To było już wiele lat temu… Dziś, gdy o tym myślę, wciąż czuję lekki żal i uśmiecham się pod nosem, bo takie rzeczy mogły wydarzyć się tylko w mojej rodzinie. Otóż moja mama, Zofia Kowalska, zrobiła coś, co wtedy wydawało mi się zupełnie niezwykłe postanowiła sprzedawać nam, swoim dzieciom, warzywa ze swojej własnej działki. Tłumaczyła, że nikt jej nie odwiedzał, że nie pomagaliśmy, to teraz tak będzie. Jakoś szybko zapomniała, kto płacił za wodę, szklarnię, kto wynajął ludzi do przekopania ziemi i zrobienia grządek.
Wszelkie owoce i warzywa i tak kupowaliśmy tanio w Biedronce.
Nigdy nie mieliśmy własnej działki niedaleko Warszawy. Mieszkaliśmy w bloku na Żoliborzu, a tata chyba nigdy nie widział jak wyglądają ziemniaki przed wejściem do marketu. Mama, całkiem przeciwnie, pochodziła spod Radomia i była już zmęczona romantycznymi opowieściami o ogrodzie z dzieciństwa i nie tęskniła za tym.
Za życia taty nie było mowy o dodatkowych uprawach, bo tata zarabiał wystarczająco dużo na wszystko, nawet w trudniejszych czasach. Mama też pracowała, ale to ojciec pokrywał główne wydatki.
Po jego odejściu skupiliśmy się na sobie, niewiele się zmieniło. Dopóki byłam dorosła i mieszkałam z mamą, dzieliłyśmy koszty i wspierałam ją najlepiej, jak umiałam. Z domu rodzinnego wyprowadziłam się dopiero po ślubie, dwa lata temu.
Rok temu, po przejściu na emeryturę, mama zapragnęła wrócić do dawnych wspomnień i kupiła niewielką działkę z altanką na podwarszawskich ogródkach działkowych, marząc o czasach, gdy jako dziewczynka pomagała babci. Wypłaciła oszczędności z PKO i dokonała zakupu. Po prawdzie to miejsce nie wydawało się zbyt wygodne, ale mama była szczęśliwa a przecież o to chodziło najbardziej.
Oczywiście ja i mój mąż Marek musieliśmy się dorzucić na remont domku i doprowadzenie porządku na działce. Mieliśmy pracę, nie narzekaliśmy na zarobki, więc mogliśmy sobie pozwolić na rozbudowę werandy, doprowadzenie wody i ogarnięcie podwórka. Pałacu z tego nie zrobiliśmy, ale było schludnie.
Od samego początku odmówiliśmy jednak pracy w ogrodzie. Ani czasu, ani ochoty, żeby siedzieć w ziemi po tygodniu pracy. Oboje przyzwyczajeni jesteśmy do wygód, a weekendy wolimy spędzać albo wyjeżdżając, albo śpiąc do późna i spotykając się z przyjaciółmi.
Mama była bardzo rozczarowana naszym podejściem, wielokrotnie słyszeliśmy od niej wyrzuty, ale gdy trzeba było dołożyć się do napraw lub nowego sprzętu, wszystkie żale szybko znikały. Kto inny kupił szklarnię, kto zapłacił za robotników przekopujących ogród? Mama tylko zlecała zadania. Nawet, gdy przywoziła zbyt ciężkie zakupy z bazaru pod Placem Wilsona zamawialiśmy dla niej taxi, żeby nie musiała nosić wszystkiego przez całą Warszawę.
Co jakiś czas chwaliła się zdjęciami z działki patrzcie, jakie piękne pomidory, jak wszystko schludne, warzywa soczyste! Nie bardzo rozumiałam tę radość, więc tylko uprzejmie kiwałam głową. I tak mijały miesiące, aż do pewnego czerwcowego wieczoru.
Mama przysłała wtedy MMS-a ze zdjęciem truskawek ogromnych, czerwonych, dorodnych. W jednej chwili przypomniał mi się smak takiej świeżej truskawki, aż ślinka napłynęła mi do ust. Poprosiłam więc, żeby odłożyła mi trochę na bok, a ja wpadnę po pracy je odebrać. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mama odeśle kolejne zdjęcia tym razem plastikowych pudełek z oznaczoną ceną… w złotówkach!
Musiałam przeczytać wiadomość kilka razy, by zrozumieć, że mama… zamierza sprzedać mi truskawki ze swojej działki. Zadzwoniłam i zapytałam, czy aby na pewno się nie pomyliła. Lecz ona twardo:
Na co liczyliście? Ja tu chodzę, pielę, podlewam, doglądam każdego krzaczka, a wy z Markiem, tacy wygodni, nawet raz nie zajrzeliście pomóc! Dlaczego miałabym wam coś dawać za darmo? Kto nie pracuje, ten nie je powiedziała, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem.
Przypomniałam jej, ile już wydaliśmy na tę działkę, ale mama tylko się obruszyła: „Tak rozmawia się z własną matką?”
Zasada nie kupuję jedzenia u własnej mamy stała się wtedy oczywista. Skoro tak, to niech sprzedaje innym. My z Markiem kupujemy owoce i warzywa w sklepie, prościej już się nie da. Mama jeszcze próbowała oferować ogórki, cukinię każda kolejna propozycja spotykała się z odmową.
Postanowiliśmy: pieniędzy na działkę już nie damy, nawet jeśli poprosi. Wyjątkiem są leki, rachunki czy rzeczy naprawdę niezbędne do życia. Ale żeby dalej inwestować w grządki i szklarnie? Nigdy więcej.
Tak to już bywało u nas w rodzinie, gdzie miłość i pragmatyzm szły ręka w rękę. Każdy z nas na swój sposób próbował się troszczyć, choć czasem wychodziło to… dość nietypowo.



