Często moje poglądy różnią się od opinii innych rodziców, ale są sytuacje, które szczególnie mnie irytują. Nigdy nie rozumiałam matek, które chwalą się tym, że karmią wszystkich kolegów ze szkoły swojego dziecka, kiedy przychodzą w odwiedziny. Cieszą się, kiedy proszą o dokładkę. Uważają to za powód do dumy, bo to znaczy, że smacznie gotują. Ale jak wiadomo, przychodzą w grupach. A to są przecież duże pieniądze i czas, by wykarmić kilkoro dzieci.
Przecież te dzieci mają swoich rodziców, niech oni je karmią. Ostatnio przytrafiła mi się taka ciekawa sytuacja. Mój synek jest w czwartej klasie. Przyszedł z całą grupą chłopców, było ich pewnie z pięciu. Grali w pokoju, a ja gotowałam obiad w kuchni. Później mój syn wszedł do kuchni i powiedział, że jest głodny.
Kazałam mu umyć ręce i usiąść przy stole.
– Moi koledzy też są głodni. Zaraz ich zawołam, żeby też umyli ręce.
Powiedziałam, że nie muszą, bo będą jedli w swoim domu. Po pięciu minutach jeden z nich wszedł i powiedział:
– O, pomidorowa. Też bym zjadł, może mi Pani nałożyć?
– Jak wrócisz do domu, to mama pewni coś Ci poda. Idź już, jeśli jesteś głodny – odpowiedziałam. – Zresztą, chłopcy, zbierajcie się już wszyscy. Rodzice pewnie czekają na Was z obiadem. Przyjdziecie następnym razem i dokończycie zabawę.
Chłopcy się odwrócili i odeszli. Wszystko wyjaśniłam swojemu synowi i zrozumiał mnie. Nie jestem odpowiedzialna za te dzieci, nie muszę ich karmić. Tym bardziej tak dużej grupy. Później dotarły do mnie plotki, że matki śmiały się, że szkoda mi jedzenia dla dzieci. Ale czy one nie rozumieją, że w dzisiejszych czasach wszystko kosztuje? Dlaczego mam wydawać pieniądze na dzieci, które mają swoich rodziców? Co innego nakarmić jednego kolegę, ale pięciu?!




