Na wojskowej katedrze wykładała pewna pani doktor.

Na wojskowej uczelni wykładała pewna pani doktor, która przez całe życie pracowała w szpitalu dziecięcym. I miała naprawdę ciekawą historię do opowiedzenia. Jej własne dzieci przeszły praktycznie wszystkie choroby zakaźne świata, chociaż ona sama była przecież lekarzem. W ogóle ciągle przynosili do domu jakieś wirusy, do tego stopnia, że ich leczenie wykańczało ją bardziej niż praca na oddziale. Mimo to dzieciaki biegały, hałasowały i miały niepohamowaną energię.

Oczywiście, pani doktor miała zasady higieny w małym palcu najpierw prysznic, potem przebranie, ręce myła do łokci cały rytuał. A i tak, jak jakiś pacjent zachorował na coś szczególnego, to jej dzieci zaraz następnego dnia dostawały dokładnie tę samą chorobę. Próbowała wszystkiego: witaminki, hartowanie, czosnek i mleko, ale skutki były mizerne. Aż w końcu dopadło ją zupełne zniechęcenie.

Pewnego dnia wracała po niezwykle ciężkiej zmianie i paraliżował ją wręcz strach przed powrotem do domu już wyobrażała sobie, jak dzieci leżą rozpalone i sapią. I wtedy, zdesperowana, zamiast prosto do domu, poszła do kina na Indianę Jonesa. Po seansie wróciła naładowana energią i z lekkim poczuciem winy, że nie pobiegła od razu do rodziny. Okazało się, że dzieci mają się wyśmienicie, biegają, piszczą i nie mają nawet kataru!

Zaintrygowana tym zbiegiem okoliczności, kolejnym razem zaszła po pracy do koleżanki na herbatkę, (nie obyło się bez domowych ciasteczek i gromkiego śmiechu przy opowiadaniu kawałów). Efekt? Dzieci zdrowiutkie, aż promieniały.

Pani doktor zaczęła więc nowy rytuał po pracy zamiast rzucać się do mieszkania w bloku na warszawskim Ursynowie, zapuszczała się na spacer po skwerku pełnym kwiatów, fontann i gołębi. Siadała na ławce, patrzyła na ludzi, oddychała głęboko krakowskim powietrzem (no, powiedzmy). Dopiero potem wracała do bliskich. I o dziwo od tamtego czasu w jej domu skończyły się choroby, a dzieci dostały jeszcze więcej energii do wygłupów.

Pani doktor wyciągnęła prosty, ale głęboki wniosek: nie chodzi zawsze o same zarazki, ale o to, co przynosimy do domu o emocje, przeżycia, nawet niewypowiedziane myśli. Ta niewidoczna informacja potrafi rozłożyć rodzinę szybciej niż każdy wirus, tak stwierdziła. Kiedy przestała przynosić do domu zmęczenie i smutek, skończyły się w domu epidemie.

Wygląda więc na to, że po ciężkim dniu czy niemiłej awanturze, lepiej najpierw przewietrzyć głowę: przespacerować się po parku, zamienić dwa słowa ze staruszką na przystanku, obejrzeć Czterech pancernych czy nawet memy o kotach, a dopiero potem ruszać w stronę bliskich już nie z chmurą nad głową, tylko z uśmiechem. Jak to działa? Pewnie naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego kiedyś to wyjaśnią. Ale jedno jest pewne: czasem lepiej przywieźć do domu zapach skwerku niż garść problemów ze szpitala… a Indiana Jones w tę terapię wpisuje się doskonale!

Oceń artykuł
TwojaCena
Na wojskowej katedrze wykładała pewna pani doktor.