Ludzie zobaczyli wycieńczonego konia: nie miał już nawet siły wstać
Zakochana para szła powoli przez gęste, wysokie trawy pod Krakowem. Spacerowali beztrosko, trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy z tym czułym spojrzeniem, jakie mają tylko ludzie pochłonięci uczuciem. Ta lekkomyślność sprawiła, że zupełnie nie zauważyli, gdy nagle natknęli się na coś niecodziennego.
Dziewczyna, której na imię było Bronisława, nagle krzyknęła przestraszona i odskoczyła do tyłu. Ja natomiast instynktownie stanąłem przed nią, gotów bronić przed ewentualnym niebezpieczeństwem choć przecież nic nas realnie nie atakowało.
Wśród traw leżał koń.
A właściwie to, co kiedyś nim było. Teraz przypominał bardziej szkielet opięty skórą niż żywe stworzenie.
Skóra cienka jak pergamin szczelnie przylegała do wystających żeber, które wydawały się lada moment ją przebić. Na całym ciele widać było zaschnięte strupy, wokół których natrętnie krążyły muchy.
Koń wyglądał tak strasznie, że trudno było patrzeć bez obrzydzenia.
Biedne zwierzę! zawołała Bronisława.
Jej głos na chwilę sprawił, że wszystko wokół jakby zamarło. Cisza zapadła nad brzegiem Wisły.
I nagle koń delikatnie się poruszył.
W tej samej chwili przeszły nas ciarki.
Po chwili oboje jednocześnie krzyknęliśmy z przestrachu.
Rzuciliśmy się do ucieczki przez pola, nie patrząc za siebie. Dopiero na ziemnej drodze zatrzymaliśmy się, dysząc ciężko i próbując dojść do siebie.
Oczywiście, nikt nas nie gonił.
Gdy panika nieco minęła, zaczęliśmy myśleć.
To zwierzę jeszcze żyje… wyszeptała Bronisława zszokowana.
Żyje, ale wygląda jak trup odpowiedziałem ponuro.
Ale przecież się poruszyło…
Lepiej sprawdzić jeszcze raz. Może to nie ono się poruszało może coś je od środka…
Bronisława skrzywiła się na samą myśl. Poprosiła mnie, żebym poszedł sprawdzić sam, a ona została na drodze na widok ewentualnego rozkładu nie chciała patrzeć.
Zbliżyłem się ostrożnie i szybko upewniłem się, że nigdzie wokół nikogo nie ma. Najważniejsze jednak: koń rzeczywiście był jeszcze przy życiu.
Gdy już byłem przy nim, delikatnie odwrócił głowę i cicho prychnął.
Widać było, że ruszanie się sprawia mu ogromną trudność, ale wątłe boki jeszcze lekko unosiły się i opadały zwierzę oddychało.
Oczy miał przymknięte; przez półprzeźroczystą, czerwonawą błonę ledwo widział. Dolna warga smętnie zwisała, nie zamykając pyska.
Nogi i ogon nie reagowały. Tylko uszy czasem lekko drgały pewnie od powiewu wiatru.
Koń był kompletnie wycieńczony.
Widać było, że ostatkiem sił trzyma się życia ale ta walka dobiegała końca.
Rozejrzałem się wokół trawa wcale nie była wygnieciona, jakby koń tkwił tu już bardzo długo i nikt się nim nie interesował.
Wróciłem do Bronisławy i opowiedziałem jej wszystko dokładnie.
Co za różnica, jak się tu znalazł… Co teraz robić? Tak źle wygląda, zaraz może umrzeć. A ja nawet nie znam nikogo, kto zna się na koniach zamartwiała się.
Przypomniałem sobie, że we wsi obok w podkrakowskiej Przegini kilku gospodarzy trzyma konie, można się tam wybrać na przejażdżkę.
Znalezienie kontaktu poszło dość szybko.
Nie od razu uwierzyli w naszą chaotyczną relację, ale mimo to obiecali zjawić się jak najszybciej.
Po kilkunastu minutach z oddali podniósł się kurz od strony szosy podjechał samochód.
Machaliśmy z Bronisławą rękami, wskazując miejsce.
Samochód miał dołączoną przyczepę do przewozu koni.
Gospodarze Jadwiga i Paweł też zaniemówili, gdy zobaczyli konia z bliska.
Nie było mowy, by koń samodzielnie się podniósł i wszedł do przyczepy. Trzeba było liczyć, że w ogóle dotrwa do kliniki.
Przenieść nawet tak wychudzone, lecz ciężkie zwierzę to nie lada wyzwanie potrzeba było więcej osób.
Szybko pobiegłem na swoją ulicę wołałem sąsiadów i znajomych.
Uformowała się grupa kilku mężczyzn ostrożnie podniosło ciało konia, podsuwając pod nie gruby koc. Każdy chwycił za róg materiału i równocześnie unieśli konia w powietrze.
Koń ze strachu otworzył szeroko oczy i ledwo poruszył nogą.
Na nic więcej nie miał siły.
Nie dało się patrzeć na ten widok bez łez zwierzę było tak wycieńczone, że samo nie podniosłoby się nigdy.
Na szczęście udało się je bezpiecznie przetransportować do przyczepy. Zamknęły się drzwi, koła potoczyły się po ścieżce koń jechał do nowego życia.
Kiedy dotarliśmy do stajni w Przegini, na miejscu czekali już pomocnicy i weterynarz, których zawiadomili właściciele.
Koń został delikatnie wyciągnięty z przyczepy.
Weterynarz od razu zabrał się do pracy zbadał konia, pobrał krew, sprawdził stan skóry.
Po chwili dojechała policja.
Sporządzono zgłoszenie o znęcaniu się nad zwierzęciem; wysłuchali weterynarza, właścicieli, wszystkich, którzy pomagali. Ale policjanci szybko zastrzegli, że wcale nie jest pewne, czy uda się znaleźć poprzedniego właściciela trudno liczyć na karę dla winnego.
Weterynarz zrobił kilka zastrzyków, oczyścił rany i założył kroplówkę.
Ochotnicy pomogli przenieść konia do pustego boksu.
Zwierzę było tak słabe i wygłodzone, że nawet lekarz nie wiedział, czy uda się je uratować. Ale postanowiono za wszelką cenę trzeba próbować.
Największym problemem był brak apetytu; koń ledwo co pił wodę.
Okazało się, że powodem był zaawansowany świerzb.
Pasożytniczy roztocz wywołał zapalenie skóry powstały pęcherze, które zamieniły się w grube strupy. Całość powodowała okropny świąd.
Koń drapał się o wszystko rozrywał rany, przez co przestał jeść i pić. Choroba doprowadziła do wycieńczenia i niemal wyschnięcia na kość.
Problemów było jednak więcej.
Trzecia powieka była opuchnięta i zaczerwieniona.
Weterynarz pobrał próbki, ale już podejrzewał najgorsze nowotwór. Można to było leczyć tylko operacyjnie, i to dopiero po wzmocnieniu zwierzęcia.
Stwierdzono też poważne kłopoty z zębami, których nie można było zignorować.
Na kilka tygodni boks zamienił się w polowy szpital.
Weterynarz odwiedzał pacjentkę codziennie. Leczenie wreszcie zaczęło przynosić efekty: pozbyto się pasożyta, strupy zniknęły, a z zębami też sobie poradziliśmy koń wreszcie zaczął jeść samodzielnie.
Na początku stan był tak zły, że musiałem poić go butelką, niczym źrebię. Podawano mu witaminy i odżywki. Z czasem jednak odzyskiwał siły. Zaczął powoli jeść sam choć jeszcze trzeba było trzymać mu łeb, żeby było łatwiej.
Na początku koń nie rozumiał, co się dzieje. Brakowało mu sił i chęci do życia leżał bezwładnie, jakby pogodzony ze śmiercią. Jednak dobroć ludzi zwyciężyła. Nie pozwoliliśmy mu odejść.
Nowi właściciele Jadwiga i Paweł odwiedzali konia nawet nocą, sprawdzali mu kroplówkę i oddech. Z czasem ich głosy stały się znajome. Koń wtulał się pyskiem w ludzkie dłonie, czasem drżał, gdy weterynarz burczał podczas wizyty.
Nie widział prawie nic musiał polegać na dotyku i dźwięku. Mimo to powoli stan się poprawiał.
Po kilku tygodniach potrafił samodzielnie przewracać się z boku na bok, czasami nawet lekko podnosił tułów. Już przez kilka godzin był w stanie utrzymać łeb i ciało niemal pionowo.
Ale nie potrafił wstać.
To go przerażało. Instynktownie próbował podwijać nogi, lecz nie mógł się wybić do góry. Kończyny jakby przestały być jego własnością.
Weterynarz tłumaczył, że mięśnie zanikły za długo leżał i był głodzony. Nie podniesie się sam.
Potrzebna była rehabilitacja trzeba było go podnosić i asekurować przy każdym kroku.
A ważył już więcej regularne karmienie zaczęło działać, przestał być szkieletem.
By go postawić, trzeba było ośmiu ludzi.
Właściciele wymyślili specjalne urządzenie ze starego koca i pasów pozwalało sztucznie utrzymywać konia w pozycji pionowej w boksie. Ale na pastwisku wciąż trzeba było mięśni pomocników.
Na szczęście historia zwierzęcia poruszyła okolicznych ludzi. Wieczorami schodzili się, by pomóc przy rehabilitacji.
Na początku trzeba było ustawiać konia krok po kroku. Lecz ćwiczenia przynosiły rezultaty po kilku dniach koń zaczął sam poruszać kończynami.
Było toporne i powolne, ale to i tak był ogromny sukces.
Koń szybko się męczył pomocnicy także. Ale nikt się nie poddawał.
Miesiące żmudnej pracy przyniosły skutek: najpierw koń pewnie stał, potem zaczął wolno chodzić.
Nikt go nie popędzał.
Właściciel prowadził go tylko na kilka kroków, potem wracał z nim do boksu. Koń miał już dość zamknięcia. Zachłannie wciągał nozdrzami zapach świeżej trawy i aż rwał się do biegu po łąkach.
Nadszedł dzień, gdy weterynarz orzekł można zrobić operację oka.
Sam koń nie obawiał się zabiegu guz i tak zasłaniał mu wzrok.
Ponownie wsadziliśmy konia do przyczepy i zawieźliśmy do kliniki w Wieliczce.
Lekarz usunął zmienione tkanki.
Po operacji koń przez kilka dni odczuwał ból, ale z zaciekawieniem rozglądał się dookoła. Rzeczy, które przez wiele miesięcy były tylko cieniami, nabrały wyraźnych kształtów.
Po raz pierwszy zobaczył nowe twarze właścicieli, swój boks i wybieg.
Do kuracji doszły krople do oczu, które cierpliwie znosił.
Był zadziwiająco łagodny i pojętny. Właściciele nie mogli się nadziwić jego spokojowi i wierności.
Po pewnym czasie koń stał się tak sprawny, że zaczęto go wypuszczać na wybieg z dwoma innymi końmi.
Szybko znalazł z nimi wspólny język. Potrafił uspokoić krewkiego wałacha i spokojnie skubał świeżą trawę obok klaczy.
Od dnia, gdy go tu przewieźliśmy, minęło wiele miesięcy. Koń nie przypominał już szkieletu pokrytego skórą, którego znaleźliśmy umierającego w trawie.
Sierść na bokach lśniła zdrowiem. O przejściach przypominały tylko miejsca, gdzie włos jeszcze nie odrósł, i zachowawcze ruchy.
Nikt się nie spieszył z jazdą wierzchem. Ale któregoś dnia koń sam zaczął rżeć i kopać kopytem, gdy widział siodło.
Tęsknym wzrokiem odprowadzał konie, które niosły dzieci i dorosłych na swoim grzbiecie.
Pewnego pięknego dnia wyprowadziłem go na dwór i zacząłem nakładać uprząż.
Koń zarżał z radości.
Moja waga była dla niego niewielkim obciążeniem, ale nie narzekał.
Ruszyliśmy w pole.
W tej chwili koń był naprawdę szczęśliwy.
Pomimo bólu, strachu i rozpaczy, przez które przeszedł teraz miał ludzi, którzy go kochali i się nim opiekowali.
Wiedział, że już nigdy nikt go nie porzuci cokolwiek się wydarzy.




