Miałam najlepszą przyjaciółkę, Wioletę. Przyjaźniłyśmy się od wielu lat. Nieraz opowiadała mi, jak trudne ma życie. Wszystko przez to, że przez dwadzieścia lat mieszkała ze swoim mężem oraz matką.
Zofia to była właśnie taka kobieta, która chętnie wykorzystywała innych i nie miała skrupułów, nawet wobec własnej córki. Wiecznie narzekała i wszystko było nie tak. Warto wspomnieć, że Zofia miała już 85 lat, lecz mimo wieku była zadziwiająco sprawna.
Zofia uważała, że córka jest jej coś winna, że zawdzięcza jej cały swój los. Gdy była młoda i zaszła w ciążę, jej mąż odszedł i związał się z inną kobietą. Wszystkie swoje żale i złość przelewała na Wioletę, która był bardzo podobna do ojca.
Wioleta nigdy nie była dla matki ukochaną córką raczej służącą, sprzątaczką, niewolnicą. Pracowała ciężko, mając dwie prace. Po powrocie do domu zamiast odpoczynku, zaraz zabierała się za mycie podłóg i przygotowywanie obiadu. Zofia nie chciała pomagać w domu i często na złość psuła atmosferę, na przykład narzekała, że Wioleta ugotowała coś, czego ona nie lubi. Bywało, że Wioleta musiała rzucić pracę, aby jechać na drugi koniec Warszawy i zrobić matce to, czego ta akurat sobie zażyczyła.
Tamtego dnia Wioleta obchodziła urodziny. Przygotowała świetne przyjęcie dla znajomych, wszyscy usiedliśmy przy stole. Od razu zauważyłam, że jest wyjątkowo smutna. Opowiedziała mi, że z matką znów doszło do awantury. Mimo miłej atmosfery wyszliśmy wcześniej.
Następnego ranka dowiedziałam się, że Wioleta nie żyje. Okazało się, że po naszym wyjściu Zofia wywołała kolejną awanturę. Wioleta dostała zawału i nikt nie zadzwonił po pogotowie. Zmarła w nocy. Tak właśnie matka rządziła domem i losem swojej córki.
Kiedy słyszy się takie historie, warto zastanowić się nad tym, jak traktujemy swoich bliskich. Czasami złość i pretensje odbierają nam szansę na prawdziwą relację i szczęście. Życie ma sens tylko wtedy, gdy potrafimy okazać sobie wzajemnie troskę i zrozumienie.




