Na początku lat dwutysięcznych Anna Wiśniewska była jedną z najbardziej rozpoznawalnych aktorek polskiego teatru i telewizji. Grała w serialach, które oglądała cała Polska, jej twarz wisiała na plakatach przed Teatrem Polskim we Wrocławiu, a krytycy pisali o niej jako o „aktorce, która ma przed sobą wielką przyszłość". Kariera pędziła do przodu jak pociąg z Wrocławia do Warszawy — bez przystanków.
Za kulisami tego blasku była jednak historia, o której świat dowiedział się dopiero wiele lat później.
Anna miała wtedy dwadzieścia sześć lat. Zadzwonił jej agent — spotkanie z producentem Ryszardem Kowalczykiem, człowiekiem, który decydował, kto dostanie główną rolę w wielkim serialu telewizyjnym, a kto zostanie na zawsze w tle. Umówili się w hotelu przy Rynku w Krakowie, w apartamencie na trzecim piętrze. Miała to być rozmowa o roli.
W pokoju pachniało drogą wodą kolońską i kawą, która już wystygła na tacy. Kowalczyk otworzył jej w szlafroku. Zaczął od komplementów — że ma "coś, czego nie da się nauczyć", że producent Wajnberg mówił o niej same dobre rzeczy. Potem poprosił, żeby usiadła bliżej, bo słabo słyszy. Potem powiedział, że rola jest już praktycznie jej, tylko musi "pokazać, że naprawdę jej chce".
— Nie — powiedziała Anna, nie ruszając się od drzwi.
Kowalczyk uśmiechnął się, jakby usłyszał żart, i sięgnął po dzbanek z kawą, żeby dolać sobie do filiżanki. Ręka mu się nie trzęsła.
Anna zjechała windą do pustego holu, gdzie recepcjonista akurat układał ulotki z ofertą weekendu w Zakopanem. Zapytał, czy wszystko w porządku. Powiedziała, że tak, i poprosiła o taksówkę. W taksówce liczyła latarnie na Rynku, żeby nie myśleć o niczym innym, i doliczyła do trzydziestu siedmiu, kiedy dojechali do jej ulicy.
Trzy lata później reżyser Marek Sobczyk, przygotowując wielką koprodukcję historyczną, siedział w biurze przy Puławskiej z listą nazwisk do castingu. Ktoś z asystentów — nigdy nie ustaliła, kto — powiedział mu, że Anna „robi problemy na planie", że jest „konfliktowa". Sobczyk skreślił jej imię czerwonym pisakiem, nawet nie sprawdzając, czy to prawda. Rolę, o której mówiono, że jest przełomowa, dostała inna aktorka. Serial zdobył potem nagrodę na festiwalu w Gdyni.
Agent zadzwonił do Anny tydzień po castingu.
— Nie wzięli cię — powiedział krótko. — Sobczyk mówił coś o twoim charakterze. Nie wiem więcej.
Anna zapytała, o co konkretnie chodziło. Agent nie wiedział. Nikt nie wiedział — albo nikt nie chciał powiedzieć. Odłożyła telefon i przez chwilę siedziała z ręką na aparacie, jakby czekała, że zadzwoni jeszcze raz i ktoś to wszystko wyjaśni. Nie zadzwonił.
Potem było tak jeszcze kilka razy. Telefon od agenta, krótkie „nie wzięli cię", żadnego uzasadnienia. Czasem propozycje przestały przychodzić w ogóle — na miesiąc, potem na trzy, potem pół roku bez jednego telefonu.
W 2011 roku Anna zapisała się do ośrodka terapeutycznego pod Zakopanem na program trwający czterdzieści siedem dni. W papierach, które wypełniała przy przyjęciu, w rubryce „powód zgłoszenia" napisała jedno słowo: „wyczerpanie". Podczas pierwszej sesji terapeutka zapytała, kiedy ostatnio spała całą noc bez przerywania. Anna liczyła w głowie i nie umiała odpowiedzieć.
Po wyjściu z ośrodka nie wróciła do agenta. Zapisała się na prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim — miała trzydzieści cztery lata, była najstarszą osobą na roku. Koledzy z grupy pytali czasem, czy to nie ona z tego serialu, a ona mówiła, że tak, była, i zmieniała temat. Skończyła studia, dostała stypendium na podyplomówkę z polityki publicznej w Londynie. Pisała pracę o mechanizmach nieformalnego wykluczania z zawodu, nie podpisując jej własnym doświadczeniem — dopiero promotor, przeczytawszy trzeci rozdział, zapytał wprost, czy to, co opisuje, zdarzyło się jej.
W 2019 roku zadzwoniła do niej dziennikarka „Gazety Wyborczej". Mówiła, że zbiera relacje kobiet z branży filmowej, że nazwisko Kowalczyka pojawia się coraz częściej, że potrzebuje kogoś, kto zgodzi się mówić pod własnym imieniem, bo same anonimowe głosy redakcja nie opublikuje.
Umówiły się w kawiarni na Kazimierzu, przy stoliku pod oknem, gdzie z głośników cicho szedł stary koncert Grechuty. Anna zamówiła herbatę i nie dotknęła jej do końca rozmowy.
— Mówili, że jestem konfliktowa — powiedziała, obracając w rękach papierową serwetkę, aż się rozpadła na małe kawałki. Zebrała strzępki na jedną kupkę przy filiżance i dodała: — Konfliktowa, bo powiedziałam „nie" w hotelowym pokoju. To wszystko, co zrobiłam. Powiedziałam „nie".
Materiał ukazał się w listopadzie. Po Annie zaczęły mówić inne kobiety — najpierw cztery, potem kilkanaście, potem dziesiątki z całej branży rozrywkowej. Kowalczyk stracił stanowisko w radzie nadzorczej platformy streamingowej. Publicznie nie odpowiedział ani słowem.
Anna złożyła przeciwko niemu prywatny akt oskarżenia oraz pozew cywilny o naruszenie dóbr osobistych i utracone zyski zawodowe — trzysta dwadzieścia tysięcy złotych, dokumentując w aktach każdą rolę, którą według świadków straciła przez nieformalną listę krążącą wśród castingujących między 2003 a 2012 rokiem. Sprawa trwała dwa lata i skończyła się ugodą. Szczegółów nigdy nie podała, powiedziała tylko dziennikarce, która wracała do tematu rok później, że pieniądze przekazała fundacji pomagającej młodym aktorkom w sporach z producentami.
Dziś czasem prowadzi gościnne zajęcia dla studentów prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na jednym z takich spotkań student z drugiego rzędu zapytał, czy żałuje tego jednego słowa wypowiedzianego w hotelowym pokoju w 2003 roku.
Anna nalała sobie wody z dzbanka stojącego na katedrze, wypiła połowę i odpowiedziała:
— Tego słowa nie. Nigdy.
Nic więcej nie dodała. Zebrała notatki ze stołu i przeszła do następnego slajdu.




