Mój ociec zmarł kilka lat temu. Pozostawił po sobie duży dom, w którym mieszka mama. Wcześniej razem z moim mężem i dzieckiem wynajmowaliśmy małe mieszkanie, ale po śmierci taty zdecydowaliśmy wprowadzić się do mojego domu rodzinnego. Widziałam, że mama bardzo przeżywa stratę, więc samotność w pustym dużym domu na pewno nie wpłynęłaby na nią pozytywnie. Poza tym razem z mężem marzyliśmy o własnym mieszkaniu, a comiesięczny czynsz znacznie utrudniał nam uskładanie potrzebnej kwoty na wkład własny. To był najlepszy pomysł, a mama też nie miała nic przeciwko.
Jako babcia pomagała mi w wychowaniu dziecka, a ja umilałam jej czas swoim towarzystwem i rozmowami. Z każdym dniem żałoba była coraz mniejsza, mama powoli wracała do życia. Zaczęła regularnie spotykać się z koleżankami, wyjeżdżać na krótkie wakacje, a nawet zabierała mojego synka na plac zabaw, gdzie jej koleżanki przyprowadzały swoje wnuki. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo się cieszyłam. Bałam się, że po śmierci taty, mama popadnie w takie załamanie, że stracę też ją…
Pewnego dnia zakomunikowała, że jej przyjaciółka organizuje wycieczkę z innymi pielgrzymami aż do Jerozolimy. Martwiłam się, bo przecież to kilka godzin w samolocie. Co prawda latała już wiele razy, ale nigdy tak daleko. Oczywiście nie protestowałam, jedynie wewnątrz czułam niepokój.
Mama wróciła odmieniona, jeszcze radośniejsza niż dotychczas. Zadawałam wiele pytań, byłam ciekawa, jak jej się podobało. Ona jednak zdawkowo opowiadała, miałam wrażenie, że myślami jest gdzieś daleko.
Pewnego dnia, kiedy piłyśmy kawę, zaczęła bardzo chaotycznie mówić o jakimś mężczyźnie. Początkowo w ogóle nie rozumiałam, o co chodzi, dopiero później poukładałam logiczne fakty. Okazało się, że na tej pielgrzymce poznała znajomego, który też jest wdowcem. Rozmawiało im się bardzo dobrze i od tej pory zaczęli utrzymywać regularny kontakt.
Byłam trochę zmieszana, czy to aby nie za szybko wiązać się z kimś nowym? Mama jednak promieniała, a przecież jej szczęście było najważniejsze.
Coby tego było mało, oboje postanowili razem zamieszkać. Mama tłumaczyła tę decyzję swoim wiekiem i tym, że nie ma sensu na coś czekać. Chcą korzystać z życia i spędzić kolejne lata razem, bo nie zostało im już wiele.
Zaakceptowałam tę decyzję, chociaż nie było łatwo. Po zaledwie kilku miesiącach do naszego rodzinnego domu wprowadza się jakiś obcy człowiek – każde dziecko miałoby wątpliwości i obawy…
Mama oczywiście pozwoliła nam zostać tyle czasu, ile będziemy potrzebowali. Wiedziała, że próbujemy zaoszczędzić na kredyt hipoteczny. Niestety, mija kolejny tydzień wspólnego mieszkania i oboje z mężem wiemy, że nie zostaniemy długo. Nowy partner mojej mamy nie jest człowiekiem, z którym łatwo mieszka się pod jednym dachem. Nie chcemy się denerwować, nie chcemy też, by nasze dziecko obserwowało takie zachowania. Myślałam, że jeśli z mamą zamieszka ten nowy mężczyzna, będzie jej lżej. Mógłby czasem pomóc w drobnych naprawach albo w ogrodzie. Mój mąż pracuje całymi dniami i czasem w tym domu brakowało solidnej ręki.
Nowy partner mamy jednak nie rwie się do pracy. W niczym nie pomaga, nie zmyje nawet po sobie talerzy. Do naszego syna też odnosi się bardzo oschle, a w zdenerwowaniu rzuca wulgaryzmami… Nie chcę by moje dziecko uczyło sie tak złych nawyków. Poza tym podsłuchałam ich rozmowę. Mówił, że mama ma nam kategorycznie nakazać wyprowadzkę, bo jesteśmy już dorośli i powinniśmy radzić sobie sami.
Obiecałam sobie, że nie będę się wtrącała. Chciałabym wyrwać mamę z rąk tego człowieka, ale wiem, że może to przynieść odwrotny skutek. Jeżeli jest zakochana, nie mogę nic zrobić. Głęboko w sercu liczę jednak na to, że przejrzy na oczy i wyrzuci tego człowieka z domu albo nauczy go szacunku i dobrego traktowania.

