Moi przyjaciele kupują mieszkania i wydają pieniądze na remonty, podczas gdy moja dziewczyna straciła wszystkie oszczędności, próbując powiększyć nasz kapitał.

Każdy ma żonę jak z pisma, a ja trafiłem na taką, że aż ciężko uwierzyć.

Jeszcze przed ślubem wszędzie opowiadała, że po weselu spokojnie kupimy sobie mieszkanie przecież goście dadzą kasę, a rodzina nas wesprze. No jasne! W praktyce jej rodzice stwierdzili, że skoro wpadła na genialny pomysł wyjścia za mąż za nieudacznika-handlarza mieszkaniami w wieku dwudziestu lat i bez jakichkolwiek studiów, to mieszkanie jakoś się ogarnie. Wiesz, jak oni się śmiali z naszej sytuacji? A ja musiałem brać moją świeżo upieczoną żonę pod pachę i zaprosić do moich rodziców.

U moich już na stałe pomieszkuje brat z ciężarną narzeczoną i mamy tam bardziej ciasno niż na promocji na drzwiach do Ikei. Rodzice delikatnie sugerowali, żebyśmy się może już wyprowadzili, nawet do wynajmu, ale postanowiłem zbieram na wkład własny, biorę kredyt, będzie dom. Żonka wiedziała, zgadzała się, bardzo, bardzo chciała się już wyprowadzić, aż tu nagle co wymyśliła? Zainwestowała całe nasze oszczędności w akcje.

Ale po co? A no jak mówiła, przemnożyć kapitał.

Moja mama o mało nie zeszła na zawał jak się dowiedziała. Ja sam miałem ochotę wyć, bo jak na złość te nasze cudowne akcje zaczęły lecieć w dół i teraz trzeba się mocno nagimnastykować, żeby cokolwiek z tego odzyskać. Albo sprzedamy ze stratą, albo będziemy czekać i modlić się, że kiedykolwiek coś wzrośnie. Super, znajomi mają rodziny, dzieci, własne M2 w Warszawie, a my mamy papierki!

Do tego żona płacze, bo żałuje daliśmy kasę jakimś specjalistom, żeby ją nauczyli, jak się inwestuje. Ja już się zastanawiam czy nie złożyć wniosku o rozwód. Miłość miłością, ale jak widzę, co się stało z pieniędzmi, które odkładałem latami, to już ciężko udawać szczęście.

Jakby się tak głębiej zastanowić, to chyba od początku nie zapowiadało się najlepiej, a cała ta historia upewnia mnie, że ślepa klamka zapadła wtedy, kiedy zdecydowałem się ożenić z Martą. Normalnie czarna seria, tylko że ze śmiechu już dawno przestałem się śmiaćAle wiesz co? Kiedy już naprawdę myślałem, że koniec, że tylko karton pod mostem nam zostanie, wieczorem Marta usiadła obok mnie na tej naszej starej, skrzypiącej kanapie, wyciągnęła rękę i, po raz pierwszy od dawna, bez słowa mocno mnie przytuliła. Pachniała jeszcze trochę histerią po całym tym zamieszaniu, ale nagle pomyślałem, że może tu jest nasze miejsce tu, gdzie człowiek nie idzie na łatwiznę, tylko walczy o kawałek światła nawet gdy inni już zgasili lampki.

Rano na stole leżała kartka: Przepraszam. Nie potrafię cofnąć czasu, ale potrafię piec szarlotkę i zaczynam dorabiać korepetycjami. Pomożemy sobie, obiecuję. Może nie będzie nam jak z pisma, ale może kiedyś będzie o czym opowiadać wnukom że z papierków zrobiliśmy dom.

A ja pomyślałem, że może na razie to wystarczy marzenie na kredyt, uśmiech na raty i szarlotka na śniadanie. Może między tymi stratami i śmiesznymi papierami właśnie zaczyna się nasza własna historia, lepsza niż wszystkie cudze mieszkania razem wzięte.

Oceń artykuł
TwojaCena
Moi przyjaciele kupują mieszkania i wydają pieniądze na remonty, podczas gdy moja dziewczyna straciła wszystkie oszczędności, próbując powiększyć nasz kapitał.