Martyna siedziała w kuchni, zdezorientowana i załamana. Jej mąż, ukochany, jedyny Piotr, powiedział dziś: Nie kocham cię już. Aż do tej chwili wierzyła, że zawsze będzie z nim wspierał ją przecież od lat, był jej ostoją. Uderzyło ją to tak mocno, że przez kilka minut trwała w bezruchu, patrząc, jak on krząta się, pakuje rzeczy i hałasuje kluczami. Tylko tego jeszcze jej brakowało ledwo kilka tygodni temu zmarł jej tata, a ona, mimo własnego żalu, musiała zadbać o siwą mamę i młodszą siostrę Agatę, która po wypadku w wieku osiemnastu lat została inwalidką. Mieszkali w sąsiedniej miejscowości, niedaleko Lublina.
Jej synek, Antoś, właśnie poszedł do pierwszej klasy. W czerwcu zakład Martyny upadł i została bez pracy. Teraz jeszcze to rozstanie
Martyna oparła głowę o dłonie, usiadła przy kuchennym stole i rozpłakała się gorzko.
Boże, co ja mam robić? Jak dalej żyć? Ojej, Antoś! Muszę przecież iść po niego do szkoły!
Codzienne obowiązki zmusiły ją do działania.
Mama, płakałaś?
Nie, Antosiu, nie
Ty za dziadkiem płaczesz? Bardzo mi go brakuje!
Mnie też, synku. Ale musimy być dzielni. Nasz dziadek zawsze taki był nikogo nie zawodził. Teraz u Pana Boga odpoczywa, nie martw się! Na to zasłużył za życia nie miał kiedy odpocząć.
A gdzie tata?
Tata? Pewnie znowu pojechał w delegację. Jak tam w szkole?
Trzeba żyć dalej. Nie kocha? I co z tego przecież nikogo nie zmusisz do miłości. Martyna przesarła łzy, wróciła do swoich obowiązków.
Podczas gdy Antoś jadł obiad i bawił się żołnierzykami, Martyna zajrzała do komputera, który zostawił mąż. Nigdy wcześniej nie naruszała jego prywatności. Bez problemu weszła na pocztę Piotr nie zdążył wyczyścić korespondencji. Wszystko stało się jasne: nowa miłość na pełnej parze. Ona jest już niekochana. Przez dziesięć lat była największym skarbem, a po rodzinnych trudach została naszą mamusią.
To się skończyło i trzeba się z tym pogodzić.
Trzeba znaleźć pracę. Jej wyższe wykształcenie nikomu nie imponowało. Zasiłek z Urzędu Pracy kilkaset złotych nie rozwiązywał żadnych problemów.
Co się stało, że Piotr, odpowiedzialny i dbający, z dnia na dzień stał się obcy? Myśli Martyny krążyły wokół jednego: pewnie oszalał. Dom, budowany latami, nie był jeszcze gotowy. Na szczęście dach był nad głową, a jeden pokój nadawał się do życia.
Praca, jak ja cię potrzebuję! chciało się płakać, ale nie było na to czasu.
Szukała zajęcia przez kilka dni bez rezultatów. Pierwsza klasa synka i jej samotność zabierały energię. Wieczorem, po kolejnym nieudanym dniu, zadzwonił jej kuzyn Roman:
Martyna, wrócił Piotr?
Nie.
Chciałabyś pracować jako magazynierka?
O, naprawdę?
No jasne, daję ci znać poważnie po Piotrze to nie jest czas na żarty. Z przerwą. Możesz po Antka pójść albo zorganizować świetlicę. Pensja dwa i pół tysiąca złotych. Mało, wiadomo, ale lepsze to niż nic. Przywiozę wam jutro ziemniaki z cebulą i kurę.
Roman, mam przecież własne kury. Tak naprawdę to one nas ratują jaja znoszą i obiady są.
I dobrze, nie wolno ich bić na mięso.
Dziękuję, Roman. Jak Galina?
Daje radę, twarda jest. Podziwiam ją.
On zawsze taki był żona po ciężkiej operacji, chemioterapia, a on trzyma wszystko w ryzach i nawet nie narzeka. U niego wszystko w porządku.
Martyna westchnęła. Jest szansa przetrwać. Bogu dzięki On nigdy nie zawodzi i widzi wszystko z góry. Dzięki, że mam takiego kuzyna.
Praca okazała się całkiem znośna, był czas na przemyślenia i łzy. Dni płynęły, tygodnie, miesiące. Po roku Martyna zauważyła, że znów jest głodna, potrafi spać, uśmiechać się i cieszyć z postępów Antka. Zdrada bolała najbardziej, gdy Piotr wpadał po syna na weekendy. Martyna nie utrudniała mu kontaktu z dzieckiem nie chciała, by relacje rodziców raniły Antka. Czasem się zastanawiała, gdzie popełniła błąd, choć wiedziała, że to nie jej wina, tylko chwilowego zauroczenia Piotra inną kobietą. Przypomniały jej się słowa z jakiegoś filmu: Miłość jest do pierwszego zakrętu, potem zaczyna się życie. U niej miłość i życie były nierozłączne. A u Piotra?
Jesień tego roku była jak przedłużenie lata ciepła, zielone liście, dzieciaki bawiące się na podwórku, kwitnące astry i chryzantemy za płotem. Właśnie tego dnia, gdy Martyna zobaczyła spojrzenie Michała, dzień wydawał się zwyczajny, no może słońce mocniej grzało, może z mieszkania sąsiadów słychać było głośniej muzykę albo po prostu los postanowił ich dziś połączyć.
Pani pozwoli, pomogę pani. Przecież nie można się tak nadwyrężać!
Jakoś się przyzwyczaiłam.
Ale to niedobrze, gdy taka piękna kobieta dźwiga sama takie ciężary.
Wszystkim paniom pomaga pan nosić zakupy? Często pan tu stróżuje pod sklepem?
A jak! Długo stróżowałem, aż wreszcie się doczekałem piękności.
Nie sposób było się nie roześmiać. Śmiali się na całego do łez.
Michał przedstawił się, uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Martyna.
Martynka, Martynka, już nie cudza żona Słyszała pani taką piosenkę?
Nigdy! Ale nie jestem już żoną.
No proszę! Ale się trafiło, w końcu spotkałem dziewczynę, o której tylko marzyć można, a ona w dodatku wolna Jak to możliwe, że nikt tego nie dostrzegł?
Widzę, z poczuciem humoru u pana wszystko w porządku, a z powagą?
W tej kwestii też sobie radzę. Martyno, zapraszam panią dziś do kina. Pogadamy, poznamy się.
Chętnie bym poszła, ale muszę odebrać syna ze świetlicy.
Nie wierzę, że pani ma dziecko?! Wygląda pani na dwadzieścia lat! Jaka świetlica?
Mam trzydzieści pięć.
Ja też! Ale z pani naprawdę pomyślałem, że młodziutka.
A teraz?
Teraz się oswajam z rzeczywistością. Każdy facet marzy o synu, a pani tak lekko mówi, że jest wolna. A gdzie tata syna?
Nie chciałabym o tym teraz rozmawiać.
Rozumiem, nie naciskam. Może w weekend? Możemy pójść z synem na film dziecięcy.
W weekend synek spotyka się z tatą.
Martyno, nie chcę być natrętny. Ale gdyby pojawiła się chwila wolnego, zadzwoń. Tu jest moja wizytówka prywatny numer. Zresztą, jestem lekarzem hematologiem dziecięcym.
Bardzo poważna praca.
I niewiele czasu na poszukiwanie pięknych kobiet.
Dobrze, Michał. Zadzwonię powiedziała szczerze.
Będę czekał.
To była naprawdę piękna jesień prezent od losu. Miękkie promienie słońca sprawiały, że kolory liści mieniły się jak nigdy. Ciepłe dni otworzyły przed nimi wszystkie parki Lublina. Ich wzajemna delikatność, która pozwalała leczyć rany, wirowała wokół nich w jesiennym tańcu. Przysuwali się ku sobie powoli i ostrożnie, aż Martyna sama, lekko zawstydzona, zaproponowała: Wpadnij na herbatę.
Martynko, nie gniewaj się, nie przyjdę dziś. Muszę sam to wszystko poukładać. Dobrze, że mi ufasz?
W najbliższy weekend wyjechali razem do Kazimierskiego Parku Krajobrazowego, gdzie Michał wynajął niewielką, urokliwą willę trochę jak z bajki. W środku czysto i przytulnie, ale Martyna widziała tylko ogromne, ciepłe oczy Michała i ginęła w jego ramionach. Nie znała takiej bliskości słodkiej i głębokiej.
Michałku, co się ze mną dzieje? Chyba umieram ze szczęścia. Kocham cię. Jak żyłam bez ciebie? Tak mi dobrze!
Jesteś moim szczęściem!
Po kilku miesiącach nie potrafili już rozstawać się na dłużej.
Martynko, zostań moją żoną!
Michałku, rozwód mi się kończy pod koniec miesiąca!
I od razu ślub inaczej ktoś mi cię jeszcze ukradnie!
Dziewczyna sama decyduje o sobie nie dla każdego. Ma ukochanego. Michałku, proszę, bez wielkiej ceremonii tylko podpis, potem zabierz mnie do tej willi, gdzie zostałam twoją żoną na zawsze.
Dobrze, ukochana będzie jak chcesz.
Roman i Galina byli jedynymi świadkami skromnie, ale serdecznie. Mama z Agatą przysłały entuzjastyczną depeszę z gratulacjami. Niedługo potem przeprowadzili się do wynajętego przez Michała dwupokojowego mieszkania wspólnie zrobili solidny remont, tworząc przytulne gniazdko. Michał ze szczególną troską urządzał pokój Antka. Chłopiec znał już Michała, ale długo nie nawiązywał z nim kontaktu mama i tata byli dla niego dwoma połówkami jabłka.
Martynko, tylko się nie bój zbadajmy krew Antka. Jest blady, nie podoba mi się.
Michałku, przeżywa on bardzo. Nie może pogodzić się z rozstaniem rodziców, długo miał nadzieję, że wszystko wróci do normy. Czytałam, że dla dziecka rozwód rodziców jest często gorszy niż śmierć jednego z nich.
Masz rację, mądra moja kobieto. Ja też przeżyłem rozwód rodziców jak koniec świata. Ale zrobimy badania, dobrze, Antku?
Tego dnia Michał wrócił do domu przygaszony. Martyna od razu wyczuła, że coś jest nie tak.
Martynko, nie denerwuj się. Coś jest niepokojącego w wynikach Antka. Niestety, miałem rację. Jutro zabieram go ze sobą.
To było nie do zniesienia. Czy aż tak trzeba było zapłacić za szczęście? Białaczka. Przerażające słowo.
Zaczęło się nowe życie. Martyna wzięła bezpłatny urlop nie wyobrażała sobie, żeby zostawić synka samego w szpitalu. Trzymała go za rękę i powtarzała: Wytrzymaj, synku! Jesteś silny! Byłeś zawsze moim największym oparciem. Nigdy cię nie zostawię i zawsze będziemy razem.
Kiedy już brakowało jej sił, Michał wysyłał ją, by odpoczęła, zostając z Antkiem. Spała kiepsko częściej po prostu leżała i patrzyła w sufit.
Zadzwonił Piotr i zażądał, aby się wymeldować z niedokończonego domu.
Synowi sam poświęcę uwagę. Będzie przychodził do mnie.
Lepiej byś go odwiedził.
Teraz nie mogę wyjeżdżam w delegację.
Michał pogłaskał ją po ramieniu:
Martynko, sami sobie wszystko wypracujemy. Nie rozpatruj przeszłości.
Szkoda, bo dużo zainwestowałam w ten dom. Pracowałam naprawdę porządnie. Czy teraz to ważne? Że on chce mnie wypisać?
A ty nie myśl o tym. Całą energię wkładaj w Antka damy radę. Zawsze marzyłem o rodzinie. Bóg to wie, nie odbierze mi was.
Michałku, a jakie wyniki?
Robimy wszystko. Na razie kiepsko.
Martyna płakała cicho. Nie mogło się wydać, że jest źle.
Panie doktorze, a co mam z tą krwią? pytał Antek.
Widzisz, w naszej krwi są czerwone i białe stateczki. U ciebie zrobiły bitwę.
Kto wygrywa?
Narazie białe.
Co będzie dalej?
Pomagamy czerwonym.
Mamo, zabierz mnie stąd gdzieś. Jestem już taki zmęczony.
Martynko, pomyślałem zabierzmy Antka do naszej willi. Teraz taka ładna pogoda, połazimy po lesie, odpocznie.
Wiosna rozkwitła ich azyl kolorowymi krzewami i kwitnącymi drzewami. Chodzili po lesie, cieszyli się każdym kwiatkiem. Ale bywały chwile, gdy Antek się skupiał i milczał.
Co z tobą, kochanie? Źle ci?
Nie przeszkadzaj, mamo. Gram w morską bitwę.
Krótki urlop minął szybko. Syn wyraźnie wyzdrowiał zaróżowiły się policzki.
Mamo, gdzie tata?
W delegacji, synku.
Znowu? Cóż, trudno.
Po powrocie do kliniki oddano kolejne próbki. Kierowniczka laboratorium przyszła sama.
Panie Michale, gdzie pan syna wywiózł?
Do rezerwatu, blisko. Czemu pytacie? Co z wynikami?
Wszystko w porządku. Remisja. Krew jest dobra.
Michał wbiegł do sali w podskokach.
Antosiu, co ty robiłeś? Wyniki są świetne! Nie płacz, Martyna. On zdrowieje. Antosiu, co robiłeś?
Tato, pamiętasz tę historię o statkach? Wygrywałem każdą bitwę czerwonymi!
Takie to już nasze życie pełne zwrotów, bólu i szczęścia. I wiesz co? Myślę, że najważniejsze to nie stracić wiary, bo zawsze gdzieś czeka na nas trochę słońca i dobrych ludzi.




