Zmierzając przez krzywe ulice Soboty, Jagoda wracała ze sklepu, taszcząc ciężkie siatki w rękach, które ciążyły jak worki z piaskiem. Tuż przed domem dostrzegła obcą syrenkę przy furtce zieloną, z powiewającymi na wietrze kasztanami na masce. Kto to może być, przecież nikogo dziś nie oczekuję przemknęło jej przez myśl jak cień. Jagoda podeszła bliżej i zobaczyła w ogrodzie wysokiego młodego mężczyznę, którego twarz rozlewała się jak postać z rozlanego tuszu.
Przyjechał! wykrzyknęła z dziwną radością, rzucając torby i wybiegając w jego stronę, by utonąć w uścisku, ale w chwili dotyku chłopak delikatnie się wysunął ze snu.
Mamo, poczekaj. Muszę ci coś opowiedzieć powiedział szeptem, a jego głos brzmiał jak szelest suchych liści.
Co się stało? zapytała niespokojnie Jagoda.
Usiądź, będzie ci wygodniej rzekł Janek, wskazując rozchwianą ławkę pod starą gruszą, która uparcie wypuszczała owoce w środku marca.
Jagoda mieszkała samotnie w przyjemnie pofałdowanej wsi, wśród kremowych pagórków i domów o łupkowych dachach. Męża nie było od dwóch lat, a jedyny syn, Janek, wyjechał do Łodzi na studia, byle dalej po wojsku, i nie wrócił już na dłużej do matki. Zatrudnił się w fabryce na Teofilowie, początkowo wynajmował malutką kawalerkę, ale ostatnimi czasy życie jego zmieniło się jak przez przewrócone lusterko. Szczegółami nie dzielił się jednak ze starą matką.
Przyjeżdżał rzadko, dopóki nie kupił poloneza. Ostatnimi miesiącami jego wizyty stały się częstsze, pojawiał się bez ostrzeżenia z torbami pełnymi wędlin, dżemu i nowymi swetrami. Jagoda za każdym razem protestowała, lecz syn tylko się uśmiechał i zostawiał. Ostatni raz przywiózł jej chustę granatową we wzorki, ręcznie dzierganą.
O swoim życiu nie mówił nic. Dobrze jest, mamo, nie martw się to była jedyna odpowiedź. A jednak od ludzi bo w każdej wsi są tacy, co wiedzą wszystko dowiedziała się więcej. Jej sąsiadka, ta młoda Danusia, pojechała do Łodzi odwiedzić siostrę.
Serce matki zadrżało. Posłała Danusi słoik swojego dżemu, marynowane rydze i numer telefonu do syna. Dziewczyna zadzwoniła do Janka i spotkała się z nim na Piotrkowskiej pod kamienicą, gdzie ściany słuchały każdej plotki.
O, ciociu Jagodo, przyjechał syrenką z jakąś paniusią, wszystko zabrał, kazał pozdrowić i powiedział, że niedługo przyjedzie opowiadała z przejęciem Danusia.
A kto to taka? zdziwiła się Jagoda.
Nie wiem, z auta nawet nosa nie wychyliła. Ale wydaje mi się, że starsza od niego, no, na bank pięć lat starsza, taka rumiana i pomalowana do przesady, sukienka jakby z teatru.
Te myśli kręciły się w głowie Jagody jak wiatrak kościelny. Syn przecież o życiu osobistym nigdy z nią nie rozmawiał. Trzeba by wywiedzieć się przy następnej okazji. I nie musiała długo czekać.
Pewnego dnia wracała ze sklepu, a na podwórku czekał Janek z chłopcem o szerokich uszach i oczach koloru żyta. Przy furtce tkwiła syrenka jak przedwojenna sentencja.
Przyjechał! pospieszyła szybciej, chcąc utulić syna, ale on lekko odsunął się na bok.
Dzień dobry, mamo. Poznaj, to jest Franek. Jest mi teraz jak syn.
No, wejdźcie do domu, po co tu na wietrze rozmawiać.
Jagoda nakryła do stołu. Ziemniaki w garnku jeszcze gorące, kapusta kiszona parowała, ogórki korniszony, mięso miękkie i lepkie od aromatycznego wywaru.
Franek siedział cicho wśród zmęczonych garnków, nie chcąc rozmawiać, tylko dłubał w talerzu jak ktoś, kto zapomniał, jak się trzyma łyżkę. Napili się herbaty, a potem chłopca wysłano na dwór, by obył się z podwórkowym światem.
Mamo, mam sprawę zaczął Janek ożeniłem się w zeszłym roku, to znaczy tylko cywilnie. Z Haliną. To jej syn. Nie mówiłem ci, nie gniewaj się. Halina nie chce poznawać teściowej.
Dlaczego? Czyżbym była zbyt wiejska? Czy jej się nie podobam?
Nie, mamo. Jej pierwszy mąż miał okropną matkę, która zrobiła jej piekło. Przez nią Halina rozstała się z mężem, a potem on i ta kobieta zmarli. Zostało po nich mieszkanie i auto. Poznaliśmy się, zaprosiła mnie do siebie, potem ślub. Ale teściowej nie chce nawet widzieć.
A chłopca po coś przywiózł?
Lato jest. Halina w ciąży, w sierpniu rodzi. Nie daje rady z Frankiem. Ja wciąż w pracy. Popilnujesz go do jesieni, a potem go zabiorę?
Popilnuję, czemu nie! Tylko czy on chce zostać u babci?
Kto go pyta. Matka kazała, to posłucha.
Jagoda aż skrzywiła się słysząc te słowa, lecz nie wtrąciła się. Haliny nie znała. Chłopak ośmioletni, to nie noworodek. Wkrótce może sama doczeka się wnuczki albo wnuka radość przyszłości.
Następnego ranka Janek pojechał i został tylko Franek, patrzący z nadąsaną miną przez okno.
Jagoda podeszła i powiedziała:
No to, Franku, zaczynamy nowe życie. Możesz mi mówić babcia Jagoda. Do której klasy przechodzisz?
Do drugiej odburknął, nie patrząc.
Chodź, pokażę ci kury i pole. Truskawki już dojrzewają, niedługo będziesz zbierać.
Nie idę.
Dlaczego? Ani ja cię nie skrzywdzę, ani mój pies, Burek, na ciebie nie napadnie, jak się boisz…
Mama mówiła, żeby ci nie wierzyć. I że nie będę tu długo. Tego twojego psa się nie boję.
A skąd mama wie, jaką jestem osobą, skoro mnie nie zna? No nic, siedź sobie, ja idę do swoich spraw, wnuczku.
Jagoda wymknęła się z domu. Szkoda jej było chłopca. Widocznie Halina wiele przeszła z poprzednią teściową, że własne dziecko ostrzega. Ale serce i czułość powoli rozpuszczą nawet najgłębszy lód.
Zabawiała się w ogródku, pieląc rabaty, kury i dwie kaczki stukały w skrobaną ziemię. Mleko, twaróg i śmietanę kupowała u matki Danusi za kilka złotych. Czasem przynosiła sąsiadce jaja, czasem truskawki. Tak to szło.
Minął tydzień. Franek zaczął zaciekawiać się podwórzem. Raz pogłaskał Burka, raz zjadł truskawkę prosto z krzaka. Do pracy się nie rwał, a Jagoda nie naciskała. Gdy szła do sklepu, zapytała, czy pójdzie. On skinął głową.
Po drodze Franek paplał bez przerwy, słowa wypluwały się jak pestki wiśni. Od tego dnia coś w nim pękło. Zamiatał w domu, podlewał grządki, sam karmił Burka i zaprzyjaźnił się z chłopakami z sąsiedztwa. Wieczorami trudno go było zagonić do chaty.
Rozjaśniał się, zaczął czytać Robinsona Crusoe z pożółkłych stron książkę jeszcze po Janku. Codziennie opowiadał babci przy łamanym świetle, śmiejąc się z Piętaszka, gdy ona dziergała na drutach. I nagle powróciło wspomnienie dzieciństwa syna ta sama radość, ta sama gadatliwość.
W sierpniu przyjechał Janek promienny, z nowiną Halina urodziła im córkę, Julię. Jutro odbiór z porodówki, ale przyjechał podzielić się szczęściem i zapytać, jak Franek.
Tato, z babcią Jagodą jest świetnie! Mogę zostać jeszcze trochę? Siostrzyczkę zobaczę później, przed szkołą.
Został więc do września. Jagoda sprawiła wnuczce prezenty dziergane skarpeteczki, czapeczkę i puchową kołderkę. Synowa dostała rękawiczki. Janek podziękował serdecznie, ucałował matkę i po męsku uścisnął Franka.
Koniec sierpnia Franek ganiał z chłopakami, grając w piłkę przy ulicy, gdy z daleka pojawiła się syrenka znów zielona jak sen. Wszystkie dzieci rozstąpiły się, patrząc z zachwytem. Z auta wyszła Halina z niby-eterycznym dzieckiem na rękach, za nią Janek. On przejął skarb na ręce, a Franek pobiegł do mamy, przewrócił się o kamień, ale nie płakał tylko przyłożył liść babki do kolana jak prawdziwy mały wieśniak.
Halina pocałowała syna, ujęła za rękę i weszła do domu.
Jak to, Franek biega bez dozoru po wsi? spytała, zamiast się przywitać.
Dzień dobry, córko odpowiedziała Jagoda. Tu chłopcy bawią się razem, zawsze ganiają. A Franek mi pomaga w domu i w ogrodzie, niech się bawi.
Potem Jagoda podeszła do wnuczki. Dziewczynka spała cicho, piękna jak porcelanowy anioł. Łzy wzruszenia napłynęły Jagodzie do oczu.
Gospodyni ugościła rodzinę barszczem ze śmietaną i świeżym chlebem, zaczęła wypytywać o szczegóły.
Przyjechaliśmy po Franka oświadczyła pewnym głosem Halina. Zaraz szkoła. I tak już chyba wam dość z nim, a i on pewno nie może się doczekać powrotu.
Chłopiec poderwał się i głośno zawołał:
Nie chcę do miasta! Chcę zostać z babcią Jagodą. A ty, mamo, skłamałaś, że ona zła. Jest dobra!
Policzki Haliny stały się purpurowe, a jej twarz stężała.
Nie wolno tak mówić, Franek, przeproś mamę i wyjdź na podwórko, nie oddalaj się spokojnie rzekła Jagoda.
Chłopiec spuścił głowę.
Przepraszam, nie będę więcej wyszeptał i wymknął się.
Halino, nie martw się o niego. Jest porządnym chłopcem, dobrze go wychowałaś. I jaką radość mi dał przez całe lato! Dziękuję, synku, że go przywiozłeś. Może co roku będziesz przywoził, zawsze będę się cieszyć.
Dziecko ze snu zapłakało i Halina rzuciła się do córki. Dwa dni spędzili wszyscy razem. Janek naprawił, co trzeba, Halina doglądała Julii, Jagoda gotowała dla gromadki, Franek pomagał każdemu, opowiadając bez końca o wsi, truskawkach i psie.
W końcu nadszedł czas powrotu. Janek, syn i córka pożegnali się i wyszli, a Halina podeszła do teściowej, objęła ją niespodziewanie:
Dziękuję, mamo. Swojej już nie pamiętam, i nie wierzyłam, że teściowe mogą być takie dobre. Wybacz mi, proszę. Bardzo kocham Janka dobry z niego człowiek.
Teraz już twój. Dla mnie ogromna radość, że was mam. I Franka przywoźcie, polubiłam go jak własnego.
Tak się rozstali. A wszystko w rodzinie poukładało się pięknie. Na zimę zabrali mamę do miasta pomagała przy dzieciach i gospodarstwie, a Jagoda z Haliną żyły w zgodzie, jakby zawsze były rodziną ku uciesze Janka i rozradowanego Franka.



