„Masz zwisającą skórę!” — 60-letni mąż szczypał mnie w bok przy gościach, więc przyniosłam lustro i pokazałam, co zwisa u niego.

Masz zwisającą skórę! sześćdziesięcioletni mężczyzna szczypnął mnie w bok na oczach gości. Przyniosłam wtedy lustro i pokazałam, komu naprawdę coś zwisa.

Grażyna, a co to masz tutaj? Zbyszek, ledwo rozgrzany po trzecim kieliszku domowej nalewki, wysunął dłoń i z prawdziwie gospodarczym zapałem uszczypnął mnie tuż nad paskiem spódnicy.

Idealnie tam, gdzie materiał lekko się naprężał, kiedy siedziałam.

Zrobił to głośno, przy stole, jakby był w domu pana Boga za piecem.

Zbyszek, zwariowałeś? próbowałam delikatnie odsunąć jego łapsko, jakby to była uparta mucha październikowa, ale on był nie do zatrzymania.

Jego paluchy, krótkie i pulchne jak przypalone parówki, znowu ścisnęły mój bok, wywołując nie ból, a poczucie dotkliwej żenady.

Spójrzcie no! zwrócił się do naszego sąsiada, Marian siedział naprzeciwko i już mierzył widelcem do sałatki śledziowej pod pierzynką. Mówię jej: Grażyna, przestań wcinać chleb na noc, a ona mi, że to wiek, hormony.

Zbyszek zaryczał śmiechem, brzuch podskakiwał mu tak, że rozdęte guziki świątecznej koszuli zaczęły grać w ruletkę, który pierwszy wystrzeli.

Jakie hormony? To lenistwo! podsumował z dumą, jednocześnie omiatając stół spojrzeniem.

Zbyszek, przestań, wysyczałam przez zęby, czując jak burak wpełza mi na szyję i policzki.

Marian niepewnie załkał, wpatrując się w talerz, jakby ze wzorku majonezu miał zaraz powstać nowy Memling.

Jego żona, Jadwiga, zaczęła gorliwie układać serwetkę, jakby właśnie wtedy odkryła, że jest z origami na ty.

Co przestań? Zbyszek poczuł showmana w żyłach niczym Edward Miszczak podczas ramówki i wcale nie zamierzał zamilknąć. Prawdy już nie wolno mówić? Masz tu takie wałki!

Wskazał mnie palcem jak nauczyciel sprawdzający sterczącą drożdżówkę.

Patrz, tu, cały fałd, kontynuował z zapałem edukacyjnym. Jak u shar-peia, same zmarszczki. No przecież to nie wygląda, Grażynko.

W pokoju zaległa gęsta, jak rosół z wkładką, cisza. Ciszę mącił tylko ledwo słyszalny buczenie lodówki w kuchni.

Ja się staram dla ciebie, dorzucił tonem mentora, rozsiadając się ciężko i splatając ręce na wydatnej piersi. Kobieta powinna się pilnować, żeby mężowi miło było na nią patrzeć prawo natury.

Spojrzałam na niego tak uważnie, jakbym widziała go pierwszy raz po trzydziestu latach małżeństwa.

Sześćdziesiąt dwa lata życia.

Brzuch zwisający nad spodniami jak nadwiślańska mgła za październikowy poranek.

Drugi podbródek przechodzący płynnie w szyję, potem od razu w opadające ramiona, bez śladu atletyzmu.

Łysa pała, świecąca od duchoty i żarcia w blasku żyrandola, jak posmarowany tłuszczem naleśnik na Tłusty Czwartek.

Czyli dla oka miło? zapytałam, a głos miałam tak spokojny, że aż sama się zdziwiłam.

Coś się we mnie przestawiło jak bezpiecznik w starym blokowisku.

Zamiast wstydu, łagodzenia i świętej cierpliwości przyszła absolutna jasność.

Pewnie! z ulgą zastukał się po piersi, wydając dźwięk jak bębenek. Zobacz mnie! Formę trzymam.

Jaką formę? spytałam, nie spuszczając z niego wzroku.

Męską powstał w całej okazałości, na tyle ile pozwolił mu kręgosłup. Każdego ranka ćwiczę, pięć minut hantle, jestem w formie.

Spróbował wciągnąć brzuch na pokaz. Skończyło się na tym, że brzuch tylko lekko zadrżał, po czym z powrotem wylał się nad pasek jak ciasto na drożdżowe.

Facet musi być orłem, a nie workiem kartofli, zakończył wykład.

Orłem, powiadasz? powoli, bez pośpiechu wstałam od stołu.

A dokąd? Obraziłaś się? zawołał za mną, dolewając nalewki. Na prawdę się nie obraża, Grażyno! Schudnąć trzeba, a nie dąsać się!

Wyszłam do przedpokoju, gdzie pachniało starą kurtką i pastą do butów.

Na ścianie wisiało nasze stare, rodzinne lustro.

Ciężkie, w masywnej, owalnej, drewnianej ramie, pamiętające nas młodszych, piękniejszych i w sumie smuklejszych.

Zdjęłam je zdecydowanie z gwoździa. Pewnie ważyło z pięć kilo kto by tam liczył ale ręce miałam jak ze stali.

Wróciłam do pokoju, trzymając lustro jakby było tarczą rycerską albo orzeczeniem sądu najwyższego.

Goście znieruchomieli z widelcami w powietrzu, Jadwiga zapomniała zamknąć usta z ogórkiem zawieszonym pomiędzy.

Zbyszek, wstań, rzuciłam cicho, ale tak, że nawet Marian nie protestował.

Po co? szczerze się zdziwił, ale dla bezpieczeństwa jednak się poderwał. Tańczyć będziemy?

Nie podeszłam bliżej, a zapach cebuli i spirytusu uderzył w nozdrza. Będziemy podziwiać orła.

Wepchnęłam mu lustro pod sam nos.

Trzymaj.

Chwycił ramę odruchowo, aż go ręce załaskotały od ciężaru.

Co ty wymyśliłaś? wystraszył się. W głosie pojawiła się nuta paniki.

Patrz przykazałam tonem, jakim gani się niesfornego kota. Uważnie patrz.

Wpatrywał się niepewnie w swoje odbicie, drżące ciut od nerwów.

No widzę. I co?

Teraz rzuć okiem niżej, wbiłam palec w szkło tam, gdzie odbijał się jego tors w upoconej koszuli. Widzisz?

Co? próbował jeszcze się bronić.

Masz tu wałki! wypowiedziałam głośno i dobitnie, naśladując jego piątkową manierę. I to nie tyle zwisają, co wręcz leżą, Zbysiu!

Grażyna! próbował odsunąć lustro, twarz czerwona jak pomidor ze straganu.

Trzymaj! docisnęłam ramę, żeby nie uciekł. To tutaj, tuż nad paskiem co to niby jest? Żelazny kaloryfer?

Marian parsknął śmiechem, łapiąc się za gardło, bo duszności go wzięły.

Nie, kochany, to koło ratunkowe, ciągnęłam bezlitośnie. W razie, jakby w tłuszczu trzeba było się ratować.

Zbyszek już był czerwony jak burak ćwikłowy na Wielkanoc.

A to tu? wskazałam jego boczki wypływające z portek. Orle skrzydła? Czy raczej uszka, jak u świątecznego prosiaka?

Przestań! syknął przez zęby, próbując się zasłonić. Ludzie patrzą, po co mnie tak kompromitujesz?

Patrzą, nie patrzą! podniosłam głos, by go przekrzyczeć. Chciałeś szczerości? Proszę, oto walka o estetykę według Zbyszka.

Odsunęłam się na długość ramy, żeby ogarnąć całą sylwetkę.

To może przeanalizujemy twoją estetykę? rzuciłam. Bokiem do światła poproszę.

Nie zamierzam zaczął, lecz szybko się zamknął.

Bokiem! huknęłam, sztućce zabrzęczały cicho na stole.

Jak zahipnotyzowany przekręcił się bokiem.

W lustrze odbił się profil, którym Feniks by nie pogardził, ale orłem nie był.

I szyja a właściwie jej chroniczny brak.

Widzisz ten potrójny wałek z tyłu głowy? mówiłam spokojnie jak lekarka. To, mój drogi, shar-pei, rodowód sto procent polski.

Jadwiga już się nie kryła, zatopiła twarz w serwetce i cała aż drżała od śmiechu.

A pod brodą? nie miałam litości. To taki polski pelikan? Chowasz tam makrelę na potem?

Jestem facetem! zapiszczał żałośnie Zbyszek, a argument wypadł mu z rąk jak niedojrzała śliwka. Mnie wolno!

Aha, tobie wolno? Prychnęłam, chłodno. Czyli jeśli po dwóch dzieciach i trzydziestu latach nad garem mi zrobiła się jedna fałdka, to wstyd, lenistwo i skóra zwisa?

Podeszłam bliżej i spojrzałam mu prosto w oczy.

A kiedy ty, co przez dziesięć lat nawet pilota nie podniósł, przeistoczyłeś się w galaretę to już chłop w sile wieku?

Zdecydowanym ruchem wyrwałam lustro z jego łap, ręce miał już wykończone.

Stał tak w środku pokoju, ledwo zipiąc, z guzikiem, który ostatecznie skapitulował i potoczył się pod szafę.

Cała orla powaga uleciała mu jak dym spod patelni.

Stał przede mną po prostu zdezorientowany starszy pan, nagle świadomy, że król jest nagi. I, delikatnie mówiąc, nieco zaokrąglony.

Siadaj rzuciłam spokojnie, stawiając lustro przy komodzie. I jedz.

Opadł ciężko na krzesło, aż zaskrzypiało.

I jeszcze raz słowo powiesz o mojej figurze, to powieszę to lustro naprzeciwko. Z każdym posiłkiem będziesz oglądał swój pelikan.

Marian ryknął śmiechem otwarcie, lejąc sobie kompot i ocierając łzy.

Zbyszek sięgnął po marynowanego grzybka i zaczął go żuć, starając się zniknąć.

Atmosfera się rozrzedziła. Jakby ktoś po wieloletnim remoncie w końcu wpuścił do mieszkania świeże powietrze.

Wróciłam na swoje gospodarskie miejsce.

Ukroiłam sobie monstrualny kawałek tortu napoleon, który piekłam pół dnia, rozwałkowując blaty aż do lekko prześwitujących.

Krem wypływał bokiem, blaty chrupały pod widelcem.

Grażyna, podeślij mi też kawałeczek, ale taki solidny poprosiła Jadwiga, podstawiając talerz. Niech to szlag, żyjemy raz.

Mnie też, zawtórował Marian, napełniając szklankę sokiem porzeczkowym. Widzisz, rosną mi skrzydła, muszę dodać kalorii.

Zbyszek na chwilę podniósł wzrok.

Spojrzał na mnie z jakąś nową, nagłą powagą. Potem spojrzał na tort. Potem na lustro stojące przy ścianie cichego świadka własnego Waterloo.

W dolnej szybie lustra odbijały się jego stopy w skarpetkach, jedna czarna, druga granatowa, prawie fioletowa.

Domowy orzeł, nie ma co

Przepraszam, Grażynka, mruknął cicho, wpatrując się w obrus. Bez sensu palnąłem.

Jedz, Zbyszek, jedz, powiedziałam z satysfakcją, odgryzając kawałek napoleonki. Na siłę musisz mieć.

Uniósł brew.

Do podnoszenia hantli, wyjaśniłam z uśmiechem. Przecież jesteś naszym sportowcem.

Wieczór potoczył się zwykłym tempem. Rozmowy o cenach, działce i pogodzie.

Tyle że coś pod stołem i w duszy przeklinęło epokę napuszonych domorosłych krytyków.

Mój domowy orzeł wyparował i został po prostu zwyczajny facet, z własnymi lękami, tłuszczykiem i skrzydełkami.

I wiecie co? Ten tort był diabelsko dobry. Najlepszy od dwóch dekad.

Lustro zostało w pokoju. Zbyszek przechodząc obok, zawsze prostuje się i wciąga brzuch.

I już więcej ani słówkiem nie wspomina o mojej zwisającej skórze.

Chyba woli nie budzić pelikana.

Oceń artykuł
TwojaCena
„Masz zwisającą skórę!” — 60-letni mąż szczypał mnie w bok przy gościach, więc przyniosłam lustro i pokazałam, co zwisa u niego.