Moje zasady

Moje zasady

Nie, Leszku, jednak dobrze, że przyjechałeś! pani Irena usiadła naprzeciwko syna, oparła głowę na drobnych pięściach i uśmiechnęła się serdecznie. Tyle się za tobą stęskniłam. Jedz, jedz, kochany. Może jeszcze jednego kotleta ci nałożę?

Leszek pokręcił głową na znak, że już nie może.

Niesmaczne? zaniepokoiła się matka, prostując się gwałtownie. Ich drobna, pomarszczona twarz wyraźnie się napinała, brwi poszły w górę. A przecież robiłam wszystko jak zawsze… I mówiłam ojcu, że wieprzowiny nie jesz… Przecież mówiłam! Co, jakiś dziwny smak?

Irena rozemocjonowała się tak bardzo czekała na Leszka, nagotowała tyle jedzenia, jakby miał przyjechać cały batalion i ona, pani Irena, była szefową polowej kuchni. Chciała nakarmić, ugościć, ogrzać. I taki kłopot synowi nie smakują kotlety…

Mamo, co ty znowu! Wszystko pyszne, naprawdę! Ale już nie dam rady.

Leszek delikatnie położył na talerzu widelczyk, który wydawał się za drobny dla jego wielkiej, niedźwiedziej dłoni, poprawił serwetkę, równie mizerną, jakby była dziecięcą chustką. Dziwne to było że taka drobniutka Irena urodziła takiego olbrzyma. Ale to po ojcu, Michale. On też był masywny jeden garb na drugim. Irenka przy nim zawsze wyglądała jak dziewczynka.

Wszystko było wyśmienite, jak zwykle! syn wstał, podszedł do Ireny i pogładził ją po ramionach, jakby nakładał jej płaszcz. Od razu zrobiło jej się ciepło i spokojnie. No, to o czym chciałaś pogadać? Mów, bo zaraz muszę jechać. Z Lubomiłą mieliśmy iść do sklepu, Romkowi kupić ubrania.

Lubomiła, jak nazywał ją Leszek bogaty, staropolski imieniem, była jego żoną. Kobieta porządna, poukładana i urodziwa.

Leszek kiedyś zobaczył ją na ulicy i tak się zapatrzył, że wpadł na słup. Rozciął brew, polała się krew. Lubomiła z przerażeniem spojrzała na dźwięk echa w stalowym słupie, oczy otworzyła szeroko. A Leszek, zakłopotany, łapał się za słup, sprawdzając, czy go nie uszkodził…

Razem pojechali potem do szpitala. Lubomiła śmieszna, młodziutka panienka dopytywała, czy mu się nie kręci w głowie, łapała Leszka pod ramię. A co miał jej powiedzieć? Że kręci, oj tak bo taka Lubomiła obok, piękność!

Pobrali się. Teraz rósł im syn: Romek, Lubomiła pracowała jako logopedka, często przyjmowała uczniów w swoim domu, co było wygodne: nie trzeba było biegać po cudzych mieszkaniach, łatwiej ogarnąć swoje obowiązki. Leszek codziennie rano jechał do pracy, zrzucał Romka do szkoły i to nie byle jakiej: Lubomiła wywalczyła mu miejsce w prestiżowym liceum dla przyszłych biologów. Słowem żyli spokojnie, w miłości, pełni zajęć i troski o siebie.

A czemu Lubomiła nie przyjechała? zapytała Irena sprzątając ze stołu. Przecież wiedziała, że żona Leszka ma prywatne lekcje, nawet w weekendy, ale odwlekała sprawę, wstydząc się prosić syna o przysługę.

Przecież mówiłem, że dzisiaj ma dwóch uczniów. A Roman Leszkowicz Leszek śmiał się, gdy nazywał syna z imieniem i patronimikiem, brzmiało to poważnie i dumnie odrabia lekcje. No, co jest?

Syn wziął od matki filiżanki, ostrożnie jakby to były kryształowe pantofelki, odstawił do zlewu i, odwracając Irenę do siebie, spojrzał jej w oczy: Mamo, zaczynasz mnie straszyć. Co z ojcem? Czemu tak się zabarykadował w pokoju? Wzięliście kredyt, ktoś was oszukał? Zastawiliście mieszkanie, nerki i cały majątek? Ktoś was szantażuje? Albo odnalazł się mój brat bliźniak, którego porwano z porodówki?

Leszek żartował, był w swoim żywiole, świat na moment rozbrzmiewał radośnie, niczym dzwonki na wiosnę.

Posłusznie gestowi matki usiadł, pogładził się po odstającym brzuszku, przeciągnął się, uderzając przegubem ręki w kuchenną szafkę. Tak, mieszkanie niewielkie nie ma co ukrywać… Nie to, co u nich z Lubomiłą trzy pokoje, szeroki balkon, wygodna kuchnia. I wszystko dzięki rodzinie Lubomili kiedyś dostali mieszkanie za zasługi naukowe, potem wyprowadzili się na wieś, bliżej ziemi i zdrowego powietrza, a klucze dali właśnie Lubomiłce. Jesienią przysyłali jej worki ziemniaków, buraki, tajemniczy, biały jakby guzowaty warzyw topinambur i cudowne astry. Boże! Jakie to były astry: rozkoszne, puszyste, w głębokich barwach! Dostarczał je zawsze w bagażniku fiata pan Stefan, były właściciel mieszkania. Leszek nie wiedział, za co Stefan tak bardzo lubił Lubomiłę, ale pomagał mu przy samochodzie, jeśli tylko była taka potrzeba. Zresztą, chodził po mieszkaniu w szortach w palmy i cieszył się życiem.

Chciałam cię o coś zapytać westchnęła pani Irena, poprawiając talerzyk z piernikami. Leszku, pamiętasz jeszcze Marię Ludwikę?

Leszek lekko się spiął, ruszył brwiami.

Jasne, że pamiętam, mamo! kiwnął głową, nie mogąc się oprzeć zapachowi pierników: miód, ciasto, cukrowa polewa wstał, dolał sobie herbaty i porwał największy, z wzorem poznańskiego ratusza.

No więc… Marii Ludwice dali skierowanie do waszego, wojewódzkiego szpitala. Na leczenie oczu. Ma mieć operację… Diagnozy nie znam dokładnej, ale jest poważnie.

Leszek słuchał i żuł. Czy pamiętał panią Marię? Oczywiście. Była sąsiadką z piętra, bardzo pomagała matce: opiekowała się małym Leszkiem, gdy rodzice byli w pracy. Zawsze, odkąd Leszek pamięta, nosiła ogromne okrągłe okulary i jej oczy wydawały się przez to olbrzymie, a rzęsy trzepotały za szkłami jak skrzydła motyla.

I…? spytał, bo mama zamilkła, zaczęła gnieść dłonie i zwijać okruszki ze stołu.

No i… czy Maria Ludwika mogłaby zamieszkać na czas leczenia u was z Lubomiłą? Wynajem i hotel za drogi, a dojeżdżać zbyt męczące. Poza tym czuję się jej dłużna przecież ona prawie cię wychowała.

Leszek przestał żuć, sięgnął po serwetkę, wzruszył ramionami.

Nooo… No… wydusił. Sąsiedztwo pani Marii nie leżało w jego planach, trzeba będzie schować szorty z palmami… A Lubomila nocą nie naleje sobie herbaty w koszuli nocnej, w której tak pięknie wygląda… Ale jak trzeba, to trzeba. Ależ oczywiście można! Pomogła kiedyś mi teraz moja kolej! Leszek uśmiechnął się. W tej chwili poczuł się szlachetny, czuły, silny idealny człowiek, aż westchnął zadowolony. Lubomila będzie z niego dumna. Mama też. Maria Ludwika zasługuje na to, aby na starość ktoś o nią się zatroszczył!

Za oknem nagle słońce rozbłysło nad jego głową, tańczyło w szczęśliwych oczach matki, drobiło promykami po ścianach, a dzwony kościółka tuż za domem zadzwoniły radosnym tonem.

Naprawdę? Boże, Leszek, jak się cieszę! To właśnie czyn, Leszku! Prawdziwy czyn! Jestem taka szczęśliwa, że mam takiego wrażliwego, czułego syna.

Pogładziła syna po głowie, jak dawniej.

Gdyby była tu Lubomila, parsknęłaby śmiechem, przedrzeźniając teściową zawsze zresztą z lekkim przymrużeniem oka traktowała uwielbienie Ireny do syna.

Ale jej nie było, więc Leszek raz jeszcze mógł poczuć się małym, chwalonym chłopcem.

Ale… Ale trzeba chyba zapytać Lubomilki… szepnęła Irena. Leszek coś tam także wyszeptał, przekonując, że Lubomila na pewno się zgodzi, po czym, wtulony w rękę mamy, niemal przysnął, taki mu był ciepło i dobrze… To ja pójdę zawołać panią Marię, ustalicie wszystko…

Pani Irena wyfrunęła z kuchni, a Leszek, pomlaskując ustami, wyjął telefon i zadzwonił do żony.

Lubomila słuchała uważnie, malując jedno oko i szykując się do drugiego.

Na jak długo? spytała w końcu.

Dwa tygodnie, może troszkę dłużej. Luba, trzeba pomóc. Kto, jak nie my? bronił się Leszek. Kobieta ma operację, a nie ma gdzie mieszkać.

Ale przecież szpital ma sale… zaczęła Lubomila, lecz mąż przerwał szybko.

Tak, ale później jeszcze kontrole, dojazdy. Nie będzie biedaczka kursować po tyle kilometrów. Luba, ty jesteś gościnna, Maria Ludwika to bardzo porządna, miła pani. Na pewno się dogadacie i…

Wiesz, coś mi się to nie podoba. Pamiętam ją z naszego wesela. Patrzyła na mnie surowo, wyniośle. Ona mnie nie lubi, ta twoja ciotka Marysia.

Nie Marysia, tylko Maria Ludwika. Lubi! Bardzo cię lubi! I z Romkiem ci pomoże, przecież…

Leszek, twój syn ma szesnaście lat. W czym może mu pomóc Maria Ludwika? Lubomila uformowała usta w rybkę, chciała pomalować, ale się rozmyśliła.

We wszystkim, Luba. We wszystkim! Jest doświadczoną osobą, przeżyła swoje! przekonywał Leszek. No i co? Nie masz nic przeciwko?

Lubomila była bardzo przeciw, ale nie zdobyła się, by się sprzeciwić nie chciała urazić męża.

No dobrze. Kiedy przyjeżdża? zapytała sucho.

Po drugiej stronie słychać było szept, potem Leszek oznajmił, że w niedzielę.

W tę? Czyli jutro?! Lubomila rozejrzała się po lekkim domowym rozgardiaszu. Zwykły bałagan zwykłej rodziny ale tego nie da się pokazać komuś obcemu!

Nikt poza domownikami nigdy nie widział ich mieszkania w takim stanie. Uczniów Lubomila przyjmowała zawsze w kuchnijadalni. Wielki stół, dużo światła, przestronnie i wygodnie. Dalej nikt nie wchodził. Jeśli spodziewano się gości, czekały na mieszkanie totalne porządki, od podłogi do sufitu. Lubomila, w przeciwieństwie do koleżanek, zawsze się wstydziła rzuconego swetra, krzywo zwieszonego ręcznika w łazience. Zawsze tuszowała nieidealność.

A ta pani Maria będzie chodzić wszędzie! I pomyśli, że Lubomila jest złą gospodynią…

Czyste podłogi i porządek w domu to porządek w głowie! mawiała Lubomili mama. Pierwsze na co ludzie zwracają uwagę, to porządek. A ty, Lubomila, jesteś bałaganiara! Jak tak można? Nie możesz powiesić ładnie bluzki?

Lubomila przymknęła oczy i pokręciła głową jakby mama nadal stała obok, a ona czuła się winna, bo nie wiadomo, po kim taka jest…

Za tydzień sprostował Leszek.

To jeszcze pół biedy… westchnęła kobieta. Idę powiedzieć Romkowi…

Będzie miała kilka dni na walkę z domowym bałaganem wyprać, powiesić, wyprasować, wymyć, wypolerować.

Rok po wieści o przyjeździe staruszki, która niczym niania Mickiewicza niańczyła kiedyś jej męża, przyjął chłodno. Przyjedzie, to przyjedzie, co z tego?

Daj spokój, mamo! Żyj tak, jak żyłaś i już! mruknął przyszły biolog Romek, patrząc jak matka miota się z odkurzaczem po mieszkaniu. To nasz ekosystem. My tu rośniemy. Ona obcy organizm, przyszła na chwilę. Przetrwa, to przetrwa. Jak nie, to nie. Niech się przystosuje tak uważam.

My nie rośniemy, Romku, my zarastamy! A w tygodniu nie będę miała czasu… No co stoisz? Bierz odkurzacz, pomóż! Nie chcę się ośmieszać przed rodziną twojego ojca. Jeszcze sobie pomyśli! I babci Irenie opowie.

Babcia Irena i tak wszystko wie. I się nie przejmuje! wzruszył Ramionami i poszedł.

Lubomila coraz bardziej się denerwowała, ale po pół godzinie zadzwonił pierwszy uczeń sepleniący, rumiany jak bułeczka Andrzejek. Andrzej z zapałem ćwiczył głoskę r, zaróżowiony od wysiłku cieszył się, gdy go pochwaliła, a ona wciąż rozglądała się po jadalni: co zabrać, co poprawić…

Okna! niczym kamień uderzyła ją myśl. Okien jeszcze nie umyłam!

Okna muszą być tak czyste, by wyglądały jak bez szyby! gniewnie przypominała matka. Czyste okna zdradzają dobrą gospodynię, Lubomila! A ty tylko smużysz i smugi zostają!…

Wieczorem Leszek odciągnął żonę od sprzątania, przez całą drogę do sklepu opowiadał, jaka to świetna pani Maria, jak go niańczyła, a Lubomila kiwała tylko głową.

Tato, już wiemy, przyjeżdża twoja druga mama. Zamknijmy temat! nie wytrzymał Romek.

Lubomila była mu bardzo wdzięczna…

Do następnej niedzieli czas przeleciał jak błyskawica. W sobotę Leszek pojechał po Marię Ludwikę, a Lubomila, odwoławszy wszystkie lekcje, szykowała się na przyjęcie gościa.

Romek został wysłany do fryzjera, pies Hektor umyty i wytulony przez Lubomilę do pisku, a okna błyszczały jak nigdy.

Lubomilko, będziemy koło trzeciej, najwcześniej zameldował Leszek. Nie martwcie się, pani Maria martwi się, że zakłóci nasz domowy spokój.

W porządku, czekamy do trzeciej, na obiad.

Na obiad Lubomila wymyśliła pieczonego kurczaka, ziemniaczki, sałatkę… Gość miał być z honorami.

Wstała o siódmej, wysłała Romka na spacer z Hektorem, sama weszła pod gorący prysznic, zanuciła pod nosem Szła dzieweczka, zanurzyła się w ciepłej wodzie, potem narzuciła szlafrok, już zaczęła myć zęby, gdy w przedpokoju zadźwięczał zamek. Głos Leszka, cienki, zawstydzony kobiecy głos Marii, szczekanie Hektora i ciężkie westchnienie Romka.

W zaparowanym lustrze Lubomila zobaczyła swoje odbicie i… nie czuła się gotowa powitać gościa.

No i jesteśmy… Leszek kiwnął głową żonie, która ze szczoteczką do zębów i w szlafroku na gołe ciało patrzyła jak mąż targa czerwony olbrzymi kuferek, a za nim podąża, promieniejąc rumieńcem Maria Ludwika. Wchodzi zachwycona domem, chwali wystrój, jest zachwycona, wszystko jest super. Ale Lubomila pamięta, że to ona gospodyni tego domu stoi w szlafroku, a na głowie istny chaos, kurczak się jeszcze nie upiekł, Hektor ma brudne łapy, więc i podłoga już nie taka… Słowem Lubomila to zła gospodyni. A Maria omija kałuże na podłodze, patrzy na uciekającą Lubomilę, a ta śmiga robić porządki.

Tutaj twój pokój otworzył drzwi Leszek. Rozgość się. Ja zaraz coś do jedzenia zrobię, tylko się przebiorę.

Maria Ludwika podziękowała, zamknęła za sobą drzwi.

Czemu tak wcześnie?! syknęła Lubomila zza parawanu. Nie byłam przygotowana! Tak nie wolno, Leszek, skompromitowałeś mnie!

Leszek, siedząc na łóżku, patrzył zachwycony w lustro na sylwetkę żony smukłe ramiona, krągłe biodra…

Co? zamyślił się.

Mówię, czemu tak wcześnie? Lubomila wdziewała sukienkę i układała włosy. Rozepnij zamek, proszę.

Aaaa… Pani Maria ma dziś jakąś wizytę u lekarza, zapomniałem. Pojechaliśmy wcześniej, machnął ręką, zapiął zamek, chciał pocałować, ale żona nie pozwoliła.

Czemu ona ma tyle rzeczy? zapytała.

Kobiety… Przewozicie wszystko ze sobą. Ciągle wam mało.

Leszek znów był z siebie zadowolony.

Usiedli do śniadania. Lubomila usmażyła jajecznicę, Romek, widząc, że mamę pochłania trema, pokroił kanapki.

Maria Ludwika weszła na końcu, rozejrzała się i wskazała miejsce przy Romku.

Smacznego wszystkim. Bardzo tu u was przytulnie. Lubomila, pamiętam, że na ślub podarowałam wam porcelanowy serwis z makami… Nie? To nie wy?

Lubomila wzruszyła ramionami. Serwis rozbił się dzień po ślubie Leszek zrzucił całą skrzynkę z klatki schodowej. Wszystko w drzazgi…

Leszek skupił się na jedzeniu. O makach i porcelanie nie pamiętał.

Chyba komuś innemu. Lubomila zaczęła nalewać wszystkim kawę.

Lubomila, tutaj wieje poskarżyła się nagle Maria Ludwika. Mogę zamienić się z tobą miejscem?

Romek wzniósł wysoko brwi.

Leszek rozprostował ramiona. On był tutaj obrońcą, zadbał o wszystkich!

Lubo, przesiądź się. Przed operacją nie wolno tety przemrozić! powiedział, podniósł żonę i przesunął bliżej siebie, gościa posadził przy oknie.

Pamiętam, jak wychowywałam Leszka od maleńkiego nagle zaczęła Maria Ludwika. Ciągle zmieniałam pieluchy, taki był chłopiec. Jeść nie chciał, ale potem mu przeszło. Bardzo trudny był…

Lubomila prawie się zakrztusiła, Romek uśmiechnął się złośliwie.

A ty, młody człowieku, bierz się za naukę. Leszek zawsze rano robił zadania, żeby wszystko dobrze zapamiętać, Maria sprzątnęła po Romku, spojrzała na gospodynię. Ta zawstydziła się, nie umiała się odezwać.

Romek dopił herbatę i poszedł do siebie.

Po podziękowaniu za śniadanie Maria Ludwika udała się do siebie, coś przestawiała, zawołała Leszka telewizor do przesunięcia.

Macie tu bardzo mało książek rzuciła jeszcze, gdy odprowadzali Romka na piłkę. Romek powinien poczytać klasykę, np. Prusa. Przywiozłam mały wybór. Wieczorem usiądziemy i sprawdzimy, co wasz syn wie, a czego nie.

Oczywiście, ciociu Maro. Bo tak tylko piłka i piłka. Niemądry chłopcy z niego wyrośnie! Leszek zażartował, mrugnął synowi i dał mu worek ze strojem.

Wiedział, że Prusa ciocia Mara zawsze nosi ze sobą, stawia na stoliku w kawiarni, zabiera do teatru, sypia też z Prusem na szafce. Chociaż chyba nigdy nic nie czytała. Ale wygląda mądrzej. Nawet do szpitala go zabierze żeby personel wiedział, że mają do czynienia z wykształconą osobą.

Odprowadzili Romka, Leszek też wyszedł.

Kiedy musisz wyjść? spytała Lubomila Marię Ludwikę.

O, tak, na trzynastą. Trzeba się szykować. Kochana, a Romek ma dziewczynę? Bo za Leszkiem od szóstej klasy biegały wszystkie. Była taka jedna, Rózia. Uległa, jak plastelina. Dobrze, co? A piesek niech nie leży na kanapie! zerknęła do pokoju Lubomili. I buty też by przestawić niewygodnie tu. Zaraz się potknę. No i widzisz! Maria niezdarnie uderzyła w szafkę na buty, pospadały buty Lubomili. A takich szpilek nie wolno nosić. No to idę. Kochana, dziękuję, że mnie przyjęliście!

Pogładziła Lubomilę po ramieniu i wskoczyła do windy.

Lubomila jeszcze chwilę postała, potem zatrzasnęła drzwi…

Mamo, czemu ona się tak rządzi? Hektora wygania z kanapy, a przecież może leżeć! mruczał Romek, głaszcząc psa, który ciężko westchnął z rozpaczą.

Ona taka jest. Zawsze rządzi. Ale to na chwilę, wytrzymaj…

Lubomila wstydziła się przed synem i Hektorem, że już nie jest panią w swoim domu. Nie potrafiła się postawić. Jak tu być ostrą dla pani, która pieluchy twojemu mężowi zmieniała?

Wieczorem Maria Ludwika zorganizowała w kuchni produkcję gołąbków dla wszystkich, Leszek ją wręcz nosił na rękach.

I dalej coraz ciekawiej. W poniedziałek Maria Ludwika ustawiła budzik, wszystkich zbudziła na poranne ćwiczenia.

A o której operacja? zapytała Lubomila, łapiąc oddech po marszu w miejscu. Maria była postępowa w gimnastyce, ustawiła stoper w telefonie, robili czterdzieści-dziesięć: 40 sekund ćwiczeń, 10 sekund odpoczynku. Ale nie wszyscy ćwiczyli z równym entuzjazmem.

Romek machnął ręką na zdrowy styl życia i poszedł do szkoły. Za to Leszek ćwiczył wytrwale.

No, Lubomilko! Jeszcze chwila! zachęcał ją mąż.

…No kiedy ta operacja? ponowiła pytanie.

Jutro. Jutro mnie kładą. I… Leszek, będziesz mnie odwiedzał? spytała Maria smutno.

Masz być tylko dwa dni! Sama drobnostka! Leszek się zdziwił, ale przytaknął.

Poniedziałek był stresujący. Lubomili pogmatwały się zajęcia, dzieci chorowały, ktoś wyjeżdżał, ktoś nie miał jak przyjechać.

Telefon dzwonił, za oknem krakały wrony, Maria słuchała w swoim pokoju Mieczysława Fogga. Ten śpiewał aksamitnym głosem Ta ostatnia niedziela…, potem ciągnął: To już jest koniec…. Maria wtórowała, gestykulowała. Za matowym drzwiami widać było, jak tańczy.

Lubomila zatrzymała się na korytarzu, westchnęła.

Ona się po prostu stresuje wyjaśnił Leszek. Jak jest podenerwowana, słucha Fogga. On ją uspokaja.

Wieczorem Maria chciała poczytać z Romkiem Lalkę, ale chłopak odmówił. Ciocia Maria wytrzeszczyła na niego oczy, wysłuchała tyrady o Lalce (którą skończył czytać rok temu) i o wizycie gościa, aż wstrząsnęło ją, gdy Romek trzasnął drzwiami. Później poszła do Lubomili. Ta mamrotała, trzymając przy uchu telefon, że dobrze, przyjedzie sama, już jedzie na Bródno, bo Andrzejek nie daje rady.

Nie! wyrywając jej telefon, ryknęła Maria. Jeśli chcecie, by syn miał szansę w życiu, by ćwiczył z najlepszym logopedą, to przywieźcie go tu natychmiast! A jak nie, to nie liczcie na nic! W przyszłości i on wam nie pomoże. Daję pół godziny, nie przyjedziecie wykreślam ze spisu! Kim jestem? Sekretarką Lubomili Leszkowej. Do widzenia.

Oddała telefon Lubomili i stanęła przy oknie. Lubomila przestępowała z nogi na nogę, dyszała ciężko, aż nagle wybuchła. Nawet Romek przyszedł posłuchać.

Wie pani co, pani Mario Ludwiko? Proszę się nie wtrącać w nasze życie! W moją pracę również! Gołąbki niech sobie pani na własnej kuchni robi. I nie obchodzi mnie ile pieluch zmieniła pani mojemu mężowi! Wystarczy! Wystarczy komenderowania. Niech pani czyta Prusa, ćwiczy jogę, co tylko chce, byle nie u nas! Hektor też będzie leżeć gdzie ja mu pozwolę, nie pani! Konserwy będę kupować, choć pani mówiła dziś rano, że niezdrowe. To moje życie, mój dom i moje decyzje. Mam nadzieję, że operacja przebiegnie dobrze i szybko wróci pani do siebie. Bardzo na to liczę!

Romek zaklaskał, Hektor zapiszczał i przytulił się do matki, a Maria obracając się od okna, uśmiechnęła się.

Lubomila aż oniemiała myślała, że zaraz jej się dostanie. Ale…

I dobrze, Lubomila. Nigdy, słyszysz, nigdy nie daj się zginać, nie płaż się. Powiedz swoje twarde nie, jeśli nie chodzi o życie i śmierć. Podobasz mi się, tylko bałam się, że jesteś zbyt miękka. Chcesz wszystkim dogodzić, byle nie pomyśleli źle… Ale tak nie wolno. Niech myślą, co chcą, a ty idź swoją drogą. Nie? To nie! Nie chcesz żebym tu mieszkała powiedz wprost. Będzie łatwiej, spokój przychodzi do środka… Odwagi, żyj po swojemu! I wybacz starej babie, za bardzo popłynęłam. Zawsze byłam prowokatorką. Leszek wie… Nie patrzcie tak! Bardzo się boję tej operacji! Stąd takie wygłupy. Hektor, jesteś cudnym psem! pogłaskała zwierzaka po głowie. Chcecie marmolady? Przywiozłam cudowną jabłkową. Romek, chcesz?

Chłopak przewrócił oczami. Już dawno wiedział, że kobiety to istoty dziwne, ale nie aż tak…

Zadzwonił domofon. Przywieziono do lekcji pulchnego Andrzejka. Po zajęciach także dostał kawałek marmolady. Matka ucznia odciągnęła Lubomilę na bok, przepraszała, by nie wykreślać z listy.

Albo mam się kontaktować z pani sekretarką? spytała nieśmiało.

Nie, spokojnie! Syn radzi sobie świetnie.

Lubomila puściła oko do sekretarki…

Wieczorem, gdy Leszek i Romek pogrążyli się w grze na konsoli, Maria Ludwika rozsiadła się wygodnie i opowiadała, jak Leszek kiedyś drapał jej tapety, jak go zganiła, a on pociągnął nosem i odwracał się plecami. Cudem go wyciągnęła, gdy prawie wpadł pod lód na stawie. Przewrócił się, wpadł do wody, Marysia czołgała się do niego, wyciągnęła, pojili potem herbatą z miodem…

A ta dziewczynka, Rózia, wcale mi się nie podobała dodała na koniec. Bez charakteru… A serwisu z makami nie szkoda. Rozwalił się na szczęście dlatego żyjecie zgodnie. Leszek bardzo mnie kocha, wszystko mi wybacza… I ty wybacz, Lubomilko. Dziękuję za dach nad głową. Jesteś cudowna…

Marmolada topniała na talerzyku, za oknem zmierzchało, na wschodzie zapalała się pomarańczowo-czerwona smuga.

Czas… szepnęła Maria Na ósmą muszę już tam być…

Leszek wsadził ją do samochodu, wieźli przez puste, czerwcowe ulice. Lubomila usiadła z tyłu, czując jak starsza pani drobno drży.

Wieczorem zadzwonię, poprawiając na niej płaszczyk, powiedziała gospodyni. I nie ma dyskusji! A potem znowu u nas.

Maria pokiwała głową. Dobrze było mieszkać z młodymi, było wesoło. Szczególnie Romek ją ciekawił. Taki inny niż ojciec, śmiały. Ale jak sam mówi to jego wewnętrzne środowisko takie, nic się nie da zrobić, można tylko poznawać, a na to jest zawsze gotów…

Oceń artykuł
TwojaCena
Moje zasady