Musiałam iść na wesele chrześnicy, ale nie miałam pieniędzy na prezent. Wtedy zadzwoniła moja przyjaciółka, której kiedyś pomogłam

Dziś skończyłam 63 lata i z nostalgią patrzę na wszystkie chwile, które przyniósł mi los. Całe życie mieszkałam w małym, jednopokojowym mieszkaniu. Tu wraz z mężem wychowałam dwójkę swoich dzieci. Córki dorosły, wyszły za mąż i obdarzyły mnie wnukami. Dobrze, że przynajmniej doczekaliśmy się porządnych zięciów, a córkom żyje się dobrze, nie w luksusie, ale w dostatku. Teraz nie potrzebuję już nic więcej, choć mieszkam z mężem w starym ciasnym mieszkaniu, ale nigdy nie mieliśmy dość pieniędzy i nadal nie mamy. Jestem na rencie, mój mąż też. Dzieci starają się trochę pomóc, ale zawsze odmawiam, wręcz przeciwnie, wciąż to ja im pomagam.

Jednak pewna ostatnia sytuacja wprawiła mnie w smutek, mimo że nigdy nie przejmowałam się naszą ciężką sytuacją, bo sama wiem, że ludzie żyją w znacznie większej biedzie. Ja mam męża, a co mają powiedzieć kobiety, które zostały same? A jeśli jeszcze chorują?

Moja chrześnica zaprosiła mnie na swój ślub, a mój portfel był zupełnie pusty. Skąd miałam wziąć pieniądze, żeby pogratulować tak, jak powinna chrzestna? Ślub miał się odbyć po świętach majowych. Wiedziałam, że muszę coś wymyślić, ale jak dotąd nic dobrego nie przychodziło mi do głowy. Moja emerytura ledwo starcza na opłacenie rachunków za media i w Majówkę musiałam ugotować coś na wizytę córek, a na dodatek kupić wnukom prezenty, bo tradycyjnie zapytają:

– Babciu, co nam kupiłaś?

Bóg jest dobry, pomoże – mówiłam sobie. Przecież tak było u mnie zawsze, z pomocą Boga radziłam sobie ze wszystkimi trudnościami. Nagle zadzwonił mój telefon. To była moja stara przyjaciółka Katarzyna. Po tradycyjnych życzeniach powiedziała, że chce się ze mną spotkać i zobaczyć. Byłam trochę zakłopotana, bo musiałam poczęstować czymś przyjaciółkę, a w lodówce nie miałam nic, oprócz obiadu dla siebie i męża. Ona jednak uspokoiła mnie, mówiąc, że nie ma nawet czasu wypić ze mną herbaty, tylko musi mnie zobaczyć.

Umówiłyśmy się na spotkanie niedaleko domu. Katarzyna przybiegła z bukietem moich ulubionych chryzantem i wręczyła mi białą kopertę. Poprosiła mnie, bym otworzyła ją po powrocie do domu. Mojej przyjaciółce żyje się lepiej, jej synowie prowadzą własną firmę w Niemczech, pomagają mamie na każdym kroku. Myślałam, że do koperty włożyła jakąś małą sumę i kartkę z życzeniami z okazji urodzin, które miały nadejść, ale to co zobaczyłam w domu… W środku było pięć tysięcy złotych i kartka z napisem: Pamiętam o dobru, które dla nas zrobiłaś”.

Ponownie zadzwoniłam do Katarzyny, aby podziękować jej i zapytać, o co chodzi. I wtedy przypomniała mi historię, która przydarzyła nam się wiele lat temu. Córka Katarzyny wychodziła za mąż. Musiałyśmy pójść z wizytą do przyszłych swatów, a Katarzyna chciała kupić pudełko czekoladek, ale ponieważ w tamtym czasie były niedobory, nie mogła ich znaleźć w sklepach. W pracy opowiedziała mi o tym, a ja przypomniałam sobie, że poprzedniego dnia przyszła do mnie paczka z czekoladkami od rodziny z zagranicy. Czekoladki były dla moich córek, ale jak mogłam nie pomóc przyjaciółce?

Postanowiłam podzielić się z nią tym prezentem, aby nie musiała się martwić. Obiecała, że kiedyś mi się odwdzięczy, ale zapomniałam o tym, a ona też żyła szybko. A teraz, gdy potrzebowałam pomocy, przyszła Katarzyna z tak dużą kwotą. Dzięki niej będę mogła przygotować odpowiedni prezent dla mojej chrześnicy i spokojnie pójść na ten ślub, bo nikt nie spojrzy na mnie źle, że dałam tak niewiele. I to jest prawdziwa przyjaźń…

Oceń artykuł
TwojaCena
Musiałam iść na wesele chrześnicy, ale nie miałam pieniędzy na prezent. Wtedy zadzwoniła moja przyjaciółka, której kiedyś pomogłam