Pięć lat temu kupiliśmy działkę. Remontowaliśmy ją, kupiliśmy nowe meble, ogólnie urządzaliśmy wszystko, nawet ogródek i podjazd. W czerwcu tego roku wprowadziliśmy się na stałe. W dniu „parapetówki„ na progu naszego domku stanęła szeroko uśmiechnięta kobieta, przedstawiła się jako Teresa. Teraz, wracając myślami, żałuję, że byłam taka gościnna. Nie wiem jak to się stało, że nagle przechadzała się po pomieszczeniach, chwaliła nasz ogród i w końcu usiadła w kuchni z własnoręcznie robionym ciastem. I tak zaproponowałam jej herbatę.
Nie pamiętam, ile dokładnie czasu spędziła rozmawiając. Głównie pytała o rzeczy osobiste, typu „dlaczego macie tylko jedno dziecko, nie możesz mieć więcej?„ czy „gdzie twój mąż pracuje?”. Potem postanowiła opowiedzieć o sąsiadach i lokalnych zwyczajach. Chciałam ją grzecznie wyprosić, ale Teresa zachowywała się tak jakby przyrosła do krzesła. W końcu wrócił mój mąż i po moim spojrzeniu zrozumiał, że potrzebuję pomocy.
– Mam z żoną ważne sprawy, może nas Pani zostawić? – powiedział do niej grzecznie.
Ale to nie był koniec, jeszcze prawie godzinę coś opowiadała, później spakowała ciasto, a przy wyjściu kilkakrotnie przypominała o jutrzejszym wydarzeniu na osiedlu, którego nie możemy przegapić. Gdy w końcu wyszła, padłam na kanapę zmęczona. Od tamtej pory non stop podgląda nas, kiedy przyjeżdżamy, potrafi pojawić się w najmniej odpowiednim momencie. Nawet próbowałam rozmawiać z nią tylko przez płot, ale skąd! Wprasza się o każdej porze. Potrafię z nią rano rozmawiać przy sklepie, a ona dwie godziny później przychodzi do mnie na kawę. Już nie wiem, jak sobie z tym poradzić… Nie mam nic dobrym relacjom sąsiedzkim, ale uważam, że to już duża przesada. Jak można nie mieć za grosz wstydu i tak przeszkadzać i napraszać się obcym ludziom?!




