Wiesz co, mam taką historię, że chyba nikt by w to nie uwierzył Z Arturem mamy fikcyjne małżeństwo. No po prostu tak wyszło, bo Artur musiał się ożenić wiesz, on pracuje w wielkiej warszawskiej korporacji, na wysokim szczeblu, gdzie szef, pan Edward Benedykciak, jest ślepo zapatrzony w wartości rodzinne. Facet ma pięć dorosłych córek, więc i pięciu zięciów, a do tego już dziewięcioro wnucząt. Dumny z rodziny, aż mu się oczy świecą, a słowo kawaler to dla niego jak przekleństwo. Tam nieżonaty pracownik to nie tylko człowiek drugiej kategorii to w ogóle ktoś zbędny, bez znaczenia, bez względu na to, jak dobry jest w pracy czy jako człowiek.
Jak Artur to zrozumiał, to szybko do niego dotarło, że ślub jest mu absolutnie niezbędny, jeżeli chce dostać awans, na który naprawdę zasługuje. No i po przemyśleniu wszystkiego, spytał mnie, czy nie pobralibyśmy się na papierze. I w sumie niczym nie ryzykował znamy się z przedszkola, nasze mamy były kiedyś sąsiadkami na Ursynowie, do dzisiaj razem piją herbatę i plotkują na działce. W podstawówce siedzieliśmy razem w jednej ławce on mi tłumaczył matmę, ja mu robiłam przecinki i poprawiałam ortografię w wypracowaniach. Zna mnie na wylot: wie, że nie jestem chytra i na pewno nie powalczę o jego mieszkanie na Wilanowie, czy oszczędności, czy samochód, jeśli się rozejdziemy.
Ja z kolei nie miałam nic przeciwko temu, żeby się zgodzić akurat wtedy przeżywałam bardzo trudne rozstanie z chłopakiem po trzech latach związku. Musiałam się czymś zająć, żeby nie pogrążyć się totalnie w smutku. I trochę mi się chciało dopiec byłemu wiesz, w stylu: A widzisz, ożenił się ze mną ambitny, świetnie zapowiadający się facet z fajną furą i trzypokojowym mieszkaniem w centrum. A przy okazji, przed koleżankami mogłam się poczuć na poziomie: mąż, inne nazwisko, nowy status!
No więc nasze cele się pokryły tylko poszliśmy po cichu do urzędu stanu cywilnego na Mokotowie, bez żadnego szumu, sukni ślubnej, limuzyny czy wypuszczania gołębi. Po prostu w tygodniu, jak już wyszliśmy wcześniej z pracy, złożyliśmy podpisy tam, gdzie trzeba. Ale pierścionki sobie włożyliśmy żeby nikt się nie czepiał. Ja nawet na trochę przeszłam na jego nazwisko Turczanowicz brzmiło bardziej oryginalnie niż moja zwykła Kwiatkowska.
Muszę powiedzieć, że wszystko poszło po naszej myśli. Po miesiącu Artur został dyrektorem działu w pełni zasłużenie. A ja? Status mężatki od razu podniósł mnie w oczach rodziny i przyjaciółek. Najwięcej frajdy sprawiły mi SMS-y od byłego w stylu: Życzę ci szczęścia, choć liczyłem, że jeszcze coś z tego będzie No cóż nie docenił, teraz niech żałuje.
Można więc spokojnie powiedzieć, że ten układ wypalił na sto procent. A wiesz co, przez jakiś czas nawet mieszkałam u Artura sam na to wpadł, żeby to wszystko wyglądało wiarygodniej.
No i co, sobotni poranek. Wstawiam się wcześnie, robię w kuchni śniadanie: omlet, twarożkowe placuszki, kawa z mlekiem Artur rano lubi zjeść coś konkretnego. Zerkam przez okno klasyczny kwietniowy dzień w Warszawie, słońce wpada do kuchni. Wiosna dla mnie najlepszy czas w roku! Tyle rzeczy do zrobienia: odwiedzić rodziców, ogarnąć mieszkanie, zrobić pranie, na obiad coś wymyślić może schabowe, rosół, pizzę albo sałatkę cezar. Myśli latają mi wokół domowych spraw jak to każda gospodyni, człowiek zawsze coś ma na głowie.
Wiesz, już trzynasty rok z Arturem jesteśmy w tym fikcyjnym małżeństwie. Nasza córeczka Weronika w tym roku idzie do pierwszej klasy, a synek Janek kończy piątą prymus, cały tata, bo Artur faktycznie ma głowę na karku. No i jak to wszystko teraz wspominam To nie wiem, czy dalej powinnam mówić, że mam męża na nibyA czasem łapię się na tym, że gdy słyszę, jak ktoś mówi: Fikcyjne małżeństwo? Przecież to jakieś szaleństwo, uśmiecham się pod nosem. Bo przecież życie, jakby człowiek nie planował, zawsze napisze własny scenariusz. My z Arturem chcieliśmy rozegrać to na papierze, z rozsądku A wyszło, że napisał nam się dom, codzienność, dzieci, wspólne święta, śmiech przy kolacji, ciche dobranoc szeptane po ciemku, kiedy już wszyscy śpią.
Patrzę na Artura, który właśnie wpada do kuchni w starym swetrze, łapie Weronikę na ręce, a Janek przynosi swoją najnowszą szóstkę z matematyki i myślę sobie: może te wszystkie plany, podziały i kalkulacje to tylko iluzja, za którą chowamy strach przed tym, co nam naprawdę pisane.
Bo z przypadkowych zbiegów okoliczności rodzą się historie, których nikt by nie wymyślił. I choć zaczęło się od umowy, dziś trudno mi uwierzyć, że mogłabym istnieć w innym scenariuszu bez tej naszej zwyczajnej-niezwyczajnej rodziny.
Może właśnie w takich fikcyjnych układach mieści się czasem najprawdziwsza bliskość.



