Mój sekret
Leżenie na twardym, przemarzniętym śniegu gdzieś pod Warszawą, gdzie dopiero co śnieg się rozpuścił, a tej nocy znów skuło lekko mrozem, wydawało mi się nawet przyjemne. W środku aż kłębiło się gorąco, krew pulsowała w skroniach, w piersiach ściskało, twarz płonęła, usta miałem jak pustynia kompletnie wyschnięte.
Zebrałem śnieg w dłoń, powoli, niemal sparaliżowany, odchyliłem zęby, wsunąłem do ust lodowaty kępek. Przez chwilę poczułem ulgę, ale wszystko psuł posmak żelaza. Z rozbitych dziąseł ciekła krew, kaszlałem i musiałem ją połykać. Nie miałem siły się przewrócić i wypluć, w ogóle nie miałem sił.
Śnieg tłumił ból. Byłem za to niewymownie wdzięczny darmowe znieczulenie, dzięki Ci, Panie! Ale zimno nie wygaszało bólu do końca; jakby tylko odchodził gdzieś poza horyzont, tam, gdzie czerwone słońce zsuwało się powoli za krańce świata. Nawet na ten zachód patrzeć bolało, oślepiał mnie blask.
Zamknąłem oczy na chwilę, widziałem wtedy tylko żółto-szary dysk, niewyraźny, odległy.
Dobrze by się było odczołgać gdzieś z dala od otwartej przestrzeni: do rowu, do zagajnika, do leśnej dziury, wczołgać się, zwinąć w kłębek i przeczekać, trzęsąc się i jęcząc jak zbity pies. Ale sił brakowało. Nogi leżały jak dwa klocki na śniegu, od czasu do czasu przeszywały je skurcze…
Spróbowałem się przewrócić, podparłem się prawą ręką, ale ta jakby zwiotczała, w bark wbiła się jakaś ostra igła bólu.
No nic Spróbujemy inaczej! wyszeptałem przez zęby, przerażony chrapliwym, obcym brzmieniem własnego głosu.
Po lewej ręce wydawało się wszystko w porządku; udało mi się nawet podciągnąć i jakoś usiąść, ale dłoń wpadła w śnieżną zaspę i znów padłem bokiem na śnieg.
Zginąć… Teraz, tu, po prostu umrzeć. Wtedy wszystko się skończy. Co się ze mną stanie dalej, było mi już obojętne. Okazało się, że połakomiony na kawałek życia, którego nie umiałem przegryźć. Sam zawiniłem, pomyliłem kierunki. Na ratunek było już za późno.
Rano będą szukać mojego ciała. Obiecali. Ale… Może wilki zdążą wcześniej? Też muszą coś jeść. Wtedy śmiałbym się swoim wrogom w twarz tylko kości im zostaną
Szybko zrobiło się ciemno. Ogarnęła mnie senność, wpadałem w czerń jak ryba w szponach raka, nawet było przyjemnie. Potem wracał ból. Rozpalał się czerwonymi punktami pod powiekami, przelewał się w żyłach, ściskał mięśnie skurczami, zmuszał do szczękania zębami. Wtedy rodziła się we mnie wściekłość ta bezsilna, z pustką w środku, szalona, bo nie mogłem nic zrobić. Jak rzucić się bez broni na wroga, tylko postraszyć go desperacją. I pojawiała się chęć zemsty. Ale nie mogłem podnieść ręki na kobietę, nawet w myślach. Ta zemsta była nieosiągalna…
Złość pchała jednak mój mózg do pracy, zgrzytały tryby, coś się w środku przepychało i z trudem obracało, ale działało.
W brzuchu rosło coś jeszcze strach, pierwotny strach przed śmiercią. Nie pozwalał mi zgasnąć.
Z zagajnika po lewej zawyły wilki. Skrzywiłem się. Nie dam się wam, bracia! Nie poddam się tak łatwo! Jesteście wilkami dwunożni, czworonożni, ale moich kości nie dostaniecie!
Muszę się ruszyć. Gdzie? To nieważne. Jak? Też bez znaczenia. Choćby czołgając się, muszę zejść z tego punktu, punktu swojego całkowitego upodlenia.
Mama… Żal mi jej najbardziej. Czeka, martwi się, jak ona sobie radzi? Nie powiedziałem jej, gdzie jestem, nie dowie się, jak to wszystko się skończy… Może komuś powiedzą. Będzie płakać. Będę winny jej łzom. Ojciec mnie chyba przeklnie. Słusznie…
Na wieść o tym zrobiło mi się słabo, łzy płynęły mi po twarzy, ale zamarzły na policzkach i nie spadły nawet na podartą kurtkę…
Ruszyłem się. Nieporadnie, wykorzystując zdrową rękę, szurając nogami po śniegu, zostawiając na nim czerwone ślady, ale jednak przesuwałem się powoli, oddalając się od głuchego, wygłodniałego wycia…
Aż w końcu zapadłem w ciemność. To było tak przyjemne, tak łatwe. Nic nie czułem, o niczym nie myślałem. Pełne wyzerowanie. Jeśli nawet to piekło, to mi się podobało. Chciałem tu zostać dłużej. Hej, demony, cały jestem wasz! Zgrzeszyłem, zabierzcie mnie, to ciało nie jest już do niczego potrzebne…
Ale nawet w piekle byłem niepotrzebny. Zalało mnie jasne, rażące żółte światło, a usta wypłukała lodowata, ostra woda.
No, co? Czemu nie kaszlesz? Kaszleć trzeba, gardło się przemyje i wypluje wszystko! ktoś bił mnie po policzkach. Mocno, każde uderzenie piekło w rozbitych dziąsłach.
Uuuu, zawyłem, odwróciłem się, wyplułem czerwoną ślinę na śnieg.
Żyjesz, znaczy? No, to do domu cię dociągnę. Tu blisko moja chałupa. Połóż się na kożuchu, ja cię poniosę. No! Nie możesz? Dobra, sam cię położę… O, tak… Silne ręce ułożyły mnie na ciepłym, pachnącym owczym tłuszczem kożuchu. Dobrze cię pobili! Już myślałem, że tylko zwierzyna po śniegu łazi, a tu samochód światła w oknie. Zawsze jak tu przyjeżdżają, to jakby zapuszczali zwłoki na to pole. Głupie ludzie… Oj, głupie… lamentował nieznajomy, układając mnie wygodniej. Nic, zaraz cię połatają, zobaczymy potem, co i jak.
Mruknąłem coś o wilkach, o tym, że wróg powróci, potem zrobiło się gorąco i przytulnie, znów odpłynąłem w nieświadomość…
… Jaki ty jesteś słodki, jaki czuły! śmiała się Danuta, pozwalając całować swoje pełne, nagie ramiona. Cielaczek, tak? Ty cielaczek? Ujęła moją twarz w dłonie, przywarła ustami i czekała na moje gorące pocałunki. Potem nagle odepchnęła mnie, rzuciła na siebie szlafrok, mocno zawiązała pasek. Idź. Już pora.
Danka… przeciągle wyciągnąłem się na pachnącej krochmalem pościeli. Spać mi się chce… Jeszcze wcześnie, popatrz na zegarek! Znowu mnie wyrzucasz…
Ostatnio coraz częściej zostawałem u Danuty na noc: najpierw kolacja, potem kąpiel, a potem zawsze świeże, wykrochmalone prześcieradło w jej sypialni. Kochała się, jak żadna, jakby była dla mnie stworzona. Danka była piękna, czuła, lepsza od wszystkich tych młodych dziewcząt, które tylko stroiły miny…
Patrzyłem, jak Danuta naciąga na białe nogi pończochy, jak za parawanem zakłada bieliznę i sukienkę.
W lustrze widziałem wszystko była taka promienna, inna, jak z bajki, a ja niemal nie mogłem oderwać wzroku.
Powiedziałam wyjdź, szepnęła, odwróciła się. Zapnij mi zamek i do widzenia. Maksymilianie, będzie ci gorzej, jak się uprzesz! no, idź, wróć jutro…
Jeszcze przez chwilę się całowaliśmy, potem Danka rzuciła mi ubranie i zniknęła w kuchni.
Słyszałem, jak odpala kuchenkę, mieli kawę. Aromat espresso przeszedł przez cały jej piękny, warszawski blok. Władysław, jej mąż, pija tylko mocną kawę, z pieprzem mówi, że to boskie. Danka zwykle siada naprzeciw i uśmiecha się. Musi być ostrożna, by przypadkiem nie powiedzieć „Maks” do męża…
Jeszcze chwilę stałem w łazience, chlapnąłem się wodą, ubrałem i stanąłem w progu kuchni. Danuta była do mnie odwrócona plecami, jej szlafrok prześwitywał od światła, kształty miała jak gitara, choć była starsza ode mnie o piętnaście lat. Wcale mi to nie przeszkadzało, a nawet byłem dumny, że tak dojrzała kobieta wybrała właśnie mnie.
Danuta… Umiała być czuła, nie wyśmiewała mojej nieporadności. Śmiała się melodijnie, całowała tak, aż w głowie się kręciło. Pozwalała nocować u siebie, karmiła mnie, patrzyła, jak wciągam smażone placki ziemniaczane prosto z patelni i duszę pod nożem sztuciec. Kochała wypić ze mną kieliszek, potem śmiała się, wystawiając do pocałunku szyję.
Nie chciała dać się poznać, ale ja nie odpuszczałem.
Zauważyłem ją kiedyś w metrze przebijałem się przez tłum, pijany i rozbawiony, z kumplem Grześkiem, którego potem zgubiłem. Chciałem się zbliżyć do tej kobiety, być jej dżentelmenem, ale ona zawstydzona odsuwała się, kręciła głową.
Ale ją odprowadziłem pod dom. Przed klatką zatrzymała mnie, kazała odejść, ale zakradłem się w podwórku, patrzyłem, gdzie zapali się światło.
Pierwsze piętro, jej okna były na moją stronę. Widziałem jej sylwetkę za firanką. Przebierała się, sama, dumna i niewinna, aż musiałem powstrzymać wycie zachwytu. Potem pogonił mnie cieć…
Przychodziłem tu codziennie. Jakby coś mnie przykuło. Mamie mówiłem, że idę na spacer, a sterczałem pod Danki oknem.
Widziałem i jej męża. Okna kuchni wychodziły na podwórko. Władysław chodził po domu w podkoszulku i rozciągniętych dresach. Chudy, przygarbiony, z dziwnymi odruchami. „Jak ona mogła wyjść za takiego? Naprawdę kochała?” dziwiłem się.
Władysław powoli jadł kolację, przeglądał gazetę, a Danka częstowała go herbatą i ciastkiem. A ja stałem, patrzyłem. Raz nagle obejrzał się przez ramię, podciągnął zasłony. Dwa cienie zlały się w jeden, zrobiło mi się niedobrze. Jak ona może całować się z takim chudziną?!
Dość tej gry. Włamałem się do niej przez okno, Władysława nie było, sam go widziałem jak wyjeżdżał z walizkami. Niczego się nie bałem.
Gdy zobaczyła mnie przy stole, zaniemówiła, chciała krzyczeć, ale szybko zakryłem jej usta. I pocałowałem.
Boże, jak ona pachniała! Jej włosy, letnia sukienka wszystko miało swój aromat…
Moja mama nigdy nie miała perfum. Zawsze pachniało od niej ciężkimi chemikaliami z fabryki albo papierosami. Dużo paliła, zęby miała żółte. Wstydziła się uśmiechać. A zęby Danuty były białe, jak z reklamy. Mama rzadko ubierała się ładnie. Teraz zacząłem to zauważać i było mi wstyd. Chciałem jej coś ładnego kupić, ale żal było kasy. Te pieniądze wydawałem na kwiaty dla Dany. Jej mąż nigdy nie przynosił jej bukietu, dla mnie był nieudacznikiem. Ale mieszkanie mieli przepiękne, meble, obrazy z prawdziwego drewna na ścianach, nie wycinki z gazet jak u nas. Zastawą mogliby obdzielić królów, a biżuteria była królewską. Ale to wszystko spadek po przodkach Danki, mąż tylko korzystał z cudzego majątku. Spryciarz!
Ja taki nie jestem. Chciałem tylko jej, bez tych wszystkich rzeczy. Oczywiście smaczna kolacja i czysta pościel umilały nam życie, ale i na sianie było by mi dobrze, gdyby była przy mnie.
Danka pachniała czymś wyszukanym, francuskim albo włoskim nie znałem się na perfumach, tylko wąchałem… na jej włosach, szyi…
To była moja kobieta. Tak mówiłem. Zdobyłem ją, wszedłem do jej świata, a ona padła do moich stóp.
Wszystko u niej było piękne jak jadła, jak paliła, jak się przebierała. Sama była jak gitara i boginią.
Pierwsza wspólna noc została mi w pamięci. Wtedy Danka była szczególnie czuła, prawdziwa. Rano zobaczyłem w jej oczach, że mnie kocha. Z mężem tylko trwała, spełniała obowiązek, a przy mnie naprawdę żyła, pulsowała we krwi radość i żar…
Tak, niestety, czasem musiałem rano wymknąć się z jej mieszkania.
Wstawaj, kochany! Już czas, szeptała po naszej trzeciej nocy. On wraca z delegacji. Maks, mój najdroższy… sunęła palcem po mojej twarzy, silnych, młodych ramionach, które tak uwielbiała. Lepiej nie przychodź, będzie tydzień w domu, potem znów wyjedzie.
A może pogadam z nim? zażartowałem. Chcę być tylko twój, Danka! Chcę być twoim mężem!
Zarechotała głośno, odrzuciła głowę, włosy zapłonęły na jej ramionach jak kasztanowa lawa. Rzuciłem się i zacząłem ją całować.
Moja! Moja, słyszysz?! szeptałem. Nie dam cię temu Władkowi, wiesz? Takiego to byle kij przegna!
Nie myśl, kochanie, wymknęła się z objęć. Chcę, żeby wszystko zostało jak jest: ty moim sekretem, ja twoim. Tak musi być, Maks. Nie pytaj o więcej. A teraz idź, muszę ogarnąć mieszkanie.
Obraziłem się wtedy. Nie chce być moją żoną! Jak to?
Ale zanim zamknęła drzwi, pocałowała mnie. Skoro nie żona, to chociaż należy do mnie każdej nocy. O mnie będzie myśleć, kiedy kładzie się spać, porównywać męża ze mną wygram. A ten Władysław rogi mu rosną…
…Gdy Maks wyszedł, Danka gorączkowo wzięła się do sprzątania. Mąż zadzwonił, że wraca wcześniej. Wiedział, co robi był obytem, nie chciał zrobić Danki wstydu. Z nerwów aż się rozczerwieniła, otworzyła okno, żeby wywietrzyć zapach. Ale Władek coś poczuł. Stary lis, wyczuł obcego samca.
Stęchlizną tu wali! rzucił bagaż.
Czym? udała zdezorientowaną, zakręciła ciaśniej szlafrok.
Czymś paskudnym, Danka. Nie zgrzeszyłaś tu beze mnie? spojrzał na nią z dołu, podnosząc się. Ze strachu Danka ledwie oddychała, ale uśmiechała się.
Daj spokój! Kura się przypaliła w piekarniku, wyobraź sobie! Idź się umyj, postawię na stole. Kawa, są kotlety. Ogrzać ci? Chodź, głupku, kocham cię… mruczała za wesoło.
Władek złapał ją za włosy, długo patrzył w oczy, puscił, uśmiechnął się.
Mam dla ciebie prezent. Przymierz! wyciągnął z kieszeni coś owiniętego chusteczką. Kolczyki stare, ciężkie, z czerwonymi jak krew oczkami. Przymierz, mówię! żądał, gdy się zawahała. Oglądała je, spojrzała niepewnie na męża.
Co to za plamy, Władek? To… położyła prezent na półkę i odruchowo wytarła ręce.
Głupia jesteś! To ci się wydaje. Zakładaj i chodź jeść! Szybko!
Zdjęła stare, po matce kolczyki, założyła te nowe. Władek z zadowoleniem kiwnął głową. Lubił ją stroić, lubił drogą biżuterię, blichtr, czasem kazał spać w złotych łańcuchach. Wcinały się w skórę mówił, to fajne…
Zostanę pięć dni, potem wyjeżdżam. Na długo, oświadczył, wycierając talerz chlebem. Mam dobre interesy. Gdzie jest ta kura? nagle rzucił podejrzliwie.
Wyrzuciłam na śmietnik, machnęła Danka. Przecież nie będę trzymać w domu!
Mąż się uśmiechnął. Stary lis wszystko zrozumiał…
…Kiedy tylko wyjechał, Danka zadzwoniła do mnie do pracy. Byłem wtedy na Woli, grzebałem przy chłodniach w mleczarni, co produkowała lody takie waniliowe w wafelku; Danka je uwielbiała. Zawsze przynosiłem, karmiłem ją i całowałem, kiedy miała słodkie, posypane okruszkami usta.
Zwolniłem się, pojechałem do niej jeszcze przed obiadem. Boże, jak ja tęskniłem! Nie mogłem się nasycić jej miłości. Była wtedy ogniem, wypalała mnie, ale to była moja Danka…
Od trzech dni nocowałem tylko u niej, nie dzwoniłem do matki ani do ojca. Przepadłem, poszedłem w tango… No i co z tego! Byłem młody, tego mi trzeba.
O tym, że mama jest w szpitalu, dowiedziałem się u bramy zakładu. Stał ojciec, chudy, szary, cieniutki jak cień.
Co ty tu robisz, tato? spytałem zniecierpliwiony.
Mamę zabrali w nocy. Znowu żołądek. Możesz ją odwiedzić? szepnął, gniotąc stary kaszkiet.
Jaki szpital? zirytowany, spytałem.
Podał adres. Obiecałem, że zajrzę. Tato kiwnął. Płakał, widziałem, ale miałem to gdzieś. Mama wiecznie w szpitalu, co z tego?
Danuta niechętnie puściła mnie do matki, dała nawet słoik obiadu. Moja kochana, dobra Danka. Anioł.
Matka leżała na korytarzu, bez miejsca w sali. Wciąż ją mdliło, pielęgniarka krzyczała, bym zabrał ją do domu.
Gdzie ja ją zabiorę? Jej potrzebne leczenie! protestowałem. I proszę nie obrażać mojej matki!
Mama ściskała mnie za rękę, prosiła, bym się nie denerwował. Zjadała powoli zupę od Danki i chwaliła, że dobra. Siedziałem, denerwowałem się jeszcze bardziej, patrzyłem na zegarek… Jeszcze dwa tygodnie i Władek wróci! Znowu musiałem odejść od Danki…
Mamo, dasz radę sama? spytałem w końcu, podrzucając torbę do nóg.
Spieszysz się? W porządku, synku, dalej sobie poradzę. Maks, nie przychodź jutro, tata mnie odwiedzi, uśmiechnęła się, pogłaskała mnie po ręce.
Kiwnąłem głową i wyszedłem. Nie wiedziałem, że całą tę jedzenie później wyrzucą, bo mama nie mogła już jeść, nie wiedziałem, że znowu będzie leżeć tam, gdzie przeciągi, gdzie klni pielęgniarka… Wtedy nic mnie to nie obchodziło, myślałem o Danucie…
Wróciłem do naszego gniazdka i zobaczyłem ją roztrzęsioną, płaczącą na podłodze.
Co się stało? zapytałem, stając w drzwiach.
Drżała i pokazywała na błyszczące kolczyki leżące na dywanie.
Władek mi je przywiózł. Stare, pociemniałe. Chciałam je wyczyścić, a na nich… plamy… szlochała. Boję się ich! Wynieś je! Nie chcę ich tu!
Zawinęła kolczyki w szmatkę, podała mi.
Idź, wyrzuć je! Maks, ja się boję! Co teraz będzie?!
Daj spokój, umyję je. Twój Władysław spyta gdzie są… Co tam jest?…
Zrozumiałem. Biżuteria była zdobyta brudnymi rękami. Tak było zawsze ale teraz to było jak ślad po wielkiej ranie…
Przełknąłem ślinę, poczułem obrzydzenie.
Danuta! Może zgłoś to milicji? Przecież… urwałem, bo wiedziałem, że i tak go nie zdradzi…
Posłusznie wyniosłem pakunek i wyrzuciłem za mur starej drukarni pod blokiem. Nie zauważyłem, że w krzakach, zgarbiony, stał Władek. Powinienem był…
…Władek i jeszcze dwóch osiłków przyszli nocą. Dopiero co zasnęliśmy, pijani, nie słyszeliśmy zamka, kroków.
Ocknąłem się od ciosu. W ciemności ktoś tłukł mnie po twarzy, Danka krzyczała, potem umilkła.
Szamotałem się, głowa pulsowała bólem, w ustach metal; wymachiwałem pięściami na oślep wypiłem za dużo.
W końcu zapalili światło. Władek siedział w fotelu, Danka przy nim z zamkniętymi oczami.
Przepraszam za kłopot powiedział jej mąż. Muszę coś odebrać. Danusia, kochanie, pocałuj mnie, mąż wrócił!
Szarpnął ją, Danka się zgięła, jego usta wpiły się w jej twarz.
Władek… Danka wskazała na mnie. Proszę
Nie chcę pokręcił głową Władek, dał znak, znowu mnie uderzyli. Próbowałem odpowiedzieć, ale byłem kompletnie wykończony.
Danusia, zbierz swoje błyskotki, szybko. Bardzo mi są potrzebne.
Wstał, podszedł do mnie. Oczy już miałem zlane krwią, nie widziałem prawie nic, oddychało mi się ciężko chyba miałem połamane żebra.
Na kolana, szczylu, i do przodu, powiedział.
Władek… Danka gorączkowo pakowała coś do torebki. Nie bij go. Przecież się zgodziłeś. Sam się zgodziłeś… Dogadaliśmy się… Po co tego chłopca?
Bo sięgał po zakazany owoc. Nie lubię go, Danka. Wiesz, nie lubię… Jego matka w szpitalu kona. A on tu leży, z tobą. Na naszej pościeli! kopnął mnie. Matkę trzeba szanować. Nawet, jeśli się jej nie znosi. A ten pies od matki uciekł.
Skąd wiesz… wycharczałem.
Wiem, chłopcze. Wszystko tu mam pod kontrolą. Cała Warszawa. Danka nie powiedziała ci? Szkoda chłopa… pokręcił głową. Byli inni, tego nie przeżyli. Ty mi nie leżysz!
Uniósłem głowę, spojrzałem na Dankę. Wszystko mi się mieszało: mama, szpitalny korytarz, cień na końcu, zapach rosołu, remonty, nasza noc i jej pieszczoty Potem wszystko zasłoniły lodowatosine oczy Władka. Zniżył się, uśmiechnął.
Szkoda, że porzuciłeś matkę. Już się nie zobaczycie! syknął. Zapłakałem. Byłem nikim…
Władek, co ja mogłam mu powiedzieć?! Danka starała się opanować. Sam przyszedł, nie wołałam. Chłopak dorosły, ja nic do tego. O, kochanie, tutaj wszystko, podała mu ciężką torbę.
Zajrzał, kiwnął głową.
Teraz załóż te kolczyki, które ostatnio dostałaś, rozkazał.
Nie pasują do szlafroka, Władek! Potem! próbowała się do niego łasić. Zamarłem.
Mówię: załóż! wrzasnął. Strzelił w moją stronę. Kula weszła w podłogę tuż przy mojej ręce.
Danka gorączkowo szukała kolczyków, grzebała w bieliźnie.
Na pewno coś wymyśli! Moja czuła, sprytna Danka! dudniło mi w głowie. Ona nas uratuje!
Nie Władek, nie ma! Tu były, teraz nie, pusto! rozłożyła ręce, spojrzała na mnie. Ty! kopnęła mnie, padłem bokiem. Ukradłeś! Jak mogłeś?! zdusiła w sobie złość. Dla twojej biednej matki gotowałam rosół, a okradłeś mnie?! Władek, zabierz z domu tego potwora! Jezu, i zegara nie ma! Mojego złotego, po prababci. Nie ma! Maksymilian… potrząsnęła głową. Zgniły jesteś, myślałam, że czysty chłopak Władek
Zegarek oddała lekarzowi za zabieg mogła mieć dziecko ze mną, ale nie chciała. Władek chciał dzieci, ale nie mógł. Nie pozwoliłby jej usunąć ciąży, nawet wiedząc, że to nie jego, ona zapłaciła zegarem za tajemnicę. A winę zwaliła na mnie…
Władysław kazał mnie podnieść, postawić na nogi. Pamiętam tylko Dankę piękną, kwitnącą kobietę, która stała za plecami męża, gdy mnie łamano…
Nie cierpię złodziei, Maksymku, powiedział do mnie na śniegu. Wszystko mogę zrozumieć: miłość, zdradę żony. Myślisz, że swojej nie zdradzam? Takich Danut w każdej willi znajdziesz. Ale kradzieży nie przebaczę. Moje to moje…
Ległem wtedy na śniegu, swoją głupią gorącą piersią, słuchając jak odjeżdża samochód i jak zawiewa mi w twarz zimny śnieg. Potem został tylko stuk w skroni. Myśl, że najbardziej kochana kobieta zdradziła mnie… Moje serce ostygło. Uzdrowiało.
Dalej już wiecie…
… Leżałem potem w domku tego myśliwego kilka tygodni. Przyniósł znachora, poskładali mnie jakoś: żebra naprawili, nogi były całe dzięki Bogu i Władkowym zbirze. Załatali mnie, szyli, poili… tylko mruczałem przez zęby podziękowania.
Lekko będzie, zdrów będziesz! mówił myśliwy.
Po trzech tygodniach wyszedłem na własnych nogach. Świat zalało słońce jak patelnia albo roztopiona stal, śnieg odbijał światło, raził. Myśliwy dał mi ciemne okulary.
Idź już, chłopaku. I nie sięgaj więcej po cudze. Następnym razem takiego szczęścia mieć nie będziesz…
Pakując się, słyszałem, jak tamci dwaj rozmawiają ile Władysław zabulił za moje ocalenie.
Co mówicie? przystanąłem.
Nic, Maks. Władek to mocny gracz, ale czasem się zmiłuje. Żona ma łapy dłuższe niż on, złoto mężowskie sprzedaje na lewo, jak przyłapie, oddaje młodych chłopaków jak ty na pożarcie. Nie pierwszy, nie ostatni tu byłeś. U bogatych swoje zabawy, nie przejmuj się. Teraz już bierz tylko taki kawałek, jaki przegryziesz. Idź, Maksymilianie…
Do Warszawy dotarłem pod wieczór. Od razu do szpitala. Może zdążę do mamy?
Takiego tu nie mamy, przepraszam, zamknęła okienko recepcjonistka. Chyba ją wystraszył mój wygląd.
Pani, proszę… stukałem w szybę, ale szybko odszedłem do domu.
Zachód był znów czerwony taki jak tam, na polu. Ogarnął mnie strach.
W naszych oknach paliły się światła. Oddech mi się rwał, pobiegłem, kulejąc, pod drzwi. Długo dzwoniłem, wreszcie otworzyła mama malutka, wychudzona. Popatrzyła na mnie przestraszona. Rzuciłem się jej na szyję, ujrzałem ojca, zaniosłem się płaczem…
Bardzo się o ciebie baliśmy, synku mówiła mama, nakładając na talerz gorące ziemniaki. Ale potem zadzwonił Władysław, powiedział, że miałeś jakiś wypadek, ale niedługo wyzdrowiejesz, doradził nam, żebyś nie pojawiał się jeszcze w mieście…
Władysław? upuściłem widelec.
Tak. To jakiś urzędnik z ministerstwa zdrowia. Odwiedził mnie w szpitalu, załatwił nawet osobną salę! Maks, dziękuję, że mu nas poleciłeś, bez niego nie dałabym rady…
Coś mama jeszcze mówiła, głaskała mnie, płakała, a tata przyglądał się uważnie. Odwróciłem wzrok…
Po latach, już z żoną Marysią, chodziliśmy po bazarze szukając najładniejszej żywej choinki. Idzie Nowy Rok, Marysia kocha zapach igliwia, te kolce na podłodze, sęki z błyszczącą żywicą.
Jarmarków wtedy było mnóstwo, ale nie mogliśmy znaleźć tej jedynej.
Chodź, tam jeszcze zajrzymy, wskazała na ciemne stoisko w rogu. Blade światła rzucały cienie na sterty gałęzi.
Weszliśmy, Marysia macała gałązki, ale z cienia rozległ się chrapliwy, kobiecy głos:
Kupuj, a potem dotykaj! Ręce precz!
W światło weszła kobieta w watowanej kurtce, filcowych butach, z chustą na głowie. Twarz surowa, zmęczona, w oczach osiadła złość.
Poznałem ją. To była moja Danuta. Pierwsza, szalona miłość. Kobieta, która zostawiła na moim ciele blizny. Marysia czasem pytała skąd się wzięły zmyślałem. Kłamałem, bo kochałem ją prawdziwie, nie chciałem, by się martwiła. Marysia była z krwi i kości, dobra, szczera, moją skałą, zesłaną przez Boga. Nie chciałem jej krzywdzić.
Danuta spojrzała mi w oczy i splunęła. Poznała mnie…
Władek kazał jej stać tu na mrozie, handlować choinkami, a sam siedział w restauracji, popijał szampana. Nie bił jej, nie wyzywał po prostu znów okazał się sprytniejszy. Danuta straciła wszystko. Nie było już chłopaków do ratowania uroda minęła, zabrakło na połów
Chodź, Marysiu, szepnąłem żonie. Te choinki są kiepskie. Pojedziemy do lasu, tam sami sobie wytniesz.
Marysia uśmiechnęła się i uścisnęła moją rękę. Kochała mnie naprawdę, a ja nigdy nie mogłem uwierzyć, że na to zasłużyłem
I czy powinienem za swoje szczęście dziękować Władkowi? Za to, że wtedy nie kazał mnie zabić? Bo to on, chudy i przebiegły, zwyciężył mnie wtedy i zrobił ze mnie swojego dłużnika. Słusznie mi tak.
Dziś wiem, że w życiu można się sparzyć, można upokorzyć, można przegrać. Ale zawsze jest jeszcze jeden kawałek losu, na jaki nas naprawdę stać. Lepiej nie porywać się na cudze dobro nie tylko dlatego, że można dostać po głowie. Czasem cena to własna dusza. I tego nie wynegocjujesz nawet na śniegu, przed swoim ostatnim zachodem słońca.




