Na nadzieję już nie ma miejsca

Nadziei już nie ma

Nie chcę waszych pieniędzy! powiedziałem ze złością i rzuciłem zmiecione banknoty na podłogę.

To przecież twoje pieniądze odparła właścicielka mieszkania. I nie mam nic wspólnego z tym, co się stało. Proszę cię, nie rób sceny, bo pobudzisz sąsiadów.

Rzuciłem jej wściekłe spojrzenie, odwróciłem się i skierowałem się do klatki schodowej.

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, przed oczami zrobiło mi się ciemno i ledwo doszedłem do ławki. Usiadłem, schowałem twarz w dłoniach i zapłakałem. Cicho, niemal bezgłośnie. I miałem do siebie żal za to, co zrobiłem:

Gdybym tylko wiedział, jak to się skończy, nigdy nie pojechałbym na ten ślub!

*****

Arek, żenię się! powiedział mi przez telefon mój przyjaciel Jacek. Ślub za miesiąc, a potem jeszcze wesele i poprawiny. Będziesz?

Szczęścia, stary, cieszę się za ciebie, Jacek. Tylko westchnąłem ciężko.

No, mów już, co się stało!

Wiesz, chyba nie dam rady przyjechać. Naprawdę bym chciał, ale…

Że co?! Jak to nie przyjedziesz?! w jego głosie było szczere zdziwienie. Znasz mnie od podstawówki, razem przez tyle przeszliśmy, a na mój ślub nie przyjedziesz? Chcesz mnie urazić?

Nie, nigdy nie chciałem cię urazić. Po prostu ślub i wesele to nie jeden dzień.

No tak, trzy dni, ale na pewno dostaniesz wolne w pracy.

I nie o to chodzi Mam kota. Nie mam z kim go zostawić, a ze sobą nie zabiorę, przecież rozumiesz

Bez dyskusji! Musisz być na moim ślubie! Poproś kogoś znajomego, żeby popilnował kota, jak trzeba, to ci pomogę. Są przecież hotele dla zwierząt, wszystko się da załatwić!

Nie wiem, Jacek

Masz miesiąc, ogarnij to. Bardzo mi zależy, żebyś był.

Po tej rozmowie długo się wahałem. Z jednej strony nie chciałem zawieść przyjaciela, z drugiej nie miałem pojęcia, co zrobić z moim Felkiem.

Zostawić go samego nawet na dwa-trzy dni nie wchodziło w grę. Felek był bardzo towarzyskim kotem samotność źle na niego działała.

Myślałem niemal codziennie, aż w końcu postanowiłem. Pojadę na ślub, a kota zostawię pod opieką znajomej pani.

Myślałem, że mogę jej zaufać.

Pani Genowefa Malinowska bo tak się nazywała kobieta, której ogłoszenie znalazłem w internecie prowadziła już od kilku lat tymczasową opiekę dla kotów i gwarantowała zwrot pupili właścicielom w nienaruszonym stanie.

Przeczytałem wszystkie opinie w sieci. Większość była pozytywna, ludzie chwalili jej opiekę nad zwierzętami.

Zdecydował fakt, że pani Genowefa kiedyś pracowała w klinice weterynaryjnej, więc w razie czego kot mógł liczyć na fachową pomoc.

Umówiłem się na spotkanie, pojechałem do jej trzypokojowego mieszkania. Jedną z największych izb przeznaczyła tylko dla kotów. Warunki były więcej niż dobre, a sama właścicielka wydawała się miła i odpowiedzialna.

Byłem pewny, że Felek nie będzie się nudził miał towarzystwo innych kotów.

Felku, kochany, to tylko trzy dni. Dasz radę, dobrze?

Mój kot tylko się otarł o moje nogi i spojrzał mi prosto w oczy. Wiedziałem, co to znaczy. Chciał na ręce, ale musiałem już wychodzić.

Proszę się nie martwić, rozpromieniła się pani Genowefa. Wszystko będzie dobrze.

Mam nadzieję. Oto zapłata, wręczyłem jej dwie stuzłotówki. W razie czego proszę dzwonić.

Jasne, proszę być spokojnym.

*****

Trzy dni minęły błyskawicznie.

Jacek ucieszył się, że dotarłem na jego ślub. Impreza była udana, a jego żona okazała się przesympatyczną dziewczyną. Cieszyłem się ich szczęściem.

O Felku myślałem każdego dnia i codziennie dzwoniłem do pani Genowefy:

Dzień dobry, co tam u Felka? Zachowuje się grzecznie?

Dzień dobry, panie Arkadiuszu, odpowiadała. Tak, wszystko dobrze. Kot je z apetytem, korzysta z kuwety, jak trzeba. Pan nadal wraca za trzy dni?

Tak Dlaczego pyta pani?

Nie no, dopytuję tylko. Czasem ludzie się spóźniają, a mam już umówione kolejne koty. Tylko tego pilnuję.

Ja nie zostawiłbym Felka na dłużej. Bardzo za nim tęsknię, już nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę.

Kiedy tylko wróciłem do miasta, od razu zadzwoniłem do pani Genowefy, że będę niedługo po Felka.

Dobrze Będę czekać, westchnęła z rezygnacją.

Przez całą drogę w taksówce nie mogłem przestać o niej myśleć i o tym westchnieniu.

Nie nakręcaj się, nie ma powodu. Powiedziała, że wszystko w porządku

Ale niepokój w mojej duszy tylko rósł.

Pański kot uciekł przygwoździła mnie pani Genowefa od progu.

Co?! Jak?!

Proszę pana, sąsiedzi robili remont, koty się przestraszyły. Chciałam iść ich poprosić, żeby na kilka dni przestali, ale jak tylko otworzyłam drzwi wejściowe, pański Felek błyskawicznie wybiegł na klatkę. Nie zdążyłam zareagować.

Dlaczego nie zadzwoniła pani od razu?! krzyczałem. Po co pani mnie okłamywała?

Myślałam, że sama go znajdę. Zawsze tak było jak któryś uciekł, sama go potem łapałam. Ale Felka nie udało się znaleźć. Dałam ogłoszenia w internecie, ale jak dotąd bez skutku. Jest jeszcze nadzieja, może ktoś go znajdzie.

Nadzieja?! Jak pani mogła do tego dopuścić?! Obiecała pani, że nic się nie stanie!

Może chce pan zwrot pieniędzy?

Nie chcę żadnych pieniędzy! warknąłem i odrzuciłem zmiecione banknoty.

To i tak pańska kasa powiedziała spokojnie. Ja nie zawiniłam. Proszę nie robić awantury, sąsiedzi śpią.

Rzuciłem na nią pogardliwe spojrzenie, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem po schodach.

Wyszedłem z bloku, przystanąłem i usiadłem na ławce. Po co mi był ten ślub? Po co zostawiałem Felka?

Na moment wróciłem myślami do wieczoru, gdy wracałem z pracy. To był 30 grudnia, tuż przed Nowym Rokiem. Planowałem odpocząć kilka dni, poświęcić czas tylko sobie.

I właśnie wtedy, tuż przed domem, z ciemnej bramy wyskoczyła mi pod nogi mała ruda kuleczka. Nie zdążyłem nawet się zastanowić, a kociak z wdziękiem wspiął mi się po nogawce spodni i zawisł na mojej dłoni.

No nie wierzę! uśmiechnąłem się. Stało się jasne, że nie zostawię malucha na mrozie.

Zabrałem go do mieszkania. W Sylwestra już razem oglądaliśmy fajerwerki przez okno, potem przez kolejne wolne dni opiekowałem się kociakiem. Nawet nie zauważyłem, jak bardzo go pokochałem.

Synu, lepiej żebyś sobie dziewczynę znalazł niż włóczęgę z ulicy żartowała mama, kiedy pochwaliłem się Felkiem.

Spotkał mnie pierwszy, to muszę się nim zająć. Dziewczyna będzie musiała zaakceptować kota na pierwszym miejscu.

W pracy wszyscy komentowali mój nowy nabyt. Koty same do siebie znajdują właściciela, zawsze się pojawiają, gdy pada deszcz, wieje wiatr albo jest mróz

I co potem? spytały moje koleżanki.

Wyskakują, patrzą prosto w oczy i jakby mówiły: Weź mnie do domu, tu zimno. I już, nie ma odwrotu. Bierzesz szczęście w ręce i idziesz z nim do domu.

Arku, ty powinieneś książki pisać śmiały się dziewczyny.

Nie rozumiały jeszcze tej miłości do zwierząt. Prędzej czy później zrozumieją.

Odkąd Felek się pojawił, mieszkanie wypełniło się futrem, ciepłem, domowym spokojem.

Po pracy zawsze czekał pod drzwiami, gotów przywitać mnie cichym miauknięciem i delikatnym trąceniem głową.

Najbardziej lubił spać na moich kolanach albo tuż przy mnie i mruczeć jak traktor.

A teraz Teraz nikt mnie nie wita, nikt nie mruczy. Nie ma Felka.

A może jest. Bardzo na to liczyłem, ale nie miałem pojęcia gdzie.

Koniec! powiedziałem, wstając z ławki. Nie będę siedział z założonymi rękami. Muszę go znaleźć.

*****

Halo! Czy to ten kot?! krzyknąłem, gdy zadzwonił do mnie jeden z wolontariuszy pomagających w poszukiwaniach.

Może Jakaś pani znalazła na ulicy rudawego kota bardzo podobnego do pańskiego. Czeka dziś na pana, SMSem wyślę adres.

Bardzo dziękuję!

Naprawdę byłem wdzięczny za każdą pomoc. Sam bym sobie nie poradził.

Od momentu ucieczki minęło już półtora miesiąca. To były najgorsze tygodnie w moim życiu każdego dnia sprawdzałem forum i profile dla zaginionych zwierząt, ale Felka nie było wśród zdjęć.

I co najgorsze nie miałem aktualnych zdjęć mojego kota, tylko sprzed pół roku, a przez ten czas bardzo się zmienił.

Wysiadłem pod wskazanym blokiem, nacisnąłem kod domofonu.

Kto? kobiecy głos.

Arkadiusz. W sprawie kota, którego pani znalazła na ulicy.

Proszę wejść.

Dziesięć minut później byłem już na zewnątrz. Rozejrzałem się nie było ławki, więc płakałem stojąc.

Kot, którego pani znalazła, był rudy, podobny do Felka, ale to nie był on. Ładny, milutki, ale nie ten

Zostawię go sobie stwierdziła kobieta, tuląc szczęśliwego kota. A panu życzę szczęścia. Na pewno go pan znajdzie. Niech pan nie traci nadziei.

Pierwszy raz poczułem się zazdrosny o kogoś. Odszedłem od razu, by nie psuć nastroju dobrej kobiecie.

Przez kolejne miesiące byłem jeszcze kilka razy wywoływany na alarm, zawsze oglądałem nie tego kota.

Chyba to było największe wyzwanie mojego życia: iść do czyjegoś mieszkania, z nadzieją, że tam jest mój kot, i zrozumieć, że to nie ten.

Synu, rozumiem cię, bardzo go kochałeś mówiła mama przez telefon. Ale musisz żyć dalej. Może przygarnij innego rudego kota? Albo przyjedź do mnie do wsi, sąsiadka ma młode.

Dzięki, mamo. Ale nie chcę innego.

Po pół roku bez sukcesów zrozumiałem, że nie mam już nadziei.

Jedyne, o co się modliłem, to żeby Felek był gdziekolwiek zdrowy. Jeśli nie ze mną, to choćby z kimś dobrym, albo w stadzie innych bezdomnych kotów.

*****

Nie wiedziałem, jak dalej żyć.

Miałem ogromne poczucie winy. Po co mi był ślub Jacka? Po co oddałem kota obcej osobie?

Teraz nie wiem, co z nim i gdzie on jest. A niepewność boli najbardziej.

W weekendy, żeby nie siedzieć w pustym mieszkaniu, włóczyłem się po mieście. Zaglądałem na podwórka bloków, przy śmietnikach rozglądałem się za kotami.

Nie wierzyłem już, że go znajdę, ale chodziłem dalej.

Któregoś dnia sam nie wiem, jak dotarłem niemal na koniec miasta, tam gdzie znajdował się schronisko. Może mama ma rację, może wezmę innego kota? pomyślałem.

Ale natychmiast porzuciłem tę myśl.

A jakby się odnalazł kiedyś Felek? Co by sobie pomyślał? Że go zdradziłem

Chciałem odejść, gdy obok schroniska pojawiła się pracownica:

Pan do nas?

Zawahałem się.

Może chciałby pan adoptować zwierzaka? Pokażę nasze koty, proszę się nie stresować, nic pan nie musi, ale może któryś się spodoba

Nie chciałem, ale nie umiałem odmówić temu zaproszeniu.

Tutaj jest Simon, tam dalej Waldek. Ładne, prawda?

Bardzo przyznałem.

Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego, ale stojąc między kotami i psami, poczułem wybawienie. Może niewielkie, ale jednak.

Ich spojrzenia pełne nadziei sprawiały, że na moment zapomniałem o swoim bólu.

A kto mieszka tam, w tym narożniku? zapytałem, wskazując najdalszy boks.

Tam mamy kotasamotnika. Tak go nazywamy, bo do nikogo nie podchodzi. Trudno go nawet nakarmić. Sześć miesięcy temu trafił w ciężkim stanie, udało się go odratować, ale z nim kontaktu nie złapaliśmy.

Serce zabiło mi mocniej.

Czy mógłbym zobaczyć go?

Proszę bardzo.

Rudy kot demonstracyjnie odwrócił głowę, pokazując, że nie życzy sobie towarzystwa.

To nasz samotnik. Zawsze odwraca się na widok ludzi.

Już nie słuchałem słów opiekunki. Wpatrywałem się w kota.

Felku? zapytałem cicho i wstrzymałem oddech. Felku, to ty?

Kot powoli odwrócił głowę i spojrzał mi w oczy. Nie To niemożliwe

Felku! już głośniej krzyknąłem. Boże, żyjesz! Chodź tu, kochany! Poznajesz mnie, Felku?

Spojrzał jeszcze raz i przez chwilę się zawahał. Pan? To naprawdę ty?

Już nie miał wątpliwości. Poznał mój głos, oczy, zapach. Przez moment wyglądał na niepewnego.

Przecież mnie zostawiłeś! A jednak wróciłeś? Może mam jeszcze szansę?

I wtedy ruszył. Do mnie. W stronę swojego opiekuna.

Opiekunka zdążyła tylko otworzyć boks, a my już trzymaliśmy się w objęciach.

Patrzyli na nas wszyscy: opiekunka, inne koty, nawet chmury na niebie i samo słońce jakby się uśmiechało. Bo czasem świat naprawdę potrzebuje uśmiechu.

A potem wracaliśmy razem do domu. Obiecałem, że pomogę schronisku zawsze, jak tylko będę mógł. Bo uratowali mojego kota.

*****

Po drodze Felek głośno mruczał i czasem miauczał, jakby opowiadał mi o tamtym dniu:

Tak się wtedy przestraszyłem, taki był hałas, a ty nie przyszedłeś. Więc ruszyłem cię szukać ale wpadłem pod samochód. Jak dobrze, że mnie znalazłeś, opiekunie. Już nigdy mnie nie zostawisz?

Felek przestał mruczeć i spojrzał mi prosto w oczy.

Nie zostawię cię, Felku. Nigdy.

Oceń artykuł
TwojaCena
Na nadzieję już nie ma miejsca