Małżeństwo na papierze

Wyobraź sobie, Basia, mam Ci coś do opowiedzenia, aż sama czasem nie wierzę, jak dziwnie to wszystko się potoczyło. Z Wojtkiem mam no wiesz taki papierkowy, fikcyjny związek. Dziwactwo, co? Ale już tłumaczę, skąd się to wzięło.

U Wojtka w pracy była niezła jazda pracuje w dużej, poważnej firmie, a na górze króluje prezes Janusz Wojnarowski. Facet jest szefem ogromnej, tradycyjnej rodziny, pięciu dorosłych córek nachowanych, pięciu zięciów i już dziewięcioro wnucząt! Ponad wszystko ceni rodzinę, a kawaler to dla niego najgorsza obelga pod słońcem. Nieżonaty pracownik w jego oczach to niemal wygnaniec, nie ważne jak bystry czy pracowity by był.

Wojtek zrozumiał, że jeśli chce zostać kierownikiem działu a naprawdę miał na to papiery to bez obrączki może o tym zapomnieć. Przemyślał wszystko i zgłosił się do mnie z propozycją fikcyjnego małżeństwa. Szacował ryzyko na minimalne, bo znamy się od przedszkola nasze mamy dalej piją razem kawę! Całą szkołę siedzieliśmy w jednej ławce. On ratował mnie z matematyki, ja pisałam przecinki w jego wypracowaniach. Wie, że nie zależy mi na kasie ani na cudzych mieszkaniach, więc się nie martwił, że go po rozwodzie okradnę.

Ja też się nawet nie wahałam z tą umową akurat rozstałam się z chłopakiem po trzech latach, serce mi się rozlatywało na kawałki. Potrzebowałam jakiejś odskoczni, żeby nie popaść w czarną rozpacz, a dodatkowo, chciałam trochę napsuć krwi byłemu: patrz, wyszłam za świetnego faceta, z super samochodem i mieszkaniem w centrum, Ty to przy nim phh! Dziewczynom fajnie było się pochwalić: hej, radzę sobie i to jak!

No więc bardzo praktycznie się dogadaliśmy i zapisaliśmy naszą umowę w Urzędzie Stanu Cywilnego gdzieś na Pradze, po cichu, bez świadków, fanfar, bez limuzyn, gołębi, białej sukni czy garnituru. Po prostu któregoś dnia urwaliśmy się wcześniej z pracy, wpadliśmy do urzędu i podpisaliśmy papiery. Ale obrączki sobie oczywiście wcisnęliśmy niech będzie.

Nawet nazwisko postanowiłam chwilowo zmienić: Nowakowska jakoś lepiej brzmi niż sama Kubiak, nie?

Nasze małżeństwo całkiem spełniło oczekiwania. Po niecałym miesiącu Wojtek został szefem działu, całkiem zasłużenie zresztą. U znajomych i w rodzinie od razu mi poszybowała reputacja. Największą satysfakcję miałam, kiedy dostałam SMS-a od byłego: życzę szczęścia, ale liczyłem, że jeszcze możemy być razem. No cóż, miałeś swoje, teraz płacz, gościu.

Słuchaj, nawet na chwilę wprowadziłam się do Wojtka sam zaproponował, żeby mieć alibi, jakby ktoś z firmy chciał coś sprawdzić.

Sobotni poranek, robię mu śniadanie: jajecznica, naleśniki, kawa z mlekiem. Wojtek jest z tych, co bez porządnego śniadania dnia nie zaczynają. Za oknem cudowny kwiecień, od razu lepszy humor mam, bo wiosna to przecież moje ulubione miesiące.

Planów na dziś pełno trzeba odwiedzić rodziców, wysprzątać mieszkanie, pranie ogarnąć, coś dobrego na obiad przygotować, może schabowe, żurek, własnoręczną pizzę, sałatkę z kurczakiem? Typowa sobota pełno domowych roboty i zamieszania.

I wiesz co? Z Wojtkiem ciągniemy tę naszą ustawkę już trzynasty rok. Nasza córka Zosia w tym roku idzie do pierwszej klasy. Syn, Staś, już kończy piątą, a uczy się świetnie, cała szkoła go chwali! Taki sam zdolny jak tata. Tata więc nie tylko jest na niby!

Nie to co niektórzy mężowie Pewnie nie uwierzysz, ale nawet w takiej historii może być sporo szczęścia.

Oceń artykuł
TwojaCena
Małżeństwo na papierze