Nadziei już nie ma
Nie chcę waszych pieniędzy! zawołała pełna gniewu Dorota i rzuciła zmięte banknoty na podłogę.
To są przecież twoje pieniądze odpowiedziała właścicielka mieszkania, patrząc na nią z progu. Nie jestem winna temu, co się stało. I daruj sobie scenę, bo obudzisz sąsiadów.
Dorota posłała jej lodowate spojrzenie, odwróciła się na pięcie i ruszyła w dół schodów.
Kiedy wyszła z klatki schodowej, przed oczami jej pociemniało, ledwie dotarła na ławkę pod blokiem.
Usiadła, schowała twarz w dłoniach i zapłakała cicho, prawie bezgłośnie. Obwiniała się za wszystko:
Gdybym wiedziała, że tak się to skończy Nigdy nie pojechałabym na ten ślub!
*****
Dorotka, biorę ślub! zadzwoniła do niej przyjaciółka, Basia. Wesele za miesiąc. A potem jeszcze ślub kościelny. Przyjedziesz?
Z całego serca gratuluję i bardzo się cieszę, Basiu. Tylko Dorota ciężko westchnęła.
Mów w końcu!
Przepraszam, ale chyba nie dam rady przyjechać. Naprawdę bym chciała, tylko
Jak to nie dasz rady?! w głosie Basi było prawdziwe zdumienie. Przecież jesteśmy przyjaciółkami od podstawówki, przeszłyśmy razem przez wszystko, a ty nie pojawisz się na moim ślubie? Chcesz mnie urazić?
Nie mam takiego zamiaru. Po prostu ślub cywilny i kościelny to kilka dni, nie jeden.
No tak Trzy dni. Na pewno dostaniesz wolne w pracy.
To nie chodzi o pracę Mam kota. I nie ma go z kim zostawić, a zabrać też nie mogę, sama rozumiesz Więc
Nie chcę o tym słyszeć, Dorota! Musisz być na moim ślubie i ślubie kościelnym też! A kota Poproś kogoś, żeby się nim zajął. Albo zaniesiesz do hoteliku dla zwierząt, teraz to żadna filozofia. Jak trzeba, pomogę ci.
Nie wiem, Basia…
Masz cały miesiąc. Nie zawiedź mnie w taki dzień! Proszę.
Po tej rozmowie Dorota długo się wahała. Z jednej strony nie chciała zawieść najlepszej przyjaciółki, z drugiej nie wiedziała, co zrobić z Felkiem.
Zdecydowanie nie mogła go zostawić w pustym mieszkaniu, choćby i z zapasem karmy i wody. Felek był towarzyski, samotność była dla niego gorsza niż wszystko inne.
Po wielu dniach myślenia postanowiła pojechać na ślub. Felka oddała pod opiekę pani Wandzie.
Była święcie przekonana, że pani Wanda jest odpowiedzialna i godna zaufania.
Znalazła się ogłoszenie pani Wanda od lat prowadziła przechowalnię dla kotów na warszawskim Ursynowie, polecana przez wielu zadowolonych klientów.
Dorota przeczytała wszystkie opinie, zanim zadzwoniła i umówiła się na spotkanie. Recenzje były bardzo dobre, a do tego pani Wanda była kiedyś technikiem weterynarii w razie jakby coś się stało, potrafiła pomóc.
Na miejscu okazało się, że w trzypokojowym mieszkaniu jeden cały pokój jest przeznaczony na koty tylko specjalne kocie drzewka, legowiska, miski i kuwety. Dorocie wszystko się podobało: warunki świetne, kobieta miła, ciepła, uśmiechnięta.
Felek miał towarzystwo kilku innych kotów, więc nie powinno być mu smutno.
Felku, kochany, nie będzie mnie tylko trzy dni. Wytrzymaj, proszę szepnęła Dorota.
Felek otarł się o jej nogi i spojrzał w oczy.
Proszę się nie martwić dodała pani Wanda z szerokim uśmiechem. Nic mu nie będzie, będzie zaopiekowany.
Oby. To dla pani Dorota wręczyła jej dwa banknoty po pięćset złotych. Gdyby cokolwiek się stało proszę dzwonić.
Oczywiście.
*****
Trzy dni minęły w mgnieniu oka.
Basia cieszyła się, że Dorota była na ślubie, Dorota zaś widziała, że jej przyjaciółka zyskuje nowy początek. Jej mąż wydawał się bardzo w porządku, solidny człowiek.
O Felku myślała codziennie, każdego dnia dzwoniła do pani Wandy:
Dzień dobry. Jak tam mój Felek? Niczego pani nie utrudnia?
Dzień dobry, Doroto odpowiadała kobieta. Wszystko w porządku, je z apetytem, załatwia się do kuwety. Przypominam odbiera go pani za trzy dni?
Tak, oczywiście A czemu pani pyta?
Tak tylko Czasem ktoś zmienia plany w ostatniej chwili, a ja muszę potem radzić sobie z logistyką. Dlatego pytam.
Nie, nie wrócę zgodnie z planem. I tak tęsknię za Felkiem strasznie, dłużej nie wytrzymam.
Po powrocie do Warszawy Dorota natychmiast zadzwoniła do pani Wandy.
Dobrze Będę czekać westchnęła smutno właścicielka.
Ta nuta zmartwienia nie dawała Dorocie spokoju, jadąc taksówką powtarzała sobie:
Nie panikuj Przecież mówiła, że wszystko w porządku
Lecz lęk tylko narastał.
Pani kot uciekł oznajmiła jej kobieta.
Co?! Jak to możliwe?!
Rozumie pani, sąsiedzi na górze robili hałaśliwy remont, koty się bardzo przestraszyły. Zostawiłam je na chwilę, żeby poprosić sąsiadów o ciszę, i jak tylko otworzyłam drzwi, Felek wyskoczył na klatkę schodową. Nie zdążyłam go złapać.
Czemu od razu pani nie zadzwoniła?! Czemu pani mnie oszukiwała?!
Myślałam, że znajdę go sama Czasem koty uciekają, bo jest ich dużo, a ja jestem tylko jedna. Dotąd zawsze udawało mi się je znaleźć. Ale Felka nie znalazłam. Dałam ogłoszenie w Internecie, na razie bezskutecznie. Ale proszę się nie załamywać, może się uda.
Nie załamywać się?! Jak to możliwe? Przecież obiecała mi pani, że wszystko będzie w porządku!
Jeśli pani chce, oddam pieniądze.
Nie chcę pieniędzy! wrzasnęła Dorota, rzucając banknoty na podłogę.
Przecież to są pani pieniądze spokojnie powiedziała właścicielka. Ja nie jestem winna, proszę nie robić awantury, bo obudzi pani sąsiadów.
Dorota posłała jej pełne nienawiści spojrzenie, odwróciła się i wbiegła po schodach.
Wyszła z klatki schodowej, świat się przed nią zamglił, ledwie doszła do ławki i osunęła się na nią. Zupełnie nie mogła zaprzeć się myślom:
Po co ja w ogóle wyjeżdżałam na ten ślub? Po co zostawiłam Felka?
Wspomnieniami wróciła do wieczoru sprzed roku, gdy wracała zmęczona z pracy był 30 grudnia i miało być mnóstwo wolnych dni dla niej. Już pod blokiem z ciemności wybiegł do niej rudy kłębuszek kocię wdrapało się po jej nogawkach i wylądowało w dłoniach.
No nie! uśmiechnęła się Dorota. Nie pytała, co robić, po prostu zabrała malca do domu.
Od tamtej pory spędzała z Felkiem każde święta, weekendy, całe popołudnia. Nawet nie zauważyła, jak ukochała tego rudego urwisa.
Córeczko, może byś w końcu znalazła sobie chłopaka, a nie tylko te koty z ulicy znosisz żartowała mama, gdy usłyszała o Felku.
Najpierw w moim życiu pojawił się kociak, chłopak będzie musiał się z tym pogodzić śmiała się Dorota.
W pracy koleżanki gratulowały jej pupila, choć po oczach widziała, że nie rozumieją tej wielkiej miłości do kota.
Podsumowała to kiedyś:
Wiecie, koty zawsze pojawiają się w życie człowieka właśnie wtedy, kiedy najbardziej ich potrzeba. Z deszczu, śniegu, mrozu, patrzą smutnymi oczami i pytają: Weź mnie do domu? I nie da się odmówić bierze się swój los na ręce i niesie do ciepłego mieszkania.
Tobie to powieści pisać trzeba, Dorotka chichotały dziewczyny.
Niedługo potem z Felkiem mieszkanie Doroty wypełniło się futrem, ciepłem i miłością.
Gdy wracała do domu czekał już pod drzwiami. Miau! wołał radośnie, ocierając się czołem o jej kolana.
Najbardziej lubił spać jej na kolanach, głośno mrucząc, jak stary diesel.
A teraz…
Nikt nie czeka, nikt nie mruczy. Nie ma Felka.
A raczej Dorota bardzo chciała wierzyć, że gdzieś jednak jest. Ale gdzie nie miała pojęcia.
Dosyć! powiedziała nagle, wstając z ławki. Nie będę siedzieć z założonymi rękami. Muszę go znaleźć.
*****
Halo! Czy pani go znalazła?! wykrzyczała Dorota, gdy zadzwonił jeden z wolontariuszy pomagających jej w poszukiwaniach.
Może tak Odezwała się pewna kobieta, mówi, że przygarnęła rudego kota, który wygląda jak pani Felek. Czeka na panią dzisiaj. Zaraz wyślę SMS z adresem.
Bardzo dziękuję!
Naprawdę była wdzięczna wszystkim, którzy ruszyli jej na pomoc. Sama chyba by nie podołała.
Od ucieczki Felka minęło już półtora miesiąca najgorsze tygodnie jej życia. Po pracy przeglądała noce internetowe fora o zaginionych zwierzętach, lecz Felka nie było na żadnym zdjęciu. Zostały jej tylko zdjęcia kociaka sprzed pół roku, a przecież dorósł, zmienił się.
Wyskoczyła z taksówki jak oparzona, weszła na adres, zadzwoniła domofonem.
Kto tam? usłyszała kobiecy głos.
Dorota. W sprawie rudego kota, dostałam adres od wolontariusza.
Proszę wejść.
Dziesięć minut później Dorota opuściła klatkę, rozejrzała się bezradnie nie było ławki. Płakała więc na stojąco.
Kotek, którego kobieta znalazła, był rudy jak Felek, ale to nie był jej kot. Tak podobny, ale inny ten miał w oczach obcą iskierkę.
To ja go sobie zostawię powiedziała kobieta, przytulając kota. A pani życzę powodzenia, na pewno znajdzie swojego Felka. Proszę nie tracić nadziei.
Po raz pierwszy w życiu Dorota spojrzała na drugiego człowieka z zazdrością. Musiała się pośpieszyć, żeby nie zamęczać tej dobrej kobiety swoim bólem.
Przez kolejne miesiące ludzie jeszcze kilka razy dzwonili, oferując rudego podobnego, ale to nigdy nie był Felek. Za każdym razem biegała z nadzieją, że może tym razem I za każdym razem rozczarowanie.
Córciu, rozumiem cię tłumaczyła mama przez telefon. Ale musisz żyć dalej. Może innego rudego kota znajdziesz? Albo przyjedź do mnie na wieś, sąsiadka ma świeżo urodzone kociaczki, chyba jeden rudy się trafił.
Dziękuję, mamo. Nie chcę innego.
Minęło pół roku. Felka nie znalazła. W końcu Dorota zrozumiała, że nadziei już nie ma.
Modliła się tylko, żeby Felek żył. Może z kimś innym, może na ulicy byle żył.
*****
Dorota nie wiedziała, jak dalej żyć. Czuła obrzydzenie do siebie. Przecież mogła nie jechać, ślub to nie koniec świata! Nie musiałaby oddawać Felka w obce ręce.
A teraz nie wiedziała, co z nim, gdzie jest. Niepewność bolała ją najbardziej.
W weekendy uciekała z domu, bo tam wszystko przypominało Felka. Chodziła bez celu po mieście, zaglądała pod bloki, pod śmietniki.
Już od dawna nie wierzyła, że znajdzie kota. Ale wciąż szukała.
Pewnego dnia zorientowała się, że dotarła pod bramę schroniska na obrzeżach miasta. Może mama ma rację Może czas wziąć innego kota? pomyślała.
Szybko jednak wyrzuciła tę myśl.
A jeśli kiedyś znajdzie się Felek? Czy nie poczuje się zdradzony?
Chciała odejść, ale wtedy podeszła do niej pracownica schroniska.
Dzień dobry. Chce pani zobaczyć nasze zwierzaki? To nie zobowiązuje, ale może ktoś wpadnie pani w oko?
Dorota nie chciała, lecz nie miała serca odmówić.
To Simon, a tam dalej jest Walet. Ładne, prawda? mówiła dziewczyna.
Bardzo ładne
Dorocie nagle zrobiło się trochę lżej. Zwierzęta patrzyły na nią swoimi oczami pełnymi nadziei, jakby leczyły ją na odległość. Złapała się na tym, że nie chce wychodzić.
A tam? Dorota wskazała na najdalszy wybieg. Tam ktoś mieszka?
Tam trzymamy naszego kociego samotnika. Nazwaliśmy go tak, bo nikogo nie dopuszcza do siebie. Ledwo da się go nakarmić, o oddaniu do adopcji nie ma mowy. Pół roku temu trafił do nas w ciężkim stanie. Uratowaliśmy go, ale nie ufa nikomu.
Dorota aż ścisnęła się w środku.
Mogę Mogę na niego spojrzeć?
Chodźmy.
Gdy podeszły do wybiegu, rudy kot demonstracyjnie odwrócił się plecami. Pokazywał, że nikogo nie chce oglądać.
Oto nasz samotnik. Zawsze się odwraca, gdy ktoś do niego podchodzi…
Dorota prawie nie słuchała. Patrzyła w niego jak zahipnotyzowana i…
Nie, to niemożliwe.
Felek? zapytała cicho Felek, to ty?
Kot powoli spojrzał na nią z zaskoczeniem.
Nie, to tylko złudzenie
FELEK! krzyknęła już pewniej. Boże, żyjesz! Podejdź do mnie, kochany. Poznajesz mnie?
Kot znowu na nią spojrzał i przez chwilę się zamyślił Moja pani?!
Tak. Rozpoznał ją głos, oczy, zapach. Ale nie od razu podszedł.
Przecież mnie zostawiła A może jednak nie? Skoro przyszła, może wcale nie opuściła?… Co mi podpowiada kocie serce?
Podpowiedziało biegnij. I pobiegł prosto w objęcia swojej ukochanej pani.
Pracownica tylko zdążyła otworzyć kratę, a oni już byli w objęciach. Patrzyły na nich zwierzęta, patrzyły chmury, słońce świat się zatrzymał i uśmiechnął. Takich chwil człowiek pragnie całym sercem.
A potem Dorota zabrała Felka do domu, obiecując, że będzie pomagać schronisku przecież uratowali jej kota.
*****
W drodze do domu Felek głośno mruczał, jak stary Ursus, i miauczał, opowiadając Dorocie, co przeżył:
Tak się wtedy wystraszyłem, tyle hałasu, a ciebie nie było obok. Więc pobiegłem cię szukać, ale wpadłem pod samochód. Jak dobrze, że mnie znalazłaś, pani. Już mnie więcej nie zostawisz? Felek przestał mruczeć, spojrzał jej w oczy.
Nie, Felku. Już nigdy cię nie zostawię.




