W ostatni weekend zdarzyła się tak nieprzyjemna sytuacja, że nawet nie wiem, jak ją opowiedzieć. Jest mi z nią tak strasznie ciężko na sercu…
Od samego początku mieszkam w małej wiosce, w rodzinnym domu. Tutaj z mężem zamieszkaliśmy po ślubie, tutaj też wychowaliśmy dwójkę dzieci, a później na świat przyszły nasze wnuki. Mąż całe życie pracował jako kierowca w piekarni, ale później przeszedł udar mózgu i musiałam oddać go do domu opieki. Było mi z tym bardzo trudno, ale sama nie jestem już na tyle zdrowa, by opiekować się jeszcze leżącym mężem.
Dzieci przyjeżdżają raz lub dwa razy w miesiącu, żeby pomóc mi posprzątać dom, który nie jest mały. Zwykle zabierają też wnuki, bo jadą samochodem. Z nich też jest pożytek, jeden zamiata, drugi odkurza lub wyciera kurz.
Sama staram się ich zachęcać. Jak się ładnie wykażą, to robię im ulubioną zupę grzybową, a latem lepię pierogi z wiśniami z sadu. Czasami nawet daję im po parę złotych „na lody”. Moje dzieci są temu przeciwne, ale babcia to babcia, czasem musi rozpieścić wnuki.
Przeczytaj także: Moje siostry były wiecznie zajęte, kiedy mama potrzebowała pomocy. Teraz urządziły mi prawdziwe piekło z powodu spadku
W ostatnim tygodniu przyjechała do mnie córka z 10-letnim Gabrysiem. Jej rodzina żyje dość biednie, nigdzie nie wyjeżdżają, więc nawet taki wyjazd do wioski jest dla dziecka wycieczką. Najpierw wnuk sprzątał z nami dom, później zamiatał podwórko.
Byłam bardzo zadowolona, takie dziecko to skarb. Dobrze się uczy, nie sprawia problemów i jeszcze zamiast do kolegów, woli przyjechać do mnie. Jak zwykle ugotowałam kluski, upiekłam ciasto, przygotowałam im na wyjazd parę słoików z konfiturami. Zjedliśmy do syta, pozbierałam, co miałam w domu, a co mogło się przydać córce i wyprawiłam ich do wyjścia.
Na koniec wyjęłam z płaszcza portfel i wyciągnęłam dwadzieścia złotych. Wiem, że to mało, nawet jak dla dziecka, ale sama oszczędzam, na czym tylko mogę. Moja emerytura prawie w całości idzie na ogrzanie domu, rachunki i leki. Czasem nawet jem kromki z masłem, bo nie stać mnie na porządne zakupy.
Pożegnaliśmy się, Gabryś podziękował i pojechali.
Następnego dnia chciałam iść na pocztę opłacić rachunek za prąd. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że w portfelu są same drobne. Miałam tam kilkaset złotych, bo nigdy nie chowam pieniędzy w byle jaki kąt przez złą pamięć. Zawsze wszystko noszę w portfelu.
Ja wiem, że to nie takie duże pieniądze, ale jest to nieprzyjemne. Kto inny mógł mi wyjąć z płaszcza wszystkie pieniądze, jak nie wnuk?
Rozumiem, że jak to dziecko, chciałby mieć na swoje wydatki. Mojej córki też nie stać na to, ale żeby w wieku dziesięciu lat być zdolnym do czegoś takiego, bardzo mnie to smuci.
I teraz myślę, czy powinnam zadzwonić do córki i powiedzieć, co podejrzewam, czy zostawić wszystko tak, jak jest?
Zostałam bez grosza przy duszy, będę musiała pożyczyć od sąsiadów, ale to już nawet nie chodzi o pieniądze…
Co Wy byście na moim miejscu zrobili?




