Ludzie natknęli się na wycieńczonego konia: brakowało mu sił nawet, żeby się podnieść
Zakochana para wolno przedzierała się przez gęstą i wysoką trawę na skraju podkrakowskiej wsi. Szli niespiesznie, trzymając się za ręce, od czasu do czasu obdarzając się tym wyjątkowym, czułym spojrzeniem, jakie mają tylko osoby zapatrzone w siebie po uszy. W tej letniej beztrosce, rozmawiając o wszystkim i o niczym, nie zauważyli, jak trafili na coś zupełnie nieoczekiwanego.
Dziewczyna, mająca na imię Bronisława, nagle krzyknęła i cofnęła się przerażona. Ja, jako jej chłopak Michał odruchowo zrobiłem krok do przodu, gotów ją chronić przed niewidzialnym zagrożeniem, choć wprost nikt nam nie groził.
Wśród traw leżał koń.
Właściwie to, co z niego zostało. Przed nami znajdowało się zwierzę bardziej podobne do szkieletu, obciągniętego cienką skórą, niż do żywego konia.
Ciemna, wysuszona skóra przylegała do sterczących żeber. Wydawało się, że lada moment kości przebiją skórę i wydostaną się na zewnątrz. Na całym ciele konia widać było wyschnięte strupy, wokół których wirowały natrętne muchy.
Wyglądał tak przerażająco, że budził na przemian współczucie i odrazę.
Biedne zwierzę! zawołała Bronisława.
Jej głos zawisł w powietrzu, nawet szum drzew na moment ucichł.
Nagle koń poruszył się lekko, ledwo zauważalnie.
W tym momencie ciarki nam przeszły po plecach.
Po chwili nasze jednoczesne krzyki przebiły ciszę.
Bez namysłu rzuciliśmy się do ucieczki, piędząc przez trawę na wiejską drogę, nie oglądając się za siebie. Dopiero tam, sapiąc i próbując się uspokoić, przystanęliśmy.
Oczywiście nikt nas nie gonił.
Gdy pierwszy lęk minął, przyszła refleksja.
On żyje szepnęła oszołomiona Bronisława.
Żyje, ale wygląda jak martwy zauważyłem ponuro.
Przecież się ruszył!
Nie wiedzieliśmy, co myśleć. Trzeba sprawdzić raz jeszcze może jednak nie ruszał się sam?
Wyobrażenie, że w ciele zwierzęcia mogło skryć się coś jeszcze, sprawiło, że Bronisława aż zadrżała.
Kazała mi iść sprawdzić, sama została na drodze. Nie miała siły patrzeć na zwierzę w takim stanie.
Wróciłem na łąkę i upewniłem się, że koń rzeczywiście oddycha, a nigdzie nie kryje się inny drapieżnik.
Gdy podszedłem bliżej, koń lekko przekręcił głowę i cicho westchnął.
Ruszał się z ogromnym trudem, ale boki poruszały się rytmicznie oddychał.
Powieki miał delikatnie uchylone, jakby próbował rozpoznać, kto stoi obok. Jednak źrenicę przesłaniała czerwonawa błona.
Dolna warga bezwładnie zwisała, nie domykając pyska. Nogi i ogon pozostawały nieruchome, tylko uszy ledwo drgały na wiatr.
Koń był skrajnie wyniszczony.
Wyglądał, jakby siłą woli trzymał się życia, przegrywając jednak walkę o przetrwanie.
Obejrzałem wokół trawa była dziewicza, jakby koń leżał tu od wielu dni.
Wróciłem do Bronisławy i opowiedziałem jej, co zobaczyłem.
Nieważne, jak tu trafił machnęła ręką Bronisława. Co z nim teraz zrobimy? Może umrzeć lada chwila Nie znam nikogo, kto znałby się na koniach!
Przypomniałem sobie, że w sąsiadującej wiosce, w okolicach Wieliczki, ktoś trzyma konie i uczy jazdy konnej.
Udało się szybko odnaleźć telefon do właścicieli stajni.
Początkowo nie mogli połapać się w naszej chaotycznej relacji, ale obiecali przyjechać jak najszybciej.
Po jakimś czasie na drodze od strony wsi pojawił się kurz samochód z przyczepą do przewozu koni nadjechał ku rzece.
Z daleka jeszcze ich zaskoczył widok konia, z bliska wręcz przeraził. Właściciel stajni z żoną nie byli w stanie uwierzyć, jak bardzo koń jest wycieńczony.
Nie było mowy, by samodzielnie wszedł do przyczepy można było tylko mieć nadzieję, że przeżyje transport do kliniki.
Okazało się, że nawet wychudzonego konia nie udźwigną cztery osoby.
Szybko pobiegłem po sąsiadów. Zebrała się grupka mężczyzn ostrożnie wsunęli pod końskie ciało mocny kawał materiału, chwycili za rogi i powoli unieśli go nad ziemię.
Koń szeroko otworzył oczy z przerażenia, ledwo drgnął nogą.
Na więcej nie miał już siły.
Nie sposób było patrzyć bez łez zwierzę było tak wycieńczone, że nie miało siły nawet leżeć godnie.
W końcu delikatnie ułożono go w przyczepie, zamknięto wysoką bramkę.
Koła samochodu powoli potoczyły się drogą, zabierając konia w nowe życie.
Gdy dotarli do stajni, już czekali pomocnicy i wezwany weterynarz.
Koń został ostrożnie wyciągnięty z przyczepy.
Weterynarz natychmiast zabrał się do pracy oglądał, badał, pobierał próbki.
Chwilę później zjawili się policjanci.
Policja przyjęła zgłoszenie o znęcaniu się nad zwierzęciem, wysłuchała zeznań lekarza, nowych właścicieli i nas, ochotników. Uprzedzili jednak, że znalezienie poprzedniego właściciela to śladowa szansa.
Weterynarz podał leki, zdezynfekował skórę i podłączył kroplówkę.
Ochotnicy pomogli przenieść konia do osobnego boksu.
Stan był tak ciężki, że lekarz miał wątpliwości, czy uda się uratować zwierzę. Jednak podjęto się leczenia z największym zaangażowaniem.
Największym problemem było to, że koń prawie nie jadł i miał trudności z piciem wody.
Okazało się, że cierpi na silne bakteryjne zakażenie skóry.
Pasożytniczy kleszcz powodował stany zapalne, na skórze pojawiały się pęcherze, które pękały, tworząc strupy.
Towarzyszył temu silny świąd.
Koń ocierał się o wszystko, co znalazł, rozdrabniał strupy i ranił skórę. Choroba odebrała mu apetyt i powoli zamieniła go w cień dawnego siebie.
Niestety, to nie były jedyne problemy.
Trzecia powieka była obrzęknięta i przekrwiona.
Lekarz nabrał podejrzeń, że to może być guz. Pomóc mogła tylko operacja i to dopiero, gdy zwierzę odżyje i znów stanie na nogach.
Zęby również były w fatalnym stanie i wymagały pilnej interwencji.
Kilkanaście tygodni boks zamienił się w polowy szpital.
Weterynarz odwiedzał konia codziennie. Z czasem leczenie zaczęło przynosić efekty: pasożyty zostały usunięte, strupy na skórze zaczęły znikać, zęby leczono. Dzięki temu koń zaczął przyjmować pokarm.
W pierwszych dniach stan był tak zły, że zwierzę trzeba było karmić butelką i podtrzymywać głowę rękami. Powoli koń odzyskiwał siły. Jadł coraz samodzielniej, choć nadal potrzebował wsparcia przy podnoszeniu łba, by przełykać.
Na początku nie rozpoznawał otoczenia, leżał bez nadziei, jakby pogodził się z losem. Ludzie jednak byli uparci i nie pozwalali mu zgasnąć.
Nowi właściciele doglądali go nawet w nocy sprawdzali kroplówkę, głaskali, obserwowali oddech. Po czasie koń zaczął reagować na ich głosy, zbliżał chrapy do wyciągniętych rąk, czasem drżał, gdy weterynarz mruczał podczas badania.
Nie widział prawie nic, więc polegał na dotyku i słuchu pomagających ludzi. Jednak stan stale się poprawiał.
Po paru tygodniach koń był w stanie samodzielnie przewracać się z boku na bok, a nawet unosić tułów. Potrafił przez kilka godzin trzymać głowę i ciało w pionie.
Największy problem pozostał nie potrafił stanąć na nogach.
Sam fakt, że nie czuł kończyn, bardzo go przerażał. Próbował się podciągać, jakby chciał wstać, ale opadł bezsilnie.
Weterynarz rozkładał ręce zbyt długo był unieruchomiony, mięśnie nie pracowały, nie mógł po prostu wstać.
Trzeba było ćwiczyć, krok po kroku. Do tego jednak potrzebne były ręce, dużo rąk.
Koń nadal ważył niemało, zwłaszcza że dzięki karmieniu zniknęła już straszliwa chudość. Choć cieszyło to właścicieli, utrudniało zadanie.
Aby podnieść konia, potrzeba było ośmiu chłopa.
Wymyślono specjalne nosidło ze starego koca i pasów, które pozwalało postawić zwierzę w boksie. Na zewnątrz i tak konieczna była pomoc całej ekipy.
Na szczęście los zwierzęcia wzruszył sąsiadów i znajomych. Każdego wieczoru przychodzili, by pomóc w treningach.
Na początku ustawiano końskie nogi ręcznie, ale regularne ćwiczenia przyniosły efekt. Po kilku dniach koń zaczął próbować sam poruszać nogami.
Wychodziło topornie, bardzo powoli, ale to już był wielki postęp.
Koń szybko się męczył, my wszyscy tak samo, ale nikt się nie poddał.
Długie miesiące żmudnej pracy przynosiły owoce. Najpierw nauczył się stać, później stawiał pierwsze niepewne kroki.
Nikt nie poganiał go.
Wyprowadzałem go tylko na kilka kroków, potem wracaliśmy do boksu, by odpoczął. Sam koń miał już dość ciągłego zamknięcia wciągał zapach świeżej trawy, zerkając tęsknie na padok.
Gdy weterynarz uznał, że jest wystarczająco silny na operację powieki, przewieźliśmy go do kliniki.
Zabieg usunięcia zmiany przesłaniającej oko nie był łatwy, ale koń przeszedł go zadziwiająco spokojnie.
Po operacji przez parę dni oczy go bolały, jednak z ciekawością przyglądał się otoczeniu. Po raz pierwszy mógł wyraźnie zobaczyć swój boks, ludzi i świat wokół.
Do zwykłej terapii doszły krople do oczu, które cierpliwie pozwalał aplikować.
Okazało się, że ma nie tylko łagodne usposobienie, był także bardzo bystry. W nowej rodzinie każdy szybko go pokochał.
Z biegiem czasu koń całkiem wyzdrowiał, zaczął biegać w zagrodzie z dwoma innymi końmi.
Nowicjusz szybko dogadał się z resztą stada. Potrafił nawet uciszyć zadziornego ogiera, spokojnie skubał trawę obok matki młodego.
Minęło wiele miesięcy od tamtego dnia, gdy znaleźliśmy go na łące. Teraz nikt nie zgadłby, że jeszcze niedawno był jak szkielet pokryty skórą, ledwo żywy.
Jego boki odzyskały pełny kształt, sierść była błyszcząca i zdrowa. Tylko blizny na zadzie i nieśmiałe ruchy przypominały przeszłość.
Nie spieszyłem się z nauką jazdy. Aż pewnego dnia koń sam zaczął uderzać kopytem i parskać na widok siodła.
Z tęsknotą patrzył za innymi końmi, gdy woziły dzieci i dorosłych.
Pewnego słonecznego dnia wyprowadziłem go na dwór i zacząłem zakładać uprząż.
Koń zaryczał z radości.
Choć mój ciężar był dla niego wyzwaniem, nie narzekał.
Wyjechaliśmy na krótki spacer po polu.
W tej chwili koń był najszczęśliwszym zwierzęciem na świecie.
Mimo strachu, bólu i niepewności, które przeżył, otoczyliśmy go prawdziwą opieką.
I wtedy już wiedział nigdy nie zostanie sam, cokolwiek się wydarzy.




