Mur po jej stronie

– Basia, po co ty się wtrącasz w tę rozmowę? powiedział Tomasz nawet nie patrząc w moją stronę. Stał przy oknie z kieliszkiem wina, szeroki w barach, pewny siebie jak zawsze, i mówił cicho, prawie łagodnie co było najgorsze. Grzegorz pytał mnie, rozumiesz? Mnie. Nie zasypuj go swoimi pomysłami.

Grzegorz Andrzejczak, nasz gość, partner Tomasza w nowym przedsięwzięciu logistycznym, wpatrywał się w swój talerz. Było mu niezręcznie, widziałam po tym, jak lekko przesunął się na krześle i chwycił za widelec, choć wcale nie zamierzał jeść.

Ja tylko powiedziałam, że w centrum miasta stoją puste ogromne przestrzenie odezwałam się spokojnie.

Basia. Tomasz w końcu się obejrzał i w jego oczach pojawił się ten sam wyraz, który nauczyłam się rozpoznawać przez dwadzieścia siedem lat. Nie złość. Gorzej pobłażliwość. Nakarmiłaś gości, stół wygląda świetnie, wszystko super. Przynieś może deser, dobrze?

Przy stole siedziały jeszcze cztery osoby. Mariola, żona Grzegorza, rzuciła mi krótkie spojrzenie, w którym zamajaczyło coś na kształt współczucia. Albo tylko tak mi się wydawało. Wstałam, zebrałam kilka talerzy i poszłam do kuchni.

Tam przez chwilę stałam przy zlewie, gapiąc się przez zamglone okno. Na dworze padał drobny, jesienny deszcz, rozmywający światła sąsiednich domów w żółte plamy. Miałam pięćdziesiąt dwa lata. W salonie rozmowy szumiały, Tomasz się śmiał, brzęczało szkło. Wyjęłam z lodówki tort, który piekłam dziś rano, i zaniosłam go z powrotem.

Tak wyglądało moje życie.

Nasz dom stał w porządnej dzielnicy dużego polskiego miasta Poznania, gdzie spędziliśmy z Tomkiem całe wspólne życie. Tomasz go wybudował, kiedy firma rozkwitła, z piętnaście lat temu. Duży, dwupiętrowy, z garażem i ogrodem, który urządzałam sama, bo jemu wiecznie brakowało czasu, a ogrodnik sadził wszystko nie tak. Dom był naprawdę ładny. Goście zawsze się zachwycali: Pani Barbaro, jaki państwo mają piękny dom, jaki gust! A ja się uśmiechałam i dziękowałam, bo to był mój gust, każda firanka, półka, porzeczka przy ogrodzeniu.

Tylko że dom zapisany był na Tomasza.

Nigdy nie pracowałam tak, jak on. Poznałam go na politechnice, przez kilka lat uczyłam rysunku technicznego w technikum. Potem urodziła się Ania, potem firma Tomasza zaczęła się rozkręcać, przeprowadzki, spotkania, przyjmowanie ludzi w domu, wyjścia na branżowe imprezy Musiałam być obok. Odeszłam z pracy. Po co ci ta marna pensja, ja cię utrzymam mówił Tomasz. I utrzymywał. Porządnie, nie skąpił, ale za każdym razem, gdy chciałam wydać na coś swojego, musiałam prosić lub odkładać z domowego budżetu.

Biżuterię zaczęłam tworzyć przez przypadek, dziesięć lat temu. Utknęłam sama na działce podczas deszczu, znalazłam w schowku pudełko z koralikami, które kiedyś kupiłam i o nich zapomniałam. Do wieczora zrobiłam naszyjnik. Wyszedł zaskakująco ładny. Potem powstał kolejny i jeszcze jeden. Koleżanki prosiły o prezenty, potem zaczęły same proponować kupno. Kupiłam narzędzia, zaczęłam pracować z kamieniami, ze srebrem. To było MOJE. Mój własny świat.

Tomasz podchodził do tego z takim samym zainteresowaniem, z jakim patrzył na moje pomidory w ogródku. No, jakieś zajęcie jest, dobrze, nie nudzi się.

Ty i twoje koraliki żartował czasem, gdy pokazywałam mu coś nowego. Co ty z tym zrobisz, Basiu, sprzedaż na targu?

Nic nie odpowiadałam. Po co.

Ania wyrosła, wyjechała do Warszawy, tam wyszła za mąż, tam została. Widzieliśmy się w święta, raz w tygodniu rozmawialiśmy przez telefon. Kochaliśmy się, ale każdy żył swoim życiem.

Ja nie miałam swojego życia.

Był dom na pokaz, był mąż, byli goście dwa razy w tygodniu, akcje charytatywne, które Tomasz obsługiwał dla kontaktów, a ja byłam zawsze obok: w dobrym stroju, z idealnym uśmiechem. Byłam jego wizytówką. Poważny mężczyzna, porządna rodzina, zadbana żona, która umie przyjąć gości. To też praca, wiem. Tylko nikt za nią nie płaci i nie dziękuje.

List przyszedł w lutym. Zwykła koperta, notariusz z ulicy Gwarnej, nazwisko nic mi nie mówiło. Otworzyłam w kuchni, Tomasz jeszcze spał.

Ciotka mojej mamy, Stefania Cieślak, którą widziałam trzy razy w życiu ostatni raz dwadzieścia lat temu na pogrzebie zmarła w grudniu. Bez dzieci. Zostawiła mi budynek. Nie mieszkanie, nie działkę, ale budynek: stary magazyn, dwupiętrowy, 340 metrów kwadratowych, w centrum Poznania, z lat pięćdziesiątych. Od lat nieużywany, zaniedbany.

Przeczytałam list trzy razy.

Potem zadzwoniłam do notariusza.

Tak, pani Barbaro, wszystko się zgadza. Pani Stefania wskazała panią jako jedyną spadkobierczynię. Grunt pod budynkiem też należy do spadku, został przepisany na nią w latach dziewięćdziesiątych, sprawa jasna.

Grunt w centrum Poznania? dopytałam.

Tak, nieduży, ale świetnie położony.

Podziękowałam, odłożyłam słuchawkę i długo siedziałam z listem w rękach.

Tomaszowi nic nie powiedziałam. Sama nie wiem, czemu. A może wiem bo wiedziałam już, jak to się potoczy: wejdzie, obejrzy, powie, że trzeba burzyć albo sprzedać, bo zna odpowiednich ludzi, i znów wszystko mi załatwi, a ja będę stała z boku i się uśmiechała, jak zawsze.

Pierwszy raz pojechałam tam sama, mówiąc że jadę do koleżanki.

Budynek znajdował się w podwórzu za starym teatrem, tam gdzie przedwojenne kamienice sąsiadowały z powojenną zabudową i nowoczesnymi biurowcami. Ulica była cicha, brukowa, drzewa z pierwszymi pąkami.

Wyglądało to trochę strasznie: odpadająca elewacja, zabite deskami okna na parterze, zardzewiała brama. Ale mury stały mocno. Okrążyłam go dwa razy, dotknęłam cegły, obejrzałam dach trzymał się. Weszłam przez uchylone boczne drzwi.

Wysokie sufity, duże okna jeszcze z resztkami szkła, drewniane stropy na piętrze gdzieniegdzie nadgniłe, ale ogólnie zdrowe. Na podłodze stara płytka przykryta kurzem. Pachniało wilgocią i czymś drewnianym, dawnym.

Stałam pośrodku i patrzyłam w sufit, przez który było widać niebo.

Poczułam coś dziwnego. Nie strach, nie żal jakbyś wchodziła do cudzego miejsca, a zarazem wiedziała, że to jest właśnie twoje.

Notariusz był sympatyczny, około czterdziestki. Wszystko załatwiliśmy w dwa tygodnie. Odbierałam dokumenty sama i schowałam je do teczki w mojej pracowni z biżuterią, do której Tomasz nigdy nie zaglądał.

Zadzwoniłam do swojej przyjaciółki z liceum Krystyny, która pracowała jako agentka nieruchomości. Opowiedziałam jej wszystko.

Ty żartujesz? spytała po dłuższej ciszy.

Mówię serio.

Basia, to są porządne pieniądze. Budynek w centrum, grunt Ty to rozumiesz?

Rozumiem. Ale nie chcę sprzedawać.

To co chcesz?

Zamilkłam na chwilę. Potem powiedziałam:

Pamiętasz jak chodziłyśmy na wystawy do Domu Artysty na Fredry? Jak byłyśmy młode?

Pewnie.

Chciałabym takie miejsce. Przestrzeń dla ludzi. Gdzie można wystawiać prace, popracować, nauczyć się czegoś. Teraz się mówi na to artystyczna przestrzeń.

Krystyna zamilkła na dłużej.

Basia, to będzie ogrom pracy i pieniędzy. Remont, instalacje, wszystko kosztuje…

Wiem.

Masz na to pieniądze?

Na razie nie. Ale będę mieć.

Nie dopytywała. Krystyna potrafiła słuchać, ale i milczeć, za to ją lubiłam.

Zaczęłam zbierać pieniądze tak, jak umiałam. Biżuteria. Miałam przez lata mnóstwo prac, których nie sprzedawałam, robiłam je do szuflady. Było kilka, które uważałam za swoje najlepsze srebrne wisiory z agatami z Dolnego Śląska, ręcznie robione bransoletki, komplety, nad którymi spędzałam tygodnie.

Krystyna miała znajomą, która prowadziła maleńki butik z rękodziełem. Dogadałyśmy się: Krystyna zanosiła moje prace, mówiła, że to dzieło autorki, która woli pozostać anonimowa, butik brał niewielką prowizję. Pierwsza partia sprzedała się w trzy tygodnie.

Basia, słuchaj mówiła Krystyna pytają, czy będą kolejne. To z labradorytem, pamiętasz, nie chciałaś się z nim rozstać? Poszło w dwie godziny.

Za ile?

Podała mi cenę.

Musiałam wyjść na balkon, bo aż mi się duszno zrobiło.

Przez trzy miesiące sprzedałam biżuterii za kwotę, która kiedyś wydawała mi się z kosmosu. Pieniądze trzymałam na koncie otwartym na siebie, w innym banku blisko notariusza. Tomasz o tym koncie nie wiedział.

W tym czasie znalazłam ekipę budowlaną. Nie przez znajomych męża, tylko przez Internet i kilka spotkań w kawiarniach, umawianych w godzinach, gdy Tomasz był w firmie. Ekipa była niewielka czterech ludzi z szefem, Kazikiem, milczącym facetem po pięćdziesiątce, który na budynek patrzył normalnie, bez pogardy.

Mury super powiedział, stukając cegłę. Dach trzeba wymienić. Posadzka na dole do remontu. Wszystkie okna nowe. Instalacja elektryczna od zera to jasne. Cztery miesiące i zrobione, jeśli nie będzie przerw.

Nie będzie.

Kazik spojrzał na mnie, nie oceniał, po prostu przyjrzał się spokojnie.

Dobrze odparł.

A w domu wszystko biegło swoim trybem. Gotowałam, przyjmowałam gości, bywałam z Tomaszem na jego imprezach, słuchałam o logistyce, inwestycjach. Czasem kiwałam głową i myślałam o ramach do okien, o antresoli na piętrze na przechowywanie płócien, o światłach do sali wystawowej.

Tomasz niczego się nie domyślał. Byłam tłem, a tło się nie rusza.

Raz o mało co nie wyszło. Wygrzebał w mojej torebce paragon ze sklepu budowlanego, podjechałam tam po próbki farby.

Co to? zapytał przy kolacji.

Kupiłam coś do domu.

Jakieś podkłady…

Chcę odświeżyć w piwnicy ściany, bo zacieka.

Wzruszył ramionami i wrócił do telefonu. Rozmowa trwała 30 sekund.

Kazik okazał się świetnym fachowcem. Nie spieszył się tam, gdzie nie trzeba było się spieszyć, nie marudził, gdzie trzeba było zasuwać. Rozmawialiśmy konkretnie, bez zbędnych słów. Czasem przyjeżdżałam, rozglądałam się, wdychałam kurz i nowe światło czułam się po prostu dobrze. Naprawdę dobrze, fizycznie i w głowie. Jakby powietrze się zmieniło.

Krystyna przyjechała zobaczyć w czerwcu, gdy już były nowe okna i wyrównane ściany.

Boże, Basia, rozglądała się jakie tu będzie pięknie.

Będzie kiwnęłam głową.

Już masz pomysły, co się tu będzie działo? Trzeba jakąś konceptualizację zrobić, jak to dziś mówią…

Mam. Wystawy, lokalni artyści, masa chętnych, a miejsc brak. Warsztaty, pracownie do wynajęcia. Mała kawiarnia na dole. Kącik z książkami.

Ty wszystko już przemyślałaś! uśmiechnęła się.

Myślałam o tym od lat powiedziałam. Tylko nie wiedziałam, że mogę.

We wrześniu poznałam Jolkę. Sprzedawała na jarmarku swoje ręcznie szyte lalki, stała za stoliczkiem i czytała książkę, gdy wszyscy przechodzili obok. Lalki były niesamowite. Zatrzymałam się przy jednej.

Sama szyjesz? zapytałam.

Sama.

Od dawna?

Ze siedem lat. Spojrzała na mnie. Podobają się?

Bardzo. Jestem Basia. Otwieram własną artystyczną przestrzeń. Szukam ludzi, którzy zechcą tam się rozgościć albo wystawiać.

Odłożyła książkę.

Tak zaczęła się zbierać ekipa. Jolka znała dwóch malarzy. Jeden z nich przyprowadził rzeźbiarza. Rzeźbiarz był przyjacielem kobiety prowadzącej kursy ceramiki, która od lat szukała porządnej pracowni. Do października miałam listę dwunastu osób czekających na otwarcie.

Kończyły mi się pieniądze. Biżuterii, którą mogłam sprzedać, zostało kilka sztuk. Dla Kazika trzeba było zapłacić za ostatni etap, kupić światła, wykonać szyld.

Sprzedałam mój najważniejszy komplet ten, który robiłam dwa lata, srebro z ametystem. Krystyna zadzwoniła dzień później.

Basia, poszło w godzinę po przyniesieniu, kobieta pytała czy masz więcej.

Nie mam odpowiedziałam.

Jesteś smutna?

Nie, powiedziałam. To była prawda.

Przestrzeń otworzyła się na początku listopada. Nie było rozgłosu. Wrzucone tylko ogłoszenie w lokalnej facebookowej grupie: otwieramy artystyczne miejsce, zapraszamy twórców i ciekawych. Pierwszego wieczora przyszło ponad sześćdziesiąt osób.

Tomasz tego dnia miał wyjazd służbowy. Powiedziałam, że nocuję u Krystyny. Odparł, że w takim razie sam sobie podgrzeje kolację.

Stałam w sali, patrzyłam na ludzi, jak oglądają prace, rozmawiają, dotykają lalek Jolki. Ręce mi się trzęsły nie ze stresu. Tak bywa, jak długo do czegoś dążysz, aż to się wydarza.

Kazik też przyszedł. Oparł się o ścianę, rozejrzał.

Dobrze wyszło.

Bardzo panu dziękuję.

Wzajemnie odpowiedział.

Potem już ruszyło lawinowo. Pracownie się wynajęły. Kursy ceramiki miały pełne grupy. Kawiarnia na dole, którą poprowadziła młoda dziewczyna Zosia od grudnia była nie tylko miejscem dla naszych, ale i dla sąsiadów z okolicy. Pojawiła się notka w miejskiej prasie. Później kolejna.

Raz spotkałam sąsiada z kamienicy naprzeciwko, starszego pana.

Pani otworzyła tamto miejsce? zapytał, wskazując głową budynek.

Tak, ja.

Mieszkam tu pół wieku i pierwszy raz widzę, że w tej okolicy pojawiło się coś dla ludzi. Dobre to.

Podziękowałam mu. Uśmiechałam się przez całą drogę do auta.

Tomasz dowiedział się o wszystkim w styczniu. Nie ode mnie jeden z jego partnerów zobaczył wzmiankę w lokalnej gazecie, z moim nazwiskiem, wspomniał o tym podczas kolacji.

Basia powiedział Tomasz tego wieczoru, kiedy goście wyszli masz mi coś do opowiedzenia?

Sprzątałam naczynia. Bez pośpiechu, spokojnie.

Mam, zgodziłam się usiądź, zrobię ci herbatę.

Opowiedziałam mu wszystko. O spadku, budynku, remoncie, biżuterii. Słuchał uważnie, z twarzą bez emocji umiał to, miał swoją biznesową minę.

Gdy skończyłam, długo milczał, w końcu spytał:

Ukrywałaś to przede mną.

Tak.

Dlaczego?

Spojrzałam na niego. Widziałam, że chce usłyszeć odpowiedź. Albo myśli, że chce.

Bo gdybym powiedziała wcześniej, Tomku, to byś wszystko zrobił po swojemu. A to stałoby się twoim projektem, nie moim.

To nieuczciwe.

To prawda. Tak samo nieuczciwe, jak to, że przez dwadzieścia siedem lat nigdy nie zapytałeś, czego ja właściwie chcę. Tak naprawdę.

Wstał, podszedł do okna ze swoją herbatą.

Chcesz, żebym powiedział, że jestem z ciebie dumny?

Nie, odpowiedziałam spokojnie. Nic nie musisz mówić.

Nie mówił.

Przeżyliśmy w tym domu jeszcze kilka miesięcy, ale coś się zmieniło. Cicho, bez huku jak lód, który zaczyna topnieć: powoli, bez dźwięku, ale nieubłaganie.

A potem był bal.

Co roku w lutym odbywa się wielki Bal Charytatywny miasta Poznania z udziałem biznesu, samorządu. Tomasz zawsze tam chodził. Tym razem przyszła również zaproszenie na moje nazwisko. Zadzwoniła kobieta z komitetu i powiedziała, że podczas balu po raz pierwszy będzie wręczana nagroda dla Nowego Miejskiego Miejsca, a moje Przestrzeń Stefania tak je nazwałam po cioci jest wśród laureatów.

Czy zjawi się pani osobiście? spytała.

Oczywiście, odpowiedziałam.

Tomasz o nagrodzie dowiedział się tego samego dnia nie ukrywałam tego. Spojrzał na mnie dziwnie, jak na kogoś, kogo znasz od zawsze, a nagle widzisz na nowo; trochę z zażenowaniem.

Gratuluję, powiedział krótko.

Dziękuję.

Sukienkę kupiłam sobie sama. Granatową, prostą. Założyłam też własnoręcznie zrobioną biżuterię pierścień z labradorytem i kolczyki z granatem.

Przy stołach sadzali osobno: Tomasz, jako stały sponsor, siedział bliżej sceny, ja jako laureatka dalej, między nominowanymi. Znalazłam go wzrokiem, gdy siadałam. Spojrzał przytaknął. Odpowiedziałam tym samym.

Piękna sala dawnego pałacu, kryształowe żyrandole, ludzie świetnie ubrani, muzyka, kwiaty. Siedziałam prosto i myślałam, że jeszcze rok temu stałabym gdzieś przy zlewie, myjąc cudze naczynia, słuchając śmiechu przez ścianę.

Ogłoszono naszą kategorię. Wstałam i poszłam na scenę. Trochę wolniej niż bym chciała, bo kolana drżały, ale nikt nie zauważył.

Na scenie przewodniczący komitetu, starszy pan o dobrym głosie, mówił o roli miejsc kultury w mieście. Później wyczytał moje nazwisko, wręczył kryształową statuetkę i kopertę.

Czy kilka słów? spytał.

Wzięłam mikrofon. Cisza na sali. Odnalazłam wzrokiem Krystynę; uśmiechała się szeroko. Odnalazłam Tomka. Patrzył na mnie z wyrazem, którego nie znałam nie duma, nie żal. Coś pomiędzy.

Chciałam podziękować ludziom, którzy uwierzyli w to miejsce, zanim ono powstało: artystom, rzemieślnikom, wszystkim, którzy przyszli i zostali. No i mojej cioci Stefanii. Nie wiedziała, że zostawi mi coś więcej niż budynek.

Mówiłam trzy minuty. Brawa. Zeszłam ze sceny z nagrodą.

Krystyna podbiegła podczas przerwy, objęła mocno.

Basia, widziałaś jego minę?

Widziałam.

I co?

Nic szczególnego odpowiedziałam.

Tomasz podszedł później, gdy zaczęły się tańce.

Ładna przemowa.

Dziękuję.

Dobrze wyglądasz.

Tomku, przerwałam mu nie trzeba.

Zawahał się.

Musimy pogadać serio.

Wiem, powiedziałam. Pogadamy w domu.

Ta rozmowa była długa. Bez krzyków. Zmęczeni, po latach bycia obok siebie, a jakby osobno.

Powiedziałam mu, że chcę rozwodu.

Długo milczał. W końcu spytał:

Kogoś masz?

Nie. Po prostu chcę żyć swoim życiem.

Przecież już żyjesz. Teraz.

Wiem. I chcę dalej żyć sama.

Wstał, pochodził po pokoju.

Podzielimy dom?

Dom jest na ciebie powiedziałam cicho ale grunt pod domem jest na mnie.

Zatrzymał się.

Co proszę?

Wyjaśniłam spokojnie: parcela pod domem została przepisana przez moją ciotkę kilka dekad temu. Dowiedziałam się o tym tylko dlatego, że załatwiając sprawy spadkowe, notariusz na to wpadł. Sprawdził to mój prawnik wszystko legalnie, grunt był mój.

Tomasz patrzył na mnie, jak nigdy wcześniej.

Wiedziałaś?

Tak. Od czasu spadku.

I milczałaś.

Tak. Jak ty milczałeś o wielu rzeczach przez te lata.

Usiadł.

Rozmawialiśmy jeszcze bardzo długo. Bez łez, bez krzyków. Dwoje zmęczonych życiem ludzi z długą historią.

Prawnicy zajęli się formalnościami przez trzy miesiące. Rozwodzik bez skandalu. Dom został przy Tomku, ale na warunkach, które ustalił mój adwokat. Otrzymaną kwotę włożyłam w Stefanię: powiększyłyśmy kawiarnię, otwarto małą salę wystawową na piętrze.

Wynajęłam niewielkie mieszkanie w tej samej dzielnicy co Stefania czwarte piętro, widok na stare dachy i jedną krzywą lipę, która każdej wiosny pachnie przez zamknięte okna.

Pierwszej nocy obudziłam się koło trzeciej, leżałam w ciemności i słuchałam ciszy. Żadnych głosów, kroków, oddechów blisko. Tylko samochody z ulicy i kap, kap deszczu.

Miałam pięćdziesiąt trzy lata. Byłam sama i nie bałam się tego. To było ważne.

Minął rok.

Stefania działała pełną parą. Trzy stałe pracownie, kursy ceramiki trzy razy w tygodniu, zapisy na miesiąc naprzód. Zosia z kawiarni zrobiła przytulne, ciepłe miejsce z drewnianymi stołami i starymi zdjęciami Poznania na ścianach. W piątki mały kwartet jazzowy. Jolka wyprzedała wszystkie lalki i teraz szyła na zamówienie. Przyjaźniłyśmy się, jak się ludzie zaprzyjaźniają, gdy spotykają się w dobrym momencie.

Krystyna czasem mówiła:

Basia, ty się odmłodziłaś co najmniej dziesięć lat.

Bo się w końcu wyspałam żartowałam.

Nadal robiłam biżuterię, nie dla pieniędzy, dla siebie. Wieczorami zapalałam lampę nad stołem, rozkładałam kamienie, srebro, narzędzia. To był mój czas cichy, spokojny, mój.

Na początku grudnia wpadłam na Tomka przypadkiem wychodziłam z kawiarni nieopodal Stefanii, on szedł z naprzeciwka. Zobaczyliśmy się jednocześnie.

Trochę się postarzał przez ten rok. Albo wcześniej nie zauważałam.

Basia odezwał się.

Tomek. Cześć.

Zatrzymaliśmy się. Cisza nie była niezręczna, ot po prostu przerwa jak między starymi znajomymi, między którymi nie zostało już za wiele.

Jak tam? spytał.

Dobrze. U ciebie?

W porządku. Zawahał się. Słyszałem, otworzyłyście drugi piętrzó.

Tak, w listopadzie.

Dobra robota powiedział. To było szczere, bez dawnej wyższości.

Dzięki.

Jeszcze moment ciszy. Przestąpił z nogi na nogę.

Jest sprawa… Biznesowa, oczywiście. Myślę wynająć miejsce pod showroom w centrum. Wiesz może kto teraz robi porządnie przebudowy? Potrzebuję kogoś z polecenia

Spojrzałam na niego. Gdzieś w środku znów obudził się dawno niepotrzebny odruch: dwadzieścia siedem lat pomagania, załatwiania, bycia przydatną. To mocno wżera się w człowieka.

Uśmiechnęłam się.

Nie wiem, Tomku. Teraz już nie wiem.

Zdziwił się. Nie obraził, po prostu się zdziwił.

Ok powiedział. Rozumiem.

Powodzenia dodałam.

Tobie także.

Odwróciliśmy się w inne strony. Na rogu przystanęłam, podniosłam kołnierz. Mróz był lekki, suchy. Od bazarku świątecznego pachniało igliwiem.

Pomyślałam, że wieczorem wrócę do Stefanii, dziś Jolka wiesza nowe prace, będzie sporo ludzi. Zosia znów coś upiecze. Będzie jazz, będą rozmowy, światło w oknach.

Poszłam dalej.

Oceń artykuł
TwojaCena
Mur po jej stronie