Lokatora – Opowieść o niezwykłej współlokatorce w polskim bloku

KWATEROWNICZKA

Zimowy wieczór dopiero rozpoczynał się na jednym z blokowisk Poznania, kiedy wysokiego wzrostu kobieta szła powoli osiedlowym chodnikiem. Choć był mróz, to słońce świeciło tego dnia wyjątkowo jasno, a na koniec dnia jego promienie igrały w migotliwych płatkach śniegu. Zima w pełnej krasie, a ja czułem się wyjątkowo dobrze w tej aurze.

Kobieta, którą znałem jako panią Barbarę Tokarską, cieszyła się tym zimowym wieczorem. Miała już ponad sześćdziesiątkę, wdzięku jej nie brakowało. Prosta, zadbana, pewna siebie, szła w eleganckich kozakach i futrze z norki. Po twarzy dało się poznać, że kiedyś była naprawdę piękna, a i teraz prezentowała się znakomicie widać, zna swoją wartość.

Choć jej młodość i czas pierwszych miłości przeminęły, pani Basia jak ją nazywałem potrafiła się cieszyć życiem w każdym wieku. Pogrzebała męża dziesięć lat temu i długo opłakiwała tę stratę. Przeżyli razem nie jedno, wychowali wspaniałego syna.

Syn wyjechał lata temu na studia do Gdańska i został tam na stałe. Założył rodzinę, obdarzył panią Barbarę dwójką wnuków. Rzadko jednak widywała rodzinę syn wciąż zapracowany, nieczęsto miał czas na odwiedziny.

Mimo wszystko Barbara nie popadała w smutek. Rozumiała, że każdy wiek ma swoje uroki. Tak, była już na emeryturze i choć wypłata z ZUS-u do najwyższych nie należała, na życie wystarczało. Dodatkowo syn dorzucał jej złotówki, choć nie raz protestowała i mówiła, żeby nie przesadzał. Poza tym miała dwie kawalerki: w jednej żyła, a drugą wynajmowała młodej rodzinie z dzieckiem. Dziś właśnie wybierała się po czynsz, niosąc w eleganckiej torebce czekoladę dla małego chłopczyka, syna swoich lokatorów.

Dobrzy lokatorzy to skarb, o tym pani Basia wiedziała dobrze; doświadczyła w życiu różnych typów ludzi. Nie raz urządzali jej bałagan albo zostawiali długi za czynsz dlatego teraz co miesiąc sama przychodziła po opłatę, sprawdzając przy okazji, czy wszystko w porządku. Odkąd wynajmowała mieszkanie obecnej parze, mogła być spokojna: młodzi, a jak dbali o porządek!

Najwięcej załatwiała z Kingą, bo tak miała na imię lokatorka, choć po dokumentach pani Basia wiedziała, że ma dopiero 24 lata. A taka drobniutka, delikatna, o jasnej cerze i błękitnych oczach, że aż trudno było uwierzyć, że ten dwuletni, pulchny synek to naprawdę jej dziecko.

Kinga była zawsze grzeczna, opłacała rachunki na czas, mieszkanie utrzymane idealnie, uśmiechu jej nie brakowało. Co do jej męża, Karola, pani Barbara wiele nie wiedziała: zwykle jak przychodziła, on leżał na kanapie przed telewizorem albo go nie było. Szorstki w obyciu, nie wdawał się w pogaduszki; czasem miałam wrażenie, że jest po piwie, ale skoro czynsz płaci, co mnie to obchodzi.

Docierając do klatki dziewięciopiętrowego bloku, pani Basia rozważała, jaki rarytas sobie sprawi za czynsz od Kingi. Uwielbiała łososia, krewetki… Cóż w tym złego, że emerytka sprawi sobie od święta kawałek dobrej, czerwonej ryby? Przed świętami dostała od syna prawdziwy królewski prezent to właśnie to cudne futro, w którym dziś przechadzała się dumnie po osiedlu.

W windzie rozważała: czy sklep rybny zdąży jeszcze odwiedzić? Gdy przyszła do mieszkania, jak zawsze zadzwoniła do drzwi miała klucz, ale jeszcze by ktoś pomyślał, że nachodzi bez zapowiedzi.

Tym razem musiała czekać dłużej niż zwykle. Przemknęła jej myśl, czy nie zastała nikogo w domu, lecz wtedy drzwi otworzyła Kinga. I nagle zamarła dziewczyna wyglądała, jakby całą noc płakała. Spuchnięte, czerwone oczy i dłonie, które się trzęsły…

Co się stało, Kingo? Dziwnie wyglądasz, wszystko w porządku? wszedłem za nią do środka.

Dziewczyna z zamyśleniem odwróciła się na holu, wplatając ręce mocno w siebie, jakby chciała uciszyć ich drżenie.

Nie, pani Basiu, nic nie jest w porządku odpowiedziała cicho, usiadła z trudem na kanapie.

Rozejrzałem się po mieszkaniu. Tym razem, wbrew zwyczajowi, panował lekki rozgardiasz ubranka na podłodze, otwarta szafa, półki częściowo puste. Pośród ubranek bawił się Nikodem, jej synek.

Kinga wyjęła z teczki rachunki, podała mi je drżącą ręką.

Wszystko opłacone, ale nie mam pieniędzy na czynsz za ten miesiąc… Bardzo proszę, czy mogę zostać pani dłużna? Z Nikodemem i tak się wyprowadzam, jutro nas już nie będzie…

Patrzyłem na nią bez słowa. Nie piła, w mieszkaniu nie pachniało alkoholem to były zapłakane, spuchnięte łzy, nie kac. Usadziłem się obok niej na kanapie.

Kingo, co się wydarzyło, powiedz mi, proszę. Gdzie Karol? Czemu tak się dzieje?

Z głośnym westchnieniem zaczęła mówić, ściskając twarz w dłoniach:

Jestem chora, pani Basiu. Od pół roku źle się czuję, ciągle zmęczona, słaba. Wreszcie, gdy Nikodema przyjęli do żłobka, zrobiłam sobie badania… Mam raka. Proszę pani… Onkologia…

Przerwała, łkając bez łez.

Gdy mąż o tym usłyszał, spakował walizki i odszedł. Powiedział, że nie będzie się ze mną męczył, nie do tego się żenił… Jego ciocia umarła na raka, nie chce tego przeżywać drugi raz. Chce rozwodu A ja już nie mam pieniędzy. Jestem na macierzyńskim, dostaję grosze. To, co zostało, poszło na rachunki. Nie mam na czynsz. Jutro wyjeżdżam do babci na wieś, ona mnie wychowała już jest bardzo schorowana. W onkologicznym centrum mam mieć biopsję, ale nie mam z kim zostawić Nikodema…

Siedziałem w milczeniu, naraz wszystko mi się przewartościowało cała ta kwestia pieniędzy, łososia, przyjemności… Oczyściłem serce, skupiłem się na Kingi i jej dziecku.

Kingo, spokojnie. Wiem, co czujesz, ale nie możesz się poddać. Masz dla kogo żyć dla siebie i dla dziecka. Jaki masz plan? Gdzie pójdziesz, co z Nikodemem?

Spojrzała na mnie z rozpaczą.

Nie wiem… Muszę trafić do szpitala, a przecież nie zostawię Nikodema samego z babcią, która ledwo chodzi. W przychodni na wsi niewiele mi pomogą, tu miałabym lepszą opiekę, ale nie mam jak. Nie mam gdzie mieszkać. Bez pieniędzy w mieście nie dam rady.

Kingo, posłuchaj przerwałem jej. Nie jesteś sama. Jutro idź do szpitala na dalsze badania i zostaw mi Nikodema. Przez te kilka dni się nim zajmę, nie martw się. A co do czynszu, zapomnij pieniądze nie są najważniejsze, ważne jest teraz twoje zdrowie i dziecko. Daj mi rano znać, gdzie zanieść Nikodema do żłobka, a ja resztą się zajmę.

Kinga patrzyła na mnie z niedowierzaniem przez lata wynajmowania pokoju widziała we mnie osobę raczej surową i wymagającą. Nigdy by się nie spodziewała, że wyciągnę rękę, a już na pewno nie, że będę tak serdeczny. Poczuła ulgę, a ja, jak miałem w zwyczaju, starałem się ukryć wzruszenie.

No już, nie gap się tak na mnie, tylko się zorganizuj. Trzeba iść do przodu. Ja też nie będę się rozklejał, bo jeszcze się popłaczę mruknąłem szorstko.

Pożegnałem się, obiecując wrócić rano. Do sklepu zdążyłem, kupiłem kurczaka na rosół, kaszę, mięso na pulpety produkty zwyczajne, ale Nikodem musiał coś jeść, kiedy Kinga będzie w szpitalu.

Nie było źle dzieciak był pogodny, słuchał się, choć bardzo tęsknił za matką. A ja z każdą chwilą coraz mocniej przejmowałem się losem Kingi. Tak młoda, a już dotknięta ciężkim losem!

Biopsję zrobiono, po dwóch dniach Kinga wróciła do domu. Nastało trudne oczekiwanie na wyniki. Kiedy wreszcie dziewczyna zadzwoniła, w jej głosie słychać było radość.

Pani Basiu! Już wiadomo! Pierwszy stopień. Może wystarczy jedna operacja. Jest szansa na całkowite wyleczenie!

No widzisz! westchnąłem z ulgą. Już chciałaś się poddać, a tu jednak się ułożyło. Twój mąż uciekł za wcześnie. Może i dobrze zobaczyłaś jego prawdziwe oblicze. Kiedy operacja?

Za miesiąc dopiero, kolejki duże. Może na razie wrócę do babci, a pani wynajmie komuś kawalerkę? Przykro mi mieszkać za darmo…

Oj, przestań z głupotami! Teraz żyj spokojnie, czekaj na zabieg. Produkty się kończą? Jeśli tak, to zaraz coś przyniosę.

Pani Basiu, nie wiem, jak się odwdzięczę… Robi pani dla nas więcej niż ktokolwiek w moim życiu…

***

Minął rok i pół.

W sali najlepszej restauracji w centrum Poznania rozbrzmiewała radosna muzyka i śmiechy gości trwało wesele. Siedziałem na honorowym miejscu obok panny młodej, dumna jakby to naprawdę była moja córka. Kiedy tylko patrzyłem na Kingę w białej sukni i tiarze w bujnych włosach, ściskało mnie ze wzruszenia; była piękna, zdrowa, rozpromieniona. Wychodziła za mąż za swojego lekarza tego, który przeprowadził rok temu operację.

Początkowo Kinga nie dowierzała w jego umiejętności, wydawał jej się za młody. Los jednak chciał, że właśnie on okazał się jej wybawieniem, i wkrótce zaczęli się spotykać. Nie było łatwo: Kinga, porzucona przez męża, nie ufała mężczyznom. Jedynie mnie dopuściła do siebie. Potem operacja, badania, rehabilitacja, po których wróciła do pracy i zaczęła płacić czynsz, choć już jej tego za bardzo nie chciałem przyjmować.

Teraz z synkiem przeprowadzili się do mieszkania młodego lekarza. Przede mną znów poszukiwania nowych lokatorów. Widząc, jak bardzo lekarz zakochany jest w Kindze, wiedziałem, że będzie przy niej bez względu na wszystko. Weselisko wystawił iście po królewsku.

Nie mogłem się powstrzymać i sięgnąłem po talerz z łososiem w końcu od dawna miałem na niego ochotę. Uśmiechnąłem się na myśl, jak półtora roku temu odmawiałem sobie tej przyjemności i jeszcze długo potem musiałem się ograniczać, pomagając Kindze. Ale czy jakiekolwiek pieniądze albo łosoś mogą się równać z tym, co zyskałem? Zyskałem prawie córkę. Mój syn mieszka daleko, a teraz mam jeszcze Kingę i Nikodema wiem, że mnie nie zostawią.

Wzruszenia starałem się nie okazywać, ale nim się spostrzegłem, łzy stanęły mi w oczach, gdy Kinga wstała, by wygłosić toast:

Chciałabym podziękować najbliższej osobie, bez której tego ślubu by nie było mój głos się zachwiał, łza zakręciła się w oku. Pani Basiu, jest pani dla mnie jak mama, której nigdy nie znałam. Dziękuję Bogu za to, że pani jest i że nasze drogi się skrzyżowały…

Wtedy pojąłem, jak niewiele znaczą rzeczy materialne wobec prawdziwej bliskości i wsparcia. Samotność można przezwyciężyć tylko drugim człowiekiem. Może właśnie to jest sens życia być potrzebnym, dać z siebie dla kogoś wszystko i przyjąć wdzięczność, której innym czasem tak brakuje.

Oceń artykuł
TwojaCena
Lokatora – Opowieść o niezwykłej współlokatorce w polskim bloku