Muszę Ci opowiedzieć trochę o tym, jak to było u mnie w rodzinie, bo czasem ludzie myślą, că to tylko u nich jest ciężko. Od małego byłam najstarsza w naszej dużej rodzinie, więc automatycznie wszystkie obowiązki domowe i opieka nad młodszym rodzeństwem spadły właśnie na mnie. To nie była tylko kwestia pomocy, ale raczej nakaz po prostu musiałam to robić. W szkole i na podwórku dzieciaki ciągle się ze mnie śmiały, bo zawsze chodziłam z gromadką maluchów. Byłam z tego powodu smutna i przyrzekałam sobie, że nigdy nie będę mieć swoich dzieci. Ojciec reagował na te moje przysięgi, niestety, nie w sposób rozmowny, ale potrafił dać mi niezłą lekturę, jak to mawiał czyli siłą. Zawsze powtarzał, że tłukł mnie jak bęben.
Po ukończeniu dziewiątej klasy zostałam wysłana do szkoły gastronomicznej, bo rodzice uznali, że koniecznie muszę mieć zawód. Zaraz po skończeniu szkoły dostałam pracę w kawiarni. Rodzice jednak nie tylko mnie krytykowali, ale wręcz żądali, żebym wynosiła jedzenie z pracy i przynosiła do domu bo przecież muszę pomagać rodzinie, nie bądź głupia, nie daj się wykorzystać.
Cały czas kontrolowali moje zarobki, każdy grosz, wszystko. W pewnym momencie podjęłam decyzję, która naprawdę zmieniła moje życie. Kupiłam bilet PKP, spakowałam się i wyjechałam do Warszawy. Wiedziałam, że to za poważny krok, żeby cofnąć. Tam szybko znalazłam pracę jako pomoc w kuchni, a pokój wynajęłam u starszej pani, która była bardzo życzliwa. Żądała normalnej kwoty za czynsz jakieś 900 złotych a ja starałam się być jej pomocna. Mieszkanie było czyste, przyjazne, często razem jadłyśmy obiady i wspierałyśmy się wzajemnie.
Po pewnym czasie pani Basia przedstawiła mnie swojemu sąsiadowi, Michałowi. Zdecydowaliśmy się wziąć ślub, a jego rodzice przyjęli mnie serdecznie. Po roku urodziła mi się córeczka, Zosia, potem syn Dominik. W tym wszystkim coraz częściej myślałam o rodzicach, pojawiła się tęsknota, więc w końcu postanowiłam ich odwiedzić. Z mężem przygotowaliśmy prezenty, zapakowaliśmy dzieci i ruszyliśmy w drogę.
Niestety, moi rodzice nie chcieli nawet patrzeć na nas. Dosłownie wyrzucili nas za drzwi, trzaskając nimi tak mocno, że aż echo było słychać, spoglądając tylko przez okno. Nawet nie spojrzeli na moje dzieci czy męża, nie przyjęli prezentów więc zabrałam je z powrotem. To wszystko tak mnie zraniło, że powiedziałam sobie nigdy więcej tam nie wrócę, nie odwiedzę ich już. I od tamtej pory łatwiej było mi skupić się na swojej rodzinie, bez ciągłego patrzenia wstecz.




