Mamo, masz już sześćdziesiąt pięć lat. Powinnaś pójść do notariusza i przepisać dom na spadek napominała siostra na wsi, jakby prowadziła jakąś niezwykłą ceremonię, podczas gdy za oknem rosły cukrowe brzozy, a niebo miało smak śliwkowego kompotu.
Tydzień temu świętowaliśmy urodziny mamy. Okrągłe, sześćdziesiąte piąte. Mama nie chciała robić z tego wielkiego zamieszania. Po prostu zaprosiła nas do domu, żebyśmy posiedzieli razem w cieple kuchennej herbaty. Kupiłem jej bukiet róż, ciepły szlafrok i kapcie o barwie wschodzącego słońca. Do tego wsunąłem do koperty trzy tysiące złotych na czarną godzinę albo na czajnik, co śpiewa arie.
Moja żona i dzieci nie mogły jednak przyjechać. Syn rysował gorączką, córka miała zawody w skakaniu pod chmury, a Ritę zagonili służbowo do Warszawy, gdzie ulice wiją się niczym węże na dywanie. Dzieci narysowały dla babci wielki obrazek stoimy wszyscy razem pod domem, a nad nami fruwają niebieskie bociany.
Wtedy, niespodziewanie jak nagły wiatr w lipcu, przyjechała jeszcze moja młodsza siostra, Wera.
Słuchaj, zapomniałam kupić mamie prezentu. Powiedz, że ten szlafrok jest ode mnie i od ciebie, dobrze?
No dobrze. Ale pamiętasz, że to ważny dzień dla mamy? Taka poważna rocznica.
Eee, Damianku, nie masz pojęcia, jakie kłopoty mam w pracy! przewróciła oczami, jakby widziała w nich cały świat do góry nogami.
Moja siostra to trochę wolny elektron. W wieku dziewiętnastu lat urodziła dziecko z chłopakiem z akademika, który wyparował jak para po deszczu nie płaci alimentów ani nie wysyła pocztówek z nieba. Pracowałem wtedy na budowie, czasem przesyłałem Werze pieniądze na mleko, ubrania, krem z wanilią dla małej Kasi.
Załatwiłem miejsce w przedszkolu, znalazłem siostrze pracę u znajomego w sklepie spożywczym. Pracowała tam tylko trzy miesiące, po czym rzuciła wszystko jak niedojedzoną bułkę.
Od tego czasu chwyta się różnych zajęć raz robi paznokcie, raz rzęsy doczepia komuś, kto chce patrzeć na świat szeroko otwartymi oczami. W zeszłe lato wyjechała nawet do Niemiec na sezon, zostawiła Kasię mamie pod opieką. Ale wróciła z siedemdziesięcioma tysiącami złotych wydała je na nowy telefon i laptop dla córki, jakby chciała kupić kawałek lepszego snu. Ja tyle zarabiam w miesiąc, ale śpię krótko, żeby doba była dłuższa.
Mama cieszyła się z naszego przyjazdu. Przygotowała stół pełen makowców i kompotu, którym można było nasączyć sny. Przyszła też sąsiadka i ciotka Otylia, która zawsze śmieje się cicho jak deszcz padający zimą.
Święto prysło jak ulotna bańka, gdy Wera nagle przy stole pełnym pierogów z wiśniami zaczęła mówić o spadku:
Mamo, na kogo przepiszesz dom?
Oj, Werusiu, co za pytania. Przecież podzielicie się po równo.
Co to znaczy po równo? Damian ma już mieszkanie i firmę. Ja dalej wynajmuję pokoje z krzywym lustrem. Po co mu ten dom?
Mówiła, jakby mama miała zniknąć już jutro, jakby za oknem czekał na nas wielki czarny autobus. Nic sobie nie robiła z obecnych, nawet makowiec nie chciał jej się przełknąć.
Werka, to nie czas na takie rozmowy. Nie psuj uroczystości.
Kiedy jeśli nie teraz? Mamo, masz sześćdziesiąt pięć lat. Nie zwlekaj, idź do notariusza i przepisz dom na mnie.
Ciotka Otylia zakrztusiła się herbatą, gdy to usłyszała. Nie wytrzymałem, złapałem Werę za rękę i wyprowadziłem ją do kuchni, gdzie wisiały ostre noże i suszyły się czerwone papryki.
Zwariowałaś? Co za bzdury opowiadasz przy stole? Już pogrzebałaś mamę w myślach?
Nie wtrącaj się, Damian. Sama wychowuję dziecko, a ty…
Sama? Zapomniałaś, jak ci pomagałem? Jak mama z Kasią siedziała? Zaraz dostaniesz tak, że ściana usłyszy.
Wera obraziła się, zabrała Kasię i wyszła, nawet nie zamykając za sobą drzwi. Potem groziła mi, że pójdzie na policję i złoży na mnie skargę. Ale jej groźby były lekkie jak watra.
Mama martwi się o Werę. Siostra nie pozwala Kasi rozmawiać z babcią, nie odbiera telefonu, jakby zamknęła się w domu z lusterkiem, które odbija tylko obraz domów na sprzedaż. Mama z tego powodu płacze i łapie się za serce, jakby próbowała schować ból pod szlafrokiem.
Nie wiem już, co zrobić z siostrą. Dorosła kobieta zachowuje się jak rozkapryszone dziecko w sklepie z cukierkami.
A gdyby ktoś we śnie słuchał tej historii i zapytał: pogodzić się z nią czy nie? W snach odpowiedzi są zawsze ulotne, jak ślady na śniegu w kwietniowe południe.




