Mieszkam sama w urokliwym domku na skraju wsi. Mam czterdzieści lat, ale moje życie osobiste jest puste. Trzy lata temu rozstałam się z moim mężem, znużona jego ciągłymi zdradami. Po tym zdarzeniu bardzo się rozczarowałam mężczyznami i nie chciałam nawiązywać nowych związków. Pracuję jako księgowa w lokalnej firmie. Zarabiam na tyle dobrze jak na wiejskie warunki, że mogę sobie pozwolić na komfortowe życie. Wokół swojego domu zrobiłam ogródek z pięknymi różami, a wejście do mojego domu wygląda jak brama do magicznego świata. Mieszkam dobrze i jestem zadowolona ze swojego życia.
Samotność mi nie przeszkadzała, chociaż czasami, jesienią, czułam potrzebę towarzystwa, kogoś z kim mogłam podzielić się swoimi myślami i emocjami. Pewnego dnia do mojego domu zapukała mała dziewczynka z sąsiedztwa. Asia pochodziła z biednej rodziny. Było to widoczne nawet po jej wyglądzie. Jej matka, sama wychowująca dwójkę dzieci, miała słabość do picia. Wszyscy we wsi o tym wiedzieli, ale nikt nie zwrócił się do odpowiednich instytucji. Niektórzy mieli nadzieję, że się opamięta, inni, że dzieciom z matką jest lepiej. Ogólnie rzecz biorąc, kiedy była trzeźwa, była dobrą gospodynią domową, a pić zaczęła po śmierci męża.
Dziewczynka wyglądała na zaniepokojoną, a w jej dużych niebieskich oczach błyszczały łzy.
– Asiu, co się stało? – nie wytrzymałam w końcu.
– Tam … mama… Ona… Ona…
Nie czekałam na dokończenie zdania, szybko pobiegłam do domu sąsiadki. Tam znalazłam leżącą kobietę na podłodze, całą brudną, nie ruszała się, nie wiem nawet, czy oddychała. Najprawdopodobniej zatruła się alkoholem, to była moja pierwsza myśl. Zabrałam stamtąd młodszą dziewczynkę, która miała zaledwie cztery lata. Zadzwoniłam po pogotowie i policję. Gdy organizowano pogrzeb i wyjaśniano okoliczności, dziewczynki zostały u mnie. W tym czasie zrozumiałam, że nie mogę pozwolić im trafić do domu dziecka. I tak dziś walczę o to, by otrzymać prawa do opieki dla dwóch dziewczynek. Czas pokaże, czy mi się uda, ale jestem dobrej myśli.




