Mąż z testamentu

Wiesz co, muszę ci opowiedzieć, kogo poznałam w pociągu z Warszawy do Gdańska. Siedzę sobie w przedziale, a tu nagle wchodzi kobieta wysoka, donośnym głosem, jak trzeba to i ryknie, a całą ferajną od razu potrafi rozgonić. No po prostu czysta siła charakteru! A co najlepsze, chłopy, wielkie jak dęby i zuchwalcy, natychmiast jej posłuchali, jakby to była ich matka naczelna.

A co za uroda! Złote warkocze uplecione na głowie, oczy jak bławatki, policzki aż czerwone, że aż się chciało patrzeć. Spojrzała w stronę toalety i wtedy buch, wyskakuje taki niski, chudziutki pan, włosy białe jak mleko, z dziecięcym, trochę rozbrajającym wyrazem twarzy.

Jasiu! Już myślałam, że mi zginąłeś! Słyszę, że jakieś zamieszanie, konduktorka boi się podejść, a ty gdzie? Jeszcze by cię te łotry zaczepiły! krzyknęła.

Oj, Weronisiu! Dałbym im radę… Ale po co ty wyszłaś, Werenko? Ty przecież dama jesteś odpowiedział cicho mężczyzna, po czym od razu zniknął w przedziale.

Przeskanowała mnie wzrokiem i jeszcze ze dwóch innych znudzonych pasażerów. Zagrożenia dla siebie i Janka nie dostrzegła, więc też się wycofała.

A potem, słuchaj, znowu się spotkałyśmy, tym razem w wagonie restauracyjnym. Tłok taki, że siadłam przy jej stole, bo nie było gdzie. Janka nie było widać, a ona zjadła mięso z ziemniakami i mówi do mnie swoim mocnym głosem:

Ja mam na imię Weronika Henrykowna. Ale możesz mówić Weronika.

A mąż gdzie? Przyjdzie?

Odpoczywa. Nie przyjdzie tu. Obwiązałam mu gardło szalem, dałam ciepłego kompotu z żurawiny. No, wyobraź sobie, w drodze, a Jasiu się rozchorował! Taki to typ. Wyszedł trzepać dywan w samym swetrze i teraz ma za swoje! opowiadała.

Chyba pani go bardzo kocha. Jeszcze przed chwilą w obronie gotowa była pani się bić, a teraz z taką czułością mówi. To znaczy, że dla pani to cały świat odważyłam się powiedzieć.

Weronika uśmiechnęła się, pokręciła głową.

Powiem pani, Jasiu mi się trafił jakby w spadku. Nie mój mąż, chociaż razem żyjemy. Ciągle się smuci, jego pierwsza żona niedawno zmarła. Święta kobieta. Tyle dobrego westchnęła.

Jak to: w spadku? aż się zakrztusiłam.

No i zaczęła opowiadać.

Otóż Jasiu dawniej mieszkał z Lidią. Znali się jeszcze z ławy szkolnej, razem studiowali. Pobrali się. Jasiu to taki wynalazca, co wszystko potrafi wymyślić. Łeb jak sklep, zamówienia od przeróżnych firm, pieniędzy im nie brakowało. Tylko tak w życiu codziennym, to Jasiu był totalnie niezaradny. W sklepie potrafił zapomnieć reszty, drogę przeszedł nie tam, gdzie trzeba, nie wiedział, co, gdzie i za ile kupić. A do tego tak naiwny, że każdemu obcemu mógłby oddać portfel.

Znajomi mówili:

On jakby z innej planety. My się staramy, dorobić ledwo co, a tu Samo do niego przychodzi!

Lidia nie miała na co narzekać. Jej energii i praktyczności wystarczało za nich oboje. Sama Janka do pracy ubierała, sprawdzała rękawiczki, owinęła szalikiem. Z czasem samochód kupiła, żeby go odwozić bo jak raz do taksówkarza podał zły adres, to pojechał na drugi koniec miasta. Jakoś się uzupełniali.

Pewnego dnia Lidia trafiła do szpitala na kilka dni. Po powrocie ledwo nie padła z wrażenia: Jasiu przez cały ten czas jadł suchy makaron i pił wodę. Nawet czajnika nie włączył, zamrażarka nie ruszona.

Bez ciebie nie chce mi się jeść. Ani życia nie mam uśmiechnął się tylko.

Ich syn Andrzej wdał się w ojca genialny, ale nieogarnięty. Ale, wiesz, intelekt ceniony. Żona jego, Ola, cichutka dziewczyna ze wsi. Szefową, wiadomo, była Lidia. Swój los przyjęła, nawet wnuka im wychodziło się doczekać Leosia. No ale nagle zachorowała i poszło już szybko.

W domu zrobiło się cicho i smutno. Jasiu w popłochu nie wiedział, co robić. Lekarzy ściągnął najlepszych, gotów był zapłacić ile trzeba (w końcu tych złotówek miał pod dostatkiem), ale nic to nie dało.

Lidia nie bała się o siebie, tylko o rodzinę. „Beze mnie Jasiu i Andrzej sobie nie poradzą!”, mówiła. Wyobraź sobie, że ona modliła się nie o ozdrowienie, tylko żeby Bóg kogoś do nich przysłał.

I tak zjawia się Weronika. Pracowała wtedy jako opiekunka, była daleką kuzynką lekarza, który prowadził Lidię. Weszła do mieszkania i szok zastała istnego arystokratę, cichy, delikatny, a wokół jeden wielki rozgardiasz: brudne gary, góra prania, a przecież mieli zmywarkę. W powietrzu zapach stęchlizny i smutku.

Na łóżku leży Lidia: słabiutka, szczupła, z wielkimi oczami. Uśmiechnęła się do Weroniki, a ta od razu zakasała rękawy i zabrała się za robienie porządku.

Do wieczora mieszkanie nie do poznania lśni podłoga, pachnie kotletami, pierogami i smażonym kurczakiem. Lidia zasnęła czysta, w świeżej pościeli, a Jasiu normalnie chciał wyjść do miasta w samej wiatrówce, no głowa nie od tego, co założyć! Ale Weronika go zatrzymała:

Gdzie to się wybierasz w takim chłodzie, mój drogi? Zaraz się rozchorujesz, a żonie trzeba być zdrowym. Tu, kurtkę, szalik i czapkę na uszy. No, już! rzuciła.

Lidia się aż popłakała z ulgi. Robi hałas, ta Weronika, twardo stąpa po ziemi, jak słoń w sklepie z porcelaną, ale kobieta z sercem na dłoni.

Dzięki Ci, Panie Boże. Już się nie muszę o nich martwić szepnęła.

I wtedy, jak czuła, powiedziała Weronice: Wiesz co? Jak już mnie nie będzie, to na ciebie zapisuję mojego Janka. Tak obrazowo, po prostu poproszę przypilnuj go, jak mnie zabraknie. Bo on to taki, co łatwo choruje, wszystkim ufa…

Weronika zaniemówiła. Myślała: No nie! Przecież jeszcze mnie posądzą, że chodzi mi o mieszkanie. I nie czuła do niego żadnej miłości. Ale słowo już dała.

Lidii wkrótce zabrakło. Weronika pomyślała, że nie będzie się narzucać, ale sumienie nie dawało spokoju. Poszła ich odwiedzić. Drzwi otwarte, a w pokoju Jasiu na podłodze siedzi z halatem żony, wtula się i płacze tak żałośnie, że aż serce pęka. No, nie wytrzymała, przysiadła się, podała mu herbatę, uspokoiła.

Od tej pory codziennie wpadała, potem się spakowała i została z nim na stałe. Jej rodzina tylko się cieszyła, bo w końcu miała miejsce dla siebie. Dostałam duże dziecko, nie chłopa, ale z głową na karku! Kasy nigdy nie brakowało namówił mnie, żebym rzuciła pracę opiekunki. Ludzie trochę gadali, aż im się wreszcie znudziło. Przecież psy i koty ludzie biorą z ulicy, to i taki samotny człowiek wymaga serca! Bezradny, porzucony, jak żółw przewrócony na skorupę. Pomagam, ile mogę. Dobrze nam razem tak mi opowiedziała Weronika.

W tym momencie do wagonu restauracyjnego wchodzi Jasiu, w długim, wełnianym szalu, z bukietem polnych kwiatów, u babinek na stacji kupionych.

No i po co wstałeś, słabiutki przecież jesteś! Widzisz, wystarczy cię na chwilę samego zostawić, już przemokniesz albo się zgubisz mówiła troskliwie Weronika i prowadziła go do wyjścia.

A Jasiu, trzymając kwiatki, cały czas tylko szeptał:

Weronisiu, kupiłem ci je na stacji… Podobają się?

Weronika zarumieniła się jeszcze bardziej, zarzuciła mu rękę na ramię. Wysiedli z pociągu wcześniej, ona niosła wielką walizę, Jasiu tylko małą torbę. Cały czas go prowadziła za kołnierz, żeby się nie zgubił w tłumie. Szli oboje, uśmiechnięci jak dwa słoneczka. I można było się założyć będzie Weronika jego drugą żoną, bo w życiu właśnie tak bywa: czasem najcenniejszych ludzi dostaje się w spadku.

Oceń artykuł
TwojaCena
Mąż z testamentu