teraz nie pamiętała już nawet, jak pachnie prawdziwy mężczyzna.

W kościele byłem już o szóstej rano przed porannym nabożeństwem. Lubiłem spacerować cichymi ulicami miasta wczesnym letnim rankiem. Ludzi było niewielu, za to oczy cieszyły swobodnie latające ptaki.

W tym czasie do kościoła zbliżał się znajomy nam bezdomny mężczyzna, zauważyłem go, gdy odchodziłem od dzwonnicy. Przetarł czoło, schował chusteczkę i wszedł do kościoła. Wyjął grosz, by wrzucić do koszyka, po czym zaczął pić wodę święconą.

I tak stał w przedsionku przez całe nabożeństwo. Żegnał się nieodpowiednio i nieudolnie, a później zatrzymał naszego księdza proboszcza, razem usiedli na ławce i o czymś rozmawiali.

Ksiądz był życzliwy i przytakiwał, głaskał go po ramieniu i zapisał coś w zeszycie.

– Nie rób mu krzywdy – powiedział następnego dnia, patrząc na Barbarę z upominającym spojrzeniem. – Człowiek o takim losie… Boże broń.

Dodał, że Henryk – tak miał na imię mężczyzna – był prawie niewidomy. Stąd wzięło się to niewyraźne spojrzenie.

Pisałem Wam, że Barbara w głębi serca jest bardzo dobra, więc kiedy usłyszała o jego ciężkim położeniu, natychmiast ugryzła się w swój nieposkromiony język. A Henryk z dnia na dzień był coraz śmielszy, próbował pomóc Barbarze, a ona cieszyła się, że go widzi.

Mało tego, przy swoim domu miała duży ogród, który wymagał wielu napraw. Ona utrzymywała rodzinę, nie miała siły i czasu na troskę o dom. A i w samym kościele było dużo pracy. W jednej nawie trwał remont, robotnicy każdego dnia brudzili podłogi, klomby na kościelnym placu wymagały opieki i co rusz był problem z zepsutymi żarówkami. Tak oto ze swoim wigorem zaczęła nadzorować Henryka, gdy ten zachowywał się niczym prawdziwy majster. Podlewał jej kwiaty, szorował podłogi, a nawet wykonywał pewne prace w domu. Miał złote ręce, ale jego oczy były prawie ślepe…

Nasz życzliwy ksiądz, który nie mógł przejść obojętnie obok cudzych kłopotów, pomógł Henrykowi wypełnić dokumenty i złożyć wniosek o rentę. Nawet załatwił mu pokój w pobliskim domu prowadzonym przez siostry klasztorne.

Henryk nadal nas odwiedzał i coraz mniej wyglądał jak wcześniej. Ksiądz proboszcz dbał o niego, często rozmawiali, gdy ten przechadzał się po placu. Barbara próbowała zmusić go do zwierzeń, ale on milczał. Patrzył na nią z zainteresowaniem i uśmiechał się.

– Nigdy nie powie ani słowa – narzekała ze złością. – Tylko milczy i milczy.

A ja sobie żartowałem, mówiąc:

– On nie milczy, tylko słucha Cię i nie przerywa.

Przygotuj wszystko na chrzest – powiedział kiedyś ksiądz proboszcz.

– Jak to? Nikt się nie zapisał ani nie zapłacił – Barbara była zdziwiona.

Jedno spojrzenie księdza wystarczyło, by ją uciszyć. Ale po chwili znów wypytywała:

– Czy to niemowlę czy dorosły?

Do kościoła wszedł wysoki, imponujący starszy mężczyzna. Krótka fryzura, czysto ogolona twarz i duże okulary z grubymi szkłami, na sobie miał przyzwoity garnitur. Podszedł do mnie, żeby zapłacić za chrzest. Spojrzałem na niego i oniemiałem! To był nasz Henryk. Barbara też podeszła bliżej, a gdy go zobaczyła, zarumieniła się tak bardzo, że dłońmi sięgnęła do policzków, by je ochłodzić.

Ksiądz długo chrzcił Henryka, a wcześniej jeszcze dłużej spowiadał.

Następnego dnia Barbara przyszła elegancko ubrana, w nowej chuście i z nową fryzurą pod spodem. Wiedziała, że nasz znajomy, który przeszedł tak ogromną metamorfozę, będzie przyjmował komunię…

Pewnie zastanawiacie się co było dalej. Otóż jesienią wzięli ślub.

Mój przyjacielu, tak dobrze przepowiedziałeś mi męża – długo dziękowała mi Barbara.

Śmialiśmy się z tego, a ona otarła łzę i zaczęła lamentować:

– Jaki trudny los ma mój Henryk! Gdyby tylko ktoś wiedział!

I nigdy nikomu nic nie powiedziała, nie wyjawiła choćby skrawka tego trudnego losu. Po wyjściu za mąż w ogóle mniej mówiła.

Ksiądz proboszcz żartował sobie:

– Mamy szczęście, że Barbara jest mężatką, teraz jej ostry język uderza tylko w męża.

I pomyślałem, jak często grzeszymy naszymi słowami, potępiając nawet zupełnie obcych ludzi. Ale i ludzi, których znamy. A co wiemy? A nawet jeśli wiemy, to nie przeżyliśmy ich życia.

Jak więc możemy oceniać? Kto dał nam do tego prawo?

Oceń artykuł
TwojaCena
„Nie rób mu krzywdy – powiedział ksiądz następnego dnia, patrząc na Barbarę z upominającym spojrzeniem. – Człowiek o takim losie… Boże broń”