Mama Kasia
Co Ty tu chlupiesz? Rozchwierutaś się na całego! Na dworze wilgoć, a Ty jeszcze rozlewasz własną! sapała Mama Kasia, kobieta tak duża, że można by ją pomylić z niedzielnym autobusem na trasie WarszawaOstrołęka. Sapała i opadła na ławkę obok Karyny.
Gorąco dziś! Deszcz od rana, człowiek się jak w saunie czuje. Jeszcze pół dnia nie minęło, a ja cała mokra, wykręcać można!
Wyjęła butelkę wody z torby z Biedronki i trochę się szarpiąc z nakrętką, otworzyła ją.
Chcesz? podała Karynie. Mówią, że jak się człowiek napije, to mu ulży nerwom. Mi nie pomaga, mogę wiadrem pić i nic.
Karyna patrzyła na swoją tymczasową sąsiadkę na ławce z miną jakby miała za chwilę dostać grypy. Jakby jeszcze tego jej brakowało los już wystarczająco ją przetestował, a teraz na dokładkę jeszcze ta kobieta. Nigdy jakoś nie tolerowała osób z nadwagą. Robiło jej się smutno na sam widok szerokich ramion, zbyt dużej garderoby, śladów potu i, nie oszukujmy się, zapachów nie zawsze rodem od Coco Chanel. Nie pojmowała, jak można do tego dopuścić? Przecież wystarczy czasem wyłączyć TV, ruszyć w plener, i jeść jogurty zamiast pączków! Karyna przypomniała sobie, jak kiedyś z koleżankami w SPA natknęły się na podobną panią plus size w basenie.
Ja do wody nie wchodzę, dziewczyny! I tyle na dziś! oznajmiła jej najlepsza przyjaciółka, Lidia. Jej figura modelki błyszczała na tle mokrych kafelków. Przy takiej? pokazała palcem za siebie. Nawet patrzeć nie mogę, a co dopiero pływać obok niej. Odpychające!
Wywiązał się wtedy wykład tak niegrzeczny, że Karyna woli go dziś nie wspominać. Ostatecznie przyznała wtedy Lidii trochę racji. Kiedy ciało przypomina wałek ciasta, to po co się pokazywać ludziom? Siedź w domu i nie gorsz publiczności przyjaciółka wiedziała, co mówiła.
Tymczasem dzisiaj Karyna siedziała obok pani większej niż tamta z basenu razy dwa. I jeszcze ta nie siedziała cicho, tylko trajkotała bez przerwy! Ale Karyna nie miała już siły, by zmienić ławkę. Siedziała tu od paru godzin, trochę płacząc, trochę się gapiąc w jedną ze ścian postu PKP Warszawa Wschodnia. Bo iść nie miała dokąd. Odruchowo zaczęła słuchać monologu sąsiadki.
Taka piękna! Walizki nie ma, torby też nie, czyli nigdzie nie jedziesz. Kogoś czekasz? Albo nie masz gdzie pójść?
Odsunęła wzrok od ławki i w końcu zerknęła na kobietę. Twarz szeroka jak pole kapusty, poliki czerwone jak świeże buraki, ale bijący z oczu uśmiech zgasł, gdy Karyna nagle się rozpłakała głośno i bez ostrzeżenia wpadła jej prosto w ramiona. Co było w tej kobiecie, że pocieszała zupełnie obcą osobę? Tego Karyna nigdy nie zrozumiała. Uderzyła głową o miękką, lekko kwiecistą bluzkę, która natychmiast przemokła. I tu niespodzianka żadnego smrodu potu, tylko jakaś polna słodycz jaśminu czy czegoś podobnego. Dała się przytulić prawie bezwiednie, a z pamięci zaczęły wychodzić jakby stare nuty. Tak pachniały ręce jej mamy, której zresztą nie pamięta zginęła, gdy Karyna miała pięć lat. Wspomnienie: ręce mamy wikłające wianek na jakiejś łące, właśnie tak pachniały…
Cóż Ty taka dzika? Kto Cię tu skrzywdził?
Karyna pokręciła przecząco głową, ale po chwili jednak kiwnęła. I wtedy z torby obcej kobiety wyskoczyła zawiniątko z kanapkami i soczystym, czerwonym jabłkiem.
No, jedz! Kurczakowa szynka, sama robiłam. Jesteś taka chuda, że patrzeć strach!
Nie jem mięsa… Karyna jedynie przełknęła własną ślinę, skręcając się z głodu.
Co? Kobieta nie zamierzała jednak słuchać wsunęła kanapkę w ręce Karyny i rozłamała jabłko na pół.
Nic… Karyna spojrzała na te spore, robocze łapy bez cienia manikiuru. Kanapka zniknęła w sekundę, a ona niemal jęknęła z rozkoszy.
Dobre? No, i to się liczy! Reszta to głupoty.
Kobieta poprawiła się na ławce i przyjrzała się Karynie, która już myślała tylko o kolejnej kanapce.
Jedz, jedz. A teraz mów co się stało, że tkwisz na dworcu sama, bez bagażu i, popraw mnie, jeśli się mylę, bez pieniędzy?
Karyna skinęła głową, łzy znowu pociekły. A obca kobieta machnęła ręką.
Najpierw gadaj, potem rycz. Może i się pośmiejemy jeszcze.
Nie lubiła mówić, ale i tak zaczęła. Historia żałosna jak plama na białej bluzce, ale to było jej życie.
Wyszyła z domu przed Wczoraj. Uciekła po tym, jak ojciec oświadczył, że ona nie jest jego córka, że będzie miał swoje dziecko. Nigdy nie domyślała się, że nie jest jego rodzoną córką całe życie myślała, że jest. Mimo wszystko.
Z macochą jej nie szło i nic dziwnego, bo ta, Iwona, była ledwie kilka lat starsza od Karyny. Odkąd została jej matką, każde zdanie z jej ust to było przesłodzone Jaka Ty słodka jesteś! co oznaczało, że spokojne życie Karyny się skończyło. Sztuczki, skargi do ojca, łzy… Jak z kiepskiego serialu. No ale co zrobić z ojcem się nie rozmawiało, tylko go słuchało. I niestety, za późno się połapała, że jest już na innej orbicie.
Ostatnią kroplą był ich dialog, kiedy ojciec wyłożył na stół dokumenty i kazał jej poczytać. Potem oświadczył, że ją zaadoptował, jak miała trzy miesiące. Kto jest jej biologicznym ojcem? Nie powiedział. Po matkę nie zadzwoni nie można. Umarła za wcześnie.
Pół nocy siedziała w pokoju, wgapiona w ścianę, potem wrzuciła na siebie wiatrowkę i wyszła. Nie wiedziała gdzie. Rano przypomniało się jej przecież: dworzec! Telefon rozładowany, zresztą i tak z nikim nie miała potrzeby rozmawiać. Przyjaciół zero, bo rodzice wiecznie się przeprowadzali. Te koleżanki, które znała, nie nadawały się do pomocy. Ich motto życia brzmiało jak z wieczorynki Kochaj siebie, miej innych gdzieś, a sukces masz w kieszeni! Mawiała to taka mała diabełka z bajki, którą potem nawet nosiła na breloku.
Kobieta słuchała uważnie, tylko kiwała głową i podała jej chusteczki. Potem wygrzebała z torebki ogromny portfel.
Dziewczyno, z ojcem musisz pogadać, ale to nie ucieknie. Telefon działający masz?
Padł.
W porządku. Weź! wyciągnęła stary model Nokii. Co się gapisz? Niemodny? Też uważam, że po swojemu stylowy. Moja córka mi dała. Duże guziki, wszystko słychać. Zadzwoń lub SMS wyślij, że jesteś cała. Twój ojciec może i nie ideał, ale nie ma co go martwić bardziej.
Karyna napisała wiadomość. Kobieta patrzyła na nią, w końcu wstała, strzepnęła mokrą bluzkę.
Jestem Katarzyna, ale wszystkim mówię ciocia Kasia. Mieszkanie mam pod Pułtuskiem, na wsi. Jedziesz do mnie? Nie masz dokąd, a u mnie źle nie będzie!
Po co?
Co po co?
Po co pani to całe? Pomoc mi? Przecież jestem obca…
Kasia się uśmiechnęła, uchwyciła ją za brodę swoimi cieplutkimi rękami.
Dziecko, nie ma obcych dzieci. Nie można zostawić młodego samemu sobie.
No ale ja już młoda nie jestem…
No to Ci się tylko tak wydaje, skarbie. Wstawaj! Musimy bilet kupić bo przegapimy pociąg do Pułtuska.
I tak Karyna znalazła się w chałupie Kasi.
W drodze ciocia Kasia niewiele mówiła. Potem wyjaśniła nie każdemu trzeba od razu grzebać w duszy. Niektórzy się wyspowiadają wtedy, kiedy będą chcieli. Najważniejsze poczekać.
Karyna zasnęła w pociągu. Obudziła się dopiero, gdy ciocia Kasia szturchnęła ją w ramię:
Pobudka! Dojechaliśmy!
Na peronie ciocia Kasia otrzepała się z deszczu i zawołała do kogoś. Nagle pojawiła się szczupła kobieta, która niemal ją przewróciła na powitanie.
Mama Kasia! Już drugą kolejkę przegapiam! Bałam się, że nie dojedziesz. Jak tam Ninka?
Wszystko dobrze. Z Jarkiem ich odwiedziłam. Jeszcze podskoczę za parę dni.
A rozmawiałaś z lekarzem?
Zrobili, co się dało. Młody, ale chyba zna się na rzeczy.
Kto to? Dziewczyna zerknęła na Karynę, unosząc brwi.
Bez pytań, Swietka. Z drogi jesteśmy i głodne!
To wsiadajcie!
Stary polonez stał zaparkowany pod płotem. Karyna parsknęła śmiechem.
Co? To art-car! Brat, Krzysiek, malował.
Raczej aerograf. rzuciła Karyna, oglądając kota namalowanego na boku.
Ty się znasz? Swietka aż otworzyła szeroko oczy.
Po szkole plastycznej jestem.
Ooo! Powiesz to Krzyśkowi.
W samochodzie Karyna na ostrych zakrętach oczami przewracała.
Nie tak ostro, Swietka, jeszcze ją wystraszysz! szydziła Kasia.
Przyzwyczai się, też się kiedyś bałam. Swietka hamowała przed domem.
Przed starym domem na podwórku wybiegła gromadka dzieci.
Wszystkie moje, dziecko! Kasia ledwo z auta wysiadła. Ale nie bój się, ja tu sama na stałe. One po sąsiedzku, zawsze ktoś wpada. Chodź śmiało!
Dzieci oblepiały Kasię jak muchy dżem; duże ręce głaskały ich po głowach.
Karyna przez tydzień nie mogła się połapać, kto jest kim w tej rodzinie. Swietka zaprosiła ją kiedyś do siebie, do malutkiego czystego domu.
Z kuchni przegoniła śpiącą na wersalce kota i pokazała firanki z haftem, wyjaśniając:
Sama haftowałam, jak na dziecko czekałam. Każde miało swoją firankę. Viki niezapominajki, Wani maki, Lidce stokrotki. Mama mnie nauczyła. Kiedyś nie umiałam nic. Mieszkałam u mamy Kasi, bo z moją rodziną… no. Pili. Dzieciństwo pamiętam jak przez mgłę.
Dysocjacyjna amnezja. rzuciła Karyna.
Co?
Tak się nazywa, jak człowiek, żeby nie zwariować, wymazuje wspomnienia.
Wiedza! Chciałaś być psychologiem?
Tak, miałam iść na studia, ale musiałam płacić czesne, ojciec płacił już nie będzie. A sama kto mi da?
Dlaczego nie?
Chory kręgosłup, operację miałam w liceum, potem nie mogłam na dzienne pójść.
Życie No, a ja? Kiedy miałam trzynaście, z domu zwiałam. Spałam na dworcu, głodna jak pies. I wtedy poznałam Kasię. Nakarmiła, przygarnęła. Potem wykłócała się o opiekę, w końcu mnie adoptowała.
Kolejne dzieci były podobną historią. I zawsze Kasia była tą, która ratowała z bram, dworców, domów, gdzie spały z psami naleśnikami jak Ninka, albo przesiadywały w piwnicy.
Tyle dzieci, a swoich nie ma… zdziwiła się kiedyś Karyna.
Diabetyczka, serce też do wymiany. Zresztą swojego męża miała, ale krzywdził ją. Skatowana, po szpitalach ale nigdy nie narzeka. Zawsze śmieje się, że ją życie wybrało do zamiecenia wszystkich dzieci świata. Cała Kasia.
Nie brakowało plotek wśród sąsiadów skąd ona ma na to wszystko pieniądze? Część dostawała od państwa na dzieci, część od sąsiada Pana Pawła, bogatego biznesmena, którego syn zaginął i tylko Kasia go odnalazła. Dziś wspiera dom opiekunki, w zamian za opiekę nad niepełnosprawnym dzieckiem. Innymi słowy taki nasz lokalny Santa Claus.
I tak Karyna poczuła, że też ma dom.
Tymczasem ojciec Karyny w końcu pojawił się na wsi z propozycją wynajmę Ci mieszkanie, wracaj, niepotrzebnie się obrażasz.
Nie, Tato. Przepraszam, ale nie. Pomóż mi tylko stanąć na nogi.
Sfinansuję studia, ale nie zrażaj się do mnie.
Przeciwnie. To właśnie Ciebie słucham zawsze mówiłeś, że trzeba opierać się na sobie. Właśnie to robię.
I będzie miał rację Karyna skończy studia, zostanie świetną psycholożką dziecięcą, terminy będzie miała na miesiące wprzód, do nowej matki będzie przyjeżdżać jak do domu. Innę nawet polubi z czasem, bo urodzi zdrowego chłopca. Ale jej największa rodzina już została w tej chałupie pod Pułtuskiem.
Gdy Kasia dostanie wylewu, Karyna rzuci wszystko i zostanie, by ją doglądać. Te pół roku będzie dla niej najtrudniejsze i zarazem najpiękniejsze w życiu. Wokół będą ludzie, którzy naprawdę ją pokochają nie dlatego, że muszą, tylko dlatego, że chcą. Zrozumie, co mówiła Swietka rodzina to nie tylko krew. To także dusza.
Kasia wróci do siebie, choć już powoli i nie tak sprawnie. Dzieci przygotują dla niej ławkę-podest pod bramą.
Jak tam tron, Wasza Królewska Mość? będą się śmiali. Herbata dla wysokości?
Dzieciaki będą przychodzić po radę, przynosić dobre i złe wieści, a Karyna dopiero wtedy wróci do Warszawy, kiedy będzie pewna, że Kasia już sobie poradzi.
A na swoje wesele pierwszą zaprosi właśnie ją:
Mamusiu Kasiu, będziesz przy mnie?
Zawsze, dziecko, zawszeKasia spojrzy na nią ciut niewyraźnie, bo oczy już słabsze, ale w tych oczach rozbłyśnie to samo światło, które miała, gdy podała Karynie pierwszą kanapkę.
Oj, dziecko… szepnie z uśmiechem, mocniej ściskając jej dłoń. Przecież byłam z Tobą cały czas.
I choc krok będzie już niepewny, a śmiech trochę bardziej zachrypnięty, to jeszcze zatańczą razem poloneza na środku wiejskiej sali. Dzieci z chałupy, serduszkami z tektury, przewiną się przez ramiona Kasine. Na stoliku, wśród kwiatów, pojawi się małe ciasto z napisem: Dla mamy wszystkich. Goście będą klaskać, a Karyna zerknie raz jeszcze na pułtuskie niebo, tak szerokie i spokojne jak łono, na którym kiedyś się wypłakała.
Bo nie miała jednej matki miała ich cały dom.
Gdy na drugi dzień wróci z mężem na wieś, zobaczy dzieciaki biegające po ogrodzie i usłyszy stłumiony śmiech ze starej ławki pod wiśnią. A potem, przez wiele lat, będzie powtarzać: najcieplejszy dom na świecie to taki, w którym dla każdego jest miejsce. Bo mama to nie zawsze ta, która rodzi czasami to ta, która poczeka, aż wyrośnie w kimś siła, by samemu iść dalej.
A w deszczowe dni, Karyna zawsze będzie pamiętać smak szynkowej kanapki i ten pierwszy, dobrociwy zapach jaśminu, który uleczył jej duszę.




