Miałam tylko jednego syna – Igora. Kiedy skończył szkołę, zaczął natychmiast prowadzić samodzielne życie. Dostał się na studia, przeprowadził się do akademika, a później do wynajętego mieszkania.
Od czasów szkolnych, Igor nie unikał pracy, a po ukończeniu studiów, zdobył już dość dużo doświadczenia. Szybko otrzymał stanowisko kierownicze. Chociaż pensja nie była wysoka, perspektywy awansu były obiecujące.
Później Igor zdecydował się ożenić ze swoją koleżanką z kierunku, Iwoną. Nie tylko studiowali razem, ale również pracowali. Przyjęłam tę wiadomość z rezerwą. Ostrzegłam młodych, że będą musieli sami rozwiązać problem z mieszkaniem. Miałam co prawda dwa mieszkania, ale w jednym z nich mieszkałam, a drugie wynajmowałam. Z tych pieniędzy kupowałam leki, jedzenie, ale też jeździłam na wakacje i chodziłam do kosmetyczki. Zasłużyłam na to, bo przez cały życie pracowałam tak ciężko, aż musiałam przejść na rentę.
Po ślubie Igor i jego żona zamieszkali w wynajętym mieszkaniu. Z czasem kupili swoje własne, kiedy starszy wnuk miał siedem lat, a młodszy dwa. Rodzina przeżywała różne okresy. Czasami musieli wiązać koniec z końcem, ale Igor nigdy nie wspominał o moim mieszkaniu.
Nigdy nie pomagałam im, natomiast teściowa nie tylko opiekowała się wnukami, ale również zapewniała wsparcie materialne. Cóż, skoro było ją na to stać. Ja oprócz skromnej renty i pieniędzy z wynajmu nie miałam niczego.
Niedawno zgłosiłam problem mojemu synowi. Moi lokatorzy przestali płacić czynsz – to była młoda para z dwójką dzieci, powiedzieli że nie mają pieniędzy.
Nie mogłam ich wyrzucić. Zgodnie z umową nawet nie miałam prawa wejść do ich mieszkania, gdy nikogo nie ma w domu. Próbowałam zgłosić to na policję, ale tam też nikt mi nie pomógł.
Ostatnia nadzieja była w moim synu. Myślałam, że jeśli poskarżę się Igorowi, on natychmiast mi pomoże. Ale nie poszło tak, jak się spodziewałam. Syn okazał się mściwy i dobrze pamiętał, co mu powiedziałam po ślubie.
Wiem, nie wsparłam syna, musieli z żoną radzić sobie sami, ale nie mogłam żyć od pierwszego do pierwszego, bo młodzi potrzebowali pomocy. Mieli dwie ręce, mogli sobie zapracować, zresztą, jakoś sobie przecież poradzili.
– Mamo, kiedyś nie mogliśmy na Ciebie liczyć, więc teraz też radź sobie sama.
Z jednej strony mam żal, z drugiej – otrzymałam to, na co zasłużyłam. Choć nie wiem, dlaczego wciąż panuje przekonanie, że rodzice powinni pomagać swoim dorosłym dzieciom. My wychowujemy je ich przez osiemnaście lat, a później idą w świat i muszą sami zadbać o swoje potrzeby, czy tak nie jest?




