Ledwo osiągnęłam pełnoletność, już wyszłam za mąż. Wyszłam – to najtrafniejsze słowo na ten niespodziewany czyn, zaskakujący zarówno mnie, jak i wszystkich wokół. Ale stało się, co się stało. Zaczynało się nowe życie, zupełnie mi obce, obejmujące między innymi poznanie rodziców mojego młodego męża, który był równie zagubiony co ja. Oboje wypadliśmy z rodzinnego gniazda, nie nauczywszy się jeszcze porządnie latać.

Zaledwie skończyłam osiemnaście lat, już byłam żoną. Właściwie to, jak to się mówi, wskoczyłam w to małżeństwo właściwszego słowa nie znajdę, bo dla wszystkich, łącznie ze mną, było to zaskoczenie. Ale stało się, przeszłości już nie zmienię. Przede mną otwierało się zupełnie nowe życie, którego dotąd nie znałam, a jednym z jego aspektów było poznanie rodziców mojego młodego męża, który był nie mniej zagubiony ode mnie. Oboje wypadliśmy z rodzinnych gniazd, a jeszcze dobrze nie nauczyliśmy się latać.

Pewnego poranka, gdy ciocia Ania jak zwykle karmiła mnie śniadaniem, dokładając mi smacznych kąsków i zachęcając do jedzenia, do kuchni zajrzała sąsiadka, babcia z naprzeciwka. Obserwując rytuał porannego karmienia, westchnęła:
Rozpieszczona jesteś, dziewczyno, krzywdy nie poznałaś, zobaczysz, teściowa to ci jeszcze życia da.
Oj, nie strasz dziewczyny ucięła ją stanowczo moja ciocia Ania.
Faktycznie, urazy były mi wtedy obce. Nasza nietypowa rodzina składała się z babci i jej trzech córek. Najstarsza była moja ciocia Ania, moja mama Zofia była najmłodsza, a średnia, Katarzyna, zaopiekowała się synem, moim bratem Jankiem. Facetów w domu już nie było. Wojna zabrała wszystkich mężów. Żyłyśmy zgodnie, dzieci miały tyle miłości i wsparcia, że czasem aż w nadmiarze.

Ja, jako najmłodsza, byłam szczególnie rozpieszczana. Nie znałam krzywdy ani przykrości, więc staruszka miała rację. Ale to słowo teściowa zabrzmiało wtedy dla mnie wyjątkowo nieprzyjaźnie kłujące, złośliwe, jak groźba nieznanych przykrości czających się w przyszłości.

Moja przyszła teściowa okazała się być wysoką, postawną kobietą o przyjaznym wyrazie twarzy. Przywitała mnie ciepło: Wchodź, córciu i uśmiechnęła się szczerze. Prędko zajęła się poczęstunkiem, a potem zaprosiła mnie do ogródka, gdzie z dumą pokazała równe, wysokie grządki, już obsiane warzywami, oraz swój powód do dumy dorodnego prosiaka, który na jej widok radośnie zaczął chrumkać.
Burek, Burek, już ci dam jedzonko, jesteś mądry, grzeczny jesteś pogłaskała świniaka, a mi zrobiło się ciepło na sercu, jakby to mnie właśnie pochwaliła.

Ogródek i prosiak Burek były mi dobrze znane z dzieciństwa. U nas w domu wszystkie świnki dziwnym trafem nazywały się Burkami i zawsze mówiono do nich z czułością. To wszystko koiło moje nerwy i nawet zaczynało mi się podobać.

Rano panowie wychodzili do pracy na budowę, a my zostawałyśmy same na gospodarstwie. Jednak miałam problem nie potrafiłam się zdecydować, jak zwracać się do teściowej. To słowo nie chciało mi przejść przez usta, a coraz bardziej go potrzebowałam w codziennym życiu. I tak kiedyś, podczas rozmowy o moim imieniu, opowiadałam jej o świętej Jadwidze. Ona zaś się zaśmiała i mówi:
No to mów mi po prostu Jadwiga, tak jak ona. I z głowy! Podoba ci się to imię?
W ten sposób teściowa rozwiązała mój problem i odtąd mówiłam do niej pani Jadwigo, czasem dodając jeszcze mamusiu. Życie się układało. Była szybka, uśmiechnięta, potrafiła bezszelestnie ogarnąć cały dom gdy wstawałam, śniadanie już czekało na stole, podłogi lśniły, ogródek był wypielony, a Burek najedzony.

Siadałyśmy na ganku i rozmawiałyśmy. Jadwiga wspominała, jak ciężko jej było w czasie wojny z trójką chłopaków, jak pracowała w tartaku, jak dzieci pogubiły kartki na chleb, a kierownik postawił ją na sprzątaczkę w sklepie i kazał jej brać dla nich chlebowe okruszki z półek. Dobry był z niego człowiek, niech mu ziemia lekką będzie zawsze dodał parę kęsów dla dzieci, szczególnie mojego męża, bo był najsłabszy.

Z wyobraźni mojej powstawały te obrazy, świat się poszerzał, stawał się barwniejszy o zupełnie nowe uczucia i pojęcia. Wszystko szło dobrze do pewnego dnia.

Pewnego ranka Jadwiga obudziła mnie i powiedziała:
Córuś, kobiety z sąsiedztwa wybierają się na jagody, chciałabym z nimi pójść do lasu, nazbieram jagód dla was. Nakarmisz Burka? Wszystko już ci przygotowałam w wiaderku.
Jasne, proszę się nie martwić, Burek nie będzie głodny odpowiedziałam, zostając w domu sama.

Niedługo po tym Burek zaczął radośnie piszczeć, więc wzięłam wiaderko z jego jedzeniem i poszłam do chlewika. Ta już niemała świnia mieszkała w małej szopce przy ogródku: miałam wejść do środka i wsypać jedzenie do korytka proste! Tak mi się wydawało… O, jak bardzo się myliłam.

Ledwie uchyliłam drzwi, a Burek wyskoczył z siłą huraganu. Otworzył szeroko drzwi, przewrócił wiadro i wypadł prosto na grządki. Oszalały z wolności, zaczął tarzać się i brykać po zagonach, depcząc świeżo wypielone roślinki, wrzeszczał, chrumkał, ciesząc się wolnością, a ja stałam jak wryta, nie wiedząc, co zrobić. Ale coś zrobić przecież musiałam! Przecież nie można tak zostawić ogródka zrujnowanego przez rozbrykaną świnię moje nadzieje na dobrą znajomość legły w gruzach, zrozumiałam w tej chwili, skąd się bierze powtarzane tyle razy, że teściowa potrafi uprzykrzyć życie i jeszcze tym razem zupełnie mi się należało!

Muszę zagonić Burka do chlewika, choćby nie wiem co! z tą myślą rzuciłam się w pogoni za świnią, depcząc starannie rano podlane grządki. Nasze prędkości były podobne, kilka razy niemal go złapałam za tłuste, śliskie bok, ale Burek szybko załapał, o co mi chodzi i nie miał zamiaru rozstać się z wolnością. Łatwo mi uciekał.

Zmieniałam taktykę. Wpadłam do kuchni, chwyciłam bochenek chleba i zaczęłam go karmić. Burek, wiedząc już, że jestem gotowa na podstęp, przychodził i brał chleb z ręki. Powoli więc kierowałam go do szopy, ale gdy byliśmy już blisko… Burek natychmiast zawracał i zaczynał rozrabiać od nowa! Och, wszelkie możliwe swinskie wygłupy! A ja, coraz bardziej zrozpaczona, łkałam z bezsilności. Ogródek w rozsypce, a Burek zachowywał się jak stereotypowa świnia, zdemolował nawet mini-inspekt z sadzonkami pomidorów, który z taką troską pielęgnowała Jadwiga. Szkoda, ach szkoda!

Świnia w końcu zwolniła, zaryła zadkiem w ziemię i zaczęła tarzać się, kończąc powoli swoje dzikie zabawy. Wtedy, zupełnie zdesperowana, przypomniałam sobie, jak głaskaliśmy nasze domowe zwierzaki. Burek nie widział już we mnie zagrożenia, podeszłam bliżej, popchnęłam go lekko i zaczęłam drapać po brzuchu. Rozkosznie zamknął oczy pod długimi, brudnymi rzęsami i mruczał zadowolony.

Nie pamiętam, jak długo trwało to drapanie. Zmieniałam ręce i straciłam rachubę czasu, marzyłam tylko o tym, by Burek już się nie ruszał. Gardło miałam suche od łez i pragnienia, a słońce grzało jak na złość. To musiało wyglądać żałośnie szczęśliwa świnia i kompletnie nieszczęśliwa dziewczyna, obie brudne, na zdewastowanych grządkach, bez cienia nadziei na ratunek.

W końcu zatrzasnęła się furtka i na to polsko-egzotyczne widowisko wbiegła Jadwiga.
Ty psotniku, dziewczynę wymęczyłeś! krzyknęła, złapała Burka za nogę, wrzuciła do szopy i zamknęła drzwi na zasuwę.

Próbowałam wstać, ale miałam nogi jak z waty. Pomogła mi wstać i przeprowadziła przez resztki grządek.
Stój, córeczko, już idę po wodę pobiegła do domu i wróciła z wiadrem zimnej wody, którą z samego rana dźwigała na nosidle z odległej studni. Polewała mnie wodą, obmywając czarne stopy, ręce, twarz z ziemi i łez.

Ze mną spłynęła ta czarna, zmieszana z łzami woda i miałam wrażenie, że wraz z nią na zawsze odpływa z mojego życia to straszne i szorstkie słowo TEŚCIOWA. Już nigdy nie miało mnie dręczyć.

Z uczuciem ulgi wykrzyknęłam spontanicznie: „Ojej, mamo moja!” Jadwiga się roześmiała, przytuliła mnie i zaprowadziła do domu, by nakarmić świeżymi jagodami z lasu.

O zrujnowanych grządkach rozmawiała krótko, z uśmiechem machnęła ręką:
Ach, co tam grządki, wszystko odrośnie, nie ma co się martwić. Pomidorki też będą, zobaczysz. Świnia jak to świnia wybiegła, pobrykała, świat się nie kończy. Odpocznij, zanim nasi panowie wrócą, ugotuję wam obiad.

Skąd u tej kobiety po takich przejściach tyle cierpliwości, dobroci i życiowej mądrości? Nie wiem, kto ją tak obdarował, ale wiem, dlaczego z takich matek wyrastają silni, dobrzy, uczciwi i kochający synowie, których tak hojnie powierzają potem obcym dziewczynom matki, które niesprawiedliwie czasem nazywają zimnym słowem teściowa.

Oceń artykuł
TwojaCena
Ledwo osiągnęłam pełnoletność, już wyszłam za mąż. Wyszłam – to najtrafniejsze słowo na ten niespodziewany czyn, zaskakujący zarówno mnie, jak i wszystkich wokół. Ale stało się, co się stało. Zaczynało się nowe życie, zupełnie mi obce, obejmujące między innymi poznanie rodziców mojego młodego męża, który był równie zagubiony co ja. Oboje wypadliśmy z rodzinnego gniazda, nie nauczywszy się jeszcze porządnie latać.