Mój jedyny syn jest oczkiem w głowie męża i dziadków. Wszyscy go uwielbiają, a ja od zawsze jestem na drugim miejscu. Mąż pamięta o jego urodzinach, imieninach, zna nawet dokładną godzinę narodzin. Za najdrobniejszy sukces dostaje prezenty – za czwórkę w szkole nowy telefon, za wygraną na zawodach sportowych duże kieszonkowe… A o moich urodzinach mąż nawet nie pamięta. Zapisuje w kalendarz, ale i wtedy zdarza mu się zapomnieć.
Po moim synu muszę sprzątać, ścielić łóżko, codziennie przyrządzać śniadania. To dla mnie denerwujące i niesprawiedliwe. Na czele ze swoim ojcem traktuje mnie jak służącą. Biegam za nim i robię wszystko, o co prosi. Mój mąż mówi, że on i syn są w domu mężczyznami, więc nie powinni mieszać się w sprawy kobiet. I w ten sposób mój mąż wychowuje swojego syna!
– Biegnij do domu, dziecko przyjdzie głodne ze szkoły, a Ty przyszłaś na plotki i kawkę, dobre sobie! – tak mnie przywitała teściowa, gdy przyszłam ostatnio w odwiedziny.
I musiałam biec do domu i gotować, bo przecież czternastolatek sam nie zrobi sobie nawet kanapki…
Po ślubie chciałam skończyć studia, ale mąż i teściowie mówili:
– Po co Ci wykształcenie? Wyszłaś za mąż, więc masz urodzić dzieci, zająć się mężem, prowadzić dom.
Nie przeciwstawiłam się, a teraz na to już za późno. Ludzie dziwią się, dlaczego żony są nieszczęśliwe, skąd się biorą despotyczni mężowie? Mój syn nawet nie potrafi ugotować sobie jajka. Oczywiście chcę dla niego jak najlepiej i przychyliłabym mu nieba, ale uważam, że są pewne granice. A one w naszej rodzinie zostały już dawno przekroczone. Moja teściowa rozwiodła się, bo mąż źle ją traktował i nie szanował, a teraz sama pochwala takie wychowanie wnuka. Próbowałam się buntować, ale szybko jestem uciszana i wszystko toczy się dalej w tym samym tempie.




