Helka, wstawaj! tak zwykł mnie budzić mój mąż w tamtych dawnych latach.
Pewnego roku podjęłam decyzję, na którą nigdy bym przedtem nie wpadła. Jakiś czas przed tym zauważyłam, że na całej mojej głowie pojawiły się krosty, przypominały drobną wysypkę, a skóra swędziała tak, że nie dawało się wytrzymać. Włosy również wypadały garściami.
Na nic się zdały wizyty u dermatologa i trychologa nie widziałam poprawy, mimo że regularnie zgłaszałam się na kolejne kontrole. Lekarka odradzała mi przyjmowanie witamin, powtarzając, że nikomu one jeszcze nie pomogły. Z czasem jednak natrafiłam na felieton w starym Przekroju, w którym opisywano, że ogolenie głowy na zero potrafi znakomicie wzmocnić cebulki włosowe. Długo się wahałam, rozważając wszystkie za i przeciw. Zwłaszcza, gdy mój syn Władysław powiedział z niepokojem, że będzie się mnie bał bez włosów… W końcu jednak przeważyła ciekawość.
Poprosiłam męża, żeby najpierw ostrzygł mnie maszynką na krótko, a potem ogolił głowę brzytwą. Wahał się, nie wierzył chyba, że rzeczywiście tego chcę, ale ostatecznie przyniósł przybory. Gdy już stanęłam przed starym lustrem w przedpokoju, byłam niezmiernie zadziwiona okazało się, że mam niespodziewanie ładny kształt czaszki!
Prawdziwe kłopoty zaczęły się później ciągle marzłam w uszy, bo u nas, w Krakowie, wiatry bywają ostre. A kiedy włosy zaczęły pojawiać się z powrotem, nieprzyjemnie lepiły się do poduszki, co było nieznośnie irytujące.
Od tamtej pory mąż wołał z humorem o świcie: Helka, łysa głowo, pobudka! a mnie zawsze ogarniał niepohamowany śmiech, bo rzeczywiście, byłam najłysiejsza w całym mieszkaniu. Dzieci na początku chodziły osłupiałe, ale potem Władek także zapragnął być jak mama i poprosił o ogolenie na krótko.
Moja mama, gdy się dowiedziała, kazała mi nie przychodzić do jej mieszkania, póki wszystko nie odrośnie, bo podobno nie mogłaby na mnie patrzeć. Moja córka Jagódka prosiła, żebym bez czapki nie szła na wywiadówkę do jej podstawówki, a mąż, z flegmatycznym spokojem, żartował, że bez nakrycia głowy nikt nie będzie pamiętał, po co się spotkali, a koleżanki z klasy córki będą jej zazdrościć tak nowoczesnej mamy.
Po tej drastycznej decyzji, wysypka sama zniknęła, a dzieci do dziś mają używanie, wspominając łysą mamę. Jagódka śmieje się przy każdej okazji i powtarza, że już się nie dziwi niczemu, co mi przyjdzie do głowy. Pewnego razu podsłuchałam, jak mówiła do Władka, że pewnie jeszcze wymyślę sobie tatuaż na łysinie
Takie to były czasy, pełne śmiechu, niedowierzania, i rodzinnych anegdot, które wspominamy przy herbacie w długie jesienne wieczory.




