Kotlety teściowej

Kotlety teściowej

Marek i Grażyna są małżeństwem już od trzech i pół roku, a przez cały ten czas Grażyna gościła w domu teściowej może z cztery razy. Zazwyczaj tylko przy większych okazjach Wielkanoc, Boże Narodzenie na dwie godzinki, by zaraz potem czmychnąć z powrotem do ich mieszkania w Krakowie.

Aż tu nagle Marek ni stąd, ni zowąd wyskakuje z tematem: mama już trzeci raz w tym tygodniu dzwoniła, żaliła się, że tęskni, że ojciec naprawiał dach na szopie i plecy go rozbolały, że ogródek zarasta, a sił nie ma Szczerze mówiąc, Marek był synem idealnym dzwonił do mamy co niedzielę jak zegarek, przytakiwał do słuchawki, nawet jak mówiła coś z czym zupełnie się nie zgadzał. I teraz siedział przy kolacji, przeżuwając makaron z parówką i patrzył na żonę z miną spaniela proszącego o ostatniego kabanosa.

Grazia zaczął, odstawiając talerz i splatając ręce na stole mama znowu dzwoniła. Mówi, że już nie pamiętamy, jak wygląda. Może skoczymy do nich w ten weekend? Tak na trzy dni, nie dłużej. Proszę, no.

Marek, mam w sobotę wizytę u fryzjerki spróbowała się wykręcić Grażyna, już wiedząc, że argumenty cienkie jak rosół po studencku.

Przenieś, no co, to przecież drobiazg Marek machnął ręką, jakby zmiana terminu u fryzjerki to była formalność. Przecież wiesz, że mama się obrazi. Już mi obiecała kotlety i drożdżówki tęskni za nami.

A twój tata jak się czuje? Plecy już mniej bolą? zapytała Grażyna z obowiązku, bo z teściem relację mieli letnie jak letnie.

Daj spokój, staruch jak zawsze coś znajdzie. Marek wzruszył ramionami. W każdym razie zdecydowałem, że jedziemy. W piątek wieczorem tam, w niedzielę wracamy. Zadzwonię, żeby ją ucieszyć.

Grażyna westchnęła, ale wiedziała, że z Markiem, kiedy zdecydował, nawet polska armia mogłaby się dalej nie przepychać. Próbować zatrzymać go w decyzji to trochę jak przekonywać kota, żeby nie lazł na firanki.

W piątek wieczorem zapakowali do bagażnika torbę z ciuchami, reklamówkę z podarkami. Marek kupił mamie mięciutki koc z reniferem, a tacie litrową Żubrówkę. Do rodzinnej wsi z Krakowa zajeżdżało się w dwie godziny, jeśli nie złapać korka w Myślenicach.

Grażyna przez całą drogę gapiła się za okno na przemykające brzozy i wiejskie baraczki z neonami rodem z PRL-u, słuchała jak Marek wtóruje radiu, i próbowała wmówić sobie, że wszystko przejdzie gładko. W końcu trzy dni to nie wieczność. A i teściowa przecież porządna kobieta.

Zajechali już po zmroku. Dom na końcu ulicy, rozświetlony jedynie światłem z latarni pod płotem. Marek skręcił na żwirową drogę, zgasił silnik, a w tej samej chwili na ganku rozbłysło światło, rozwarły się drzwi i wyleciała pani Danuta niziutka, okrągła, w kwiecistym fartuchu, z uśmiechem tak rozległym, że aż człowiek się bał, czy policzki jej nie pękną.

Mareczku! zapiszczała na całą ulicę, rzucając się na syna, który ledwo zdążył wysiąść z auta. Już myślałam, że nie przyjedziecie! Od rana się krzątam, narobiłam, napiekłam, nawet nie wiesz! Grazynko, kochana, szybciutko wchodźcie do środka, tu zimno przecież!

Grażyna wysiadła, poprawiła kurtkę, założyła grzeczny uśmiech i pozwoliła się obściskiwać. Od pani Danuty pachniało smażoną cebulą i czymś niesamowicie słodkim, przez co Grażynę aż zakręciło w nosie.

W domu było ciepło, niemal za ciepło, wszędzie zapach jedzenia, z kuchni dobiegało smażenie coś się pryskało na patelni. W dużym pokoju na stole już stały: talerz z pokrojoną kiełbasą, ogórki kiszone, kompot w słoju i pół bochenka prawdziwego razowca. Pan Stefan, ojciec Marka, siedział przy telewizorze, oglądając wiadomości. Podniósł się zaraz, podszedł, widać było, że czekał i czuwał, bo wiadomo ciemno, drogi zdradliwe, różnie bywa.

No, dojechaliście powiedział, ściskając syna za rękę, Grażynie tylko skinięcie głową: Witaj, córko. Rozbierajcie się, zaraz dajemy kolację.

Kotleciki dla was usmażyłam! z kuchni wołała Danuta, cała w ruchu, przesuwając talerze i stukając pokrywkami. Z młodymi ziemniaczkami, cebulką i sosem. Marek, przecież ty uwielbiasz moje kotleciki?

Uwielbiam, mamo, przecież wiesz Marek już ściągnął kurtkę i buszował po kuchni, zaglądając do garnków, czym wywołał kolejną falę matczynej dumy.

Grażyna zdjęła kurtkę, zawiesiła ją w przedpokoju i podreptała za mężem. Kuchnia pani Danuty była upchana dosłownie wszystkim jeśli ktoś wyobraża sobie przytulność jako zastawienie każdej wolnej powierzchni słoikami, przyprawami i ścierkami, to byłoby właśnie to miejsce.

Siadaj, Grazynko, już ci przetrę krzesełko teściowa odpychała krzesło nogą, wycierała je fartuchem, jakby chciała z niego wyciągnąć ostatnie okruchy brudu. Pewnie zmęczona po podróży, za chwilę już będzie!

Danuta fikołkiem zebrała coś z blatu, włożyła z powrotem, otworzyła piekarnik, wyszedł zapach mięsa i Grażyna aż mimowolnie przełknęła ślinę. Głód bowiem czuła, jak nigdy w samochodzie zjedli tylko po łyku kawy i jakieś ciastko.

I wtedy to zobaczyła.

Teściowa stała przy stole, lekko pochylona nad miską z surowym mielonym. Góra szaro-różowej masy, już prawie piętnaście ulepionych kotletów, okrągłych, równiutko ułożonych na desce, obsypanych bułką tartą. Danuta chwyciła nową porcję mięsa, zwinęła kulkę, spłaszczyła, nadała kształt, i nagle tą samą dłonią, która przed chwilą grzebała w mielonym bez mrugnięcia okiem zanurkowała pod swoją lewą pachę.

Nie żeby tak od niechcenia podrapała się przez bluzkę nie, dosłownie z całej piątki zawędrowała pod pachę, porządnie podlesen, z wyraźną ulgą, podrapała parę sekund, potem tą samą ręką wróciła do mielonego i lepiła dalej!

Grażyna poczuła, jak jej żołądek podjeżdża do gardła.

Patrzyła na tę dłoń zwyczajna damska dłoń, z masywnymi palcami, obrączka ledwo wciskała się na spuchnięty staw, paznokcie obcięte na zero, po zewnętrznej stronie drobna siateczka zmarszczek nie mogła oderwać wzroku. Ta ręka pod pachą, potem w mielonym, potem kotlety

Te kotlety Danuta przecież wielokrotnie przesyłała im do Krakowa całymi woreczkami! Pili, jedli, chwalili. Grażyna nawet kiedyś przez telefon powiedziała to są magiczne kotlety, pani Danusiu!. I to nie było kłamstwo smak zawsze boski.

Mamo zajrzał Marek z pokoju masz herbatę? Przemarzliśmy po drodze jak cholera.

Zaraz, zaraz, już ostatnie lepię, będzie kolacja! odkrzyknęła Danuta, nawet nie przerywając lepienia. Tylko ostatni rzut i siadamy!

Chwyciła następną porcję mięsa, a Grażyna odnotowała, jak na desce, przy równym rządku kotletów, zostały szarawe smugi czy tylko jej się wydawało, że to ślad od ręki, która pod pachą chwilę temu pracowała? Mrugnęła, obraz znów powrócił do normalności: deska, mięso, kotlety, dłoń, lepienie.

Może pomogę? Grażyna próbowała się otrząsnąć. To ja ulepię ostatnie, a pani zrobi herbatę?

Co ty, kochana, bez przesady, gościowi nie wypada, odpoczywaj, już kończę sama! Danuta machała dłońmi, ku przerażeniu synowej, i zatopiła palce w ostatniej kulce mięsa. Ulepiła, odłożyła, spojrzała na ręce, kiwnęła z zadowoleniem, opłukała je pięć sekund pod zimną wodą bez mydła strząsnęła wodę, wycierała o fartuch.

Grażyna patrzyła na tę scenę z obrzydzeniem.

Próbowała się otrząsnąć. No bo co, trochę się podrapała, wielka mi sztuka. Przecież jej własna babcia, świętej pamięci, też czasem zapomniała o myciu rąk, a nikt nie leżał w szpitalu z tego powodu. Może po prostu jest przewrażliwiona

Ale obraz dłoni pod pachą kotlet dłoń w mielonym nie chciał jej opuścić.

Kolację podano w pokoju, na stole okrytym ceratą w stokrotki. Teściowa rzuciła patelnią na stół i dopiero wtedy poleciał słodki, apetyczny zapach kotletów rumiane, chrupiące, cudownie przyrumienione, no normalnie ślinka cieknie, ale Grażyny przełyk blokował się całkiem z innego powodu. Było też puree ziemniaczane z masełkiem, ogórek, pomidor, chleb, kiszonki i kompot.

No dzieci, jedzcie, jedzcie! podsuwała Grażynie najładniejsze kotlety. Te są najbardziej rumiane, specjalnie dla was!

Kotlet wyglądał fantastycznie. Apetyczny, taki domowy, pachnący czosnkiem i cebulą. Marek już złapał dwa, nałożył sobie do puree, pokroił ogórka i szczęśliwy wrzucił pierwszy kęs do ust.

Mmmm, mamo Rozpływa się. Jak zawsze.

No, chwała Bogu, bo się bałam, że przesoliłam albo cebuli za mało roześmiała się Danuta, sięgała po swój talerz, łamała chleb.

Stefan milczał, skubiąc kotlet, raz po raz kiwając, bo z mówieniem nigdy mu nie szło jego najdłuższa opowieść w rodzinie dotyczyła kiedyś wymiany oleju w maluchu.

Grazynko, a ty czemu nie jesz? zapytała teściowa z zaniepokojeniem, widząc prawie nienaruszoną porcję. Nie smakuje? Za dużo soli?

Nie, nie, wszystko pyszne pośpiesznie odparła Grażyna, wiedząc, że jeśli zaraz coś nie wepchnie w siebie, to zapanuje tu ogólna żałoba. Tylko po drodze mnie jakoś żołądek rozbolał, wie pani Zaraz, zaraz, zaraz spróbuję, spokojnie.

Złapała widelec, odkroiła cieniutki kawałek kotleta sam chrupiący kawałek, najbardziej z boku i zbliżyła do ust. Pachniało jak u mamy Gdyby nie wyobrażenie, jakiego sekretnego składnika nabawiło się mięso od dotyku tej dłoni. Kęs utknął jej w gardle, Grażyna ledwo przełknęła, walcząc z torturą mdłości.

Pyszne wykrztusiła, odstawiając talerz. Pani Danusiu, może mogę tylko ziemniaczki i ogórek? Naprawdę tu nic nie zarzucę, tylko coś mi siadło na żołądku po drodze.

Oj, bidulinka! teściowa natychmiast pospieszyła z litością Jasne, jedz czego chcesz, kotletów ci dam na wynos, usmażyłam całe kilogramy, bo myślałam, że padniecie mi tu głodni z podróży!

Marek rzucił na nią krótkie spojrzenie i pałaszował kolejne kotlety, wdzięczny, że los nie obdzielił go skrupułami przy stole.

Grażyna dziobała puree i ogórek, powtarzając sobie w myślach: przecież miliony ludzi w Polsce jedzą domowe kotlety przyrządzane przez czyjeś ręce, nie wybrzydzają, żyją sto lat! Jednak obraz tej jednej dłoni, tej świętej ręki kucharki, z uporem maniaka wracał przed oczy.

Po kolacji Danuta sprzątnęła ze stołu. Marek poszedł z ojcem do garażu, przyjrzeć się, co nie działa w agregacie. Grażyna została w kuchni z teściową, która parzyła herbatę w wyszczerbionym czajniku.

Grazynko, nie miej mi za złe, że tak dopytywałam, żebyście przyjechali westchnęła Danuta, rozlewając wrzątek do kubków. Tak się cieszę, że was widzę. Ja wiem miasto, praca, sprawy. Ale serducho matki boli, chciałoby się zobaczyć, wszystko u was w porządku.

Tak, pani Danusiu, wszystko po staremu Grażyna przyjęła kubek, uśmiechnęła się.

I cieszę się, że lubicie moje kotlety. westchnęła teściowa. Marek zawsze prosi, żebym mu zamroziła, bo takich w sklepie nie mają. Bo wszystko domowe, mięso od znajomej na targu, przyprawy swoje z ogródka. Mielone też zawsze sama, bo w sklepowym nie wiadomo co.

Grażyna upiła łyk herbaty, aż ją przypaliło i od razu poczuła, jak znów robi się jej słabo. Żeby nie myśleć, czym parzyła tę herbatę ta dłoń, która kilka godzin wcześniej wędrowała gdzie nie trzeba, po prostu odstawiła kubek daleko na stół, unikając kolejnego łyka.

Mogę już iść do pokoju? Głowa mnie rozbolała, chyba z drogi bąknęła.

Jasne, jasne, córeczko. W szafie na dole pościel nowa, Marek ci pokaże. Jak czego, to wołaj.

Grażyna weszła do gościnnego pokoju, zamknęła drzwi, usiadła na łóżku i poczuła, że zaraz oszaleje. Toaleta na końcu korytarza uratowała honor domu…

Po powrocie Marek znalazł ją skuloną na łóżku, jakby próbowała wymazać z pamięci cały dzień.

Co z tobą? Źle ci?

Marek, muszę ci coś powiedzieć, ale przysięgnij, że nie będziesz się śmiać spojrzała na niego szeroko otwartymi oczyma.

No to mów zmarszczył brwi.

Opowiedziała. O dłoni, która najpierw była w pachwinie, potem w mielonym, potem w kotletach, o tym jak ją to mdli. Szeptem, żeby nikt poza nim nie usłyszał.

Marek mierzył Grażynę spojrzeniem z gatunku tych nie do rozszyfrowania: trochę niedowierzanie, trochę niecierpliwość, trochę jakby próbował właśnie wewnętrznie przetrawić kotlety z cudzym DNA.

Słuchaj, no ale przecież ona nie zrobiła tego złośliwie. Każdemu się zdarza podrapać, co, ty nigdy nie? Wiesz, ile w polskich domach baby lepią pierogi i jak często myją ręce? To kuchnia, nie sala operacyjna.

Tylko że ona nie umyła rąk Grażyna już się prawie trzęsła. Widziałam, jak tylko spłukała je wodą i wytarła o fartuch. I ja już nie mogę, po tym wszystkim

No ale co, mam jej powiedzieć? Że lepi kotlety brudnymi łapami? Rozumiesz, ona się obrazi. Myśli, że wszystko robi z serca.

Nie chcę jej ranić łkała prawie, twarz chowając w dłoniach. Po prostu już nigdy tego nie zjem, nie mogę.

Marek wstał, przeszedł się po pokoju, drapiąc się w głowę typowy znak, że już go głowa boli od sytuacji.

Grażyna, robisz aferę z pierdoły. Wielka mi rzecz, podrapała się pod pachą. Przecież to nie z innego otworu. W restauracji masz i włosy, i Bóg wie co, a i tak pałaszujesz.

Po prostu już nie chcę tych kotletów. Nie zmuszaj mnie. Grażyna miała łzy w oczach.

No dobra, powiem mamie, że jesteś chora, wracamy szybciej. Tylko nie mów jej za dużo, bo się obrazi na całą rodzinę.

Grażyna skinęła głową, wiedząc, że nie ma już na to wpływu.

Rano Marek już pił herbatę z rodzicami, śmiechy, rozmowy. Ona przeciągała moment wyjścia z pokoju, licząc, że wszystko rozejdzie się po kościach.

Grazynko, Marek mówił, że ci było w nocy niedobrze? Danuta już stawiała przed nią kubek z naparem z maliny. Może cię czymś częstowali w tych wszystkich barach przy drodze?

Dziękuję, pani Danusiu, już lepiej. Chyba tylko nie trafiło mi po drodze.

Ja zawsze mówiłam, lepiej jeść w domu ucięła teściowa. No to zdrowia życzę, dziecinko. Jak wrócicie, to wam zamrożę jeszcze kilka kotletów!

Marek dobijał interes: Mamo, musimy wracać, Grazyna się nie czuje najlepiej, jeszcze dziś.

Danuta tylko westchnęła, a w jej oczach pojawił się taki błysk, że Grażyna miałaby ochotę wylać napar malinowy na podłogę i uciec na bosaka przez sad.

To daję wam zamrożone, zrobiłam specjalnie gros pakunków. Starczy na tydzień.

Zebranie rzeczy do auta odbyło się błyskawicznie. Danuta wręczyła Markowi siatę, w której, oprócz kotletów, była domowa konfitura i kawałek słoniny do chleba. Ucałowała syna w policzek; Grażynie tylko kiwnęła formalnie.

W drodze powrotnej między nimi panowało lodowate milczenie. Siatka z kotletami na tylnym siedzeniu jawiła się Grażynie jak coś żywego, sunącego za nią śledztwem podświadomości.

Możesz je zjeść powiedziała cicho, kiedy zjeżdżali z zakopianki do centrum Krakowa. Dla mnie to już nie jest strawne.

Wiesz, że mama wszystko rozkminiła? wycedził Marek.

Co rozkminiła?

Wszystko. Widziała, że nie jadłaś. Że nagle się rozchorowałaś i że wracamy wcześniej. Domyśliła się.

A mnie rozumiesz? zapytała Grażyna z żalem.

Nie odpowiedział.

W mieszkaniu Grażyna otworzyła lodówkę, popatrzyła na czysto poukładane słoiki i deski kuchenne, które szoruje po każdym użyciu, i poczuła, że u siebie jest bezpiecznie. Tutaj się myje ręce. Tutaj nie ma kotletów z niespodzianką.

Marek wrzucił siatkę z zamrożonymi kotletami do zamrażarki, zamknął ją z hukiem.

Zjesz? zapytała.

Zjem. To są kotlety mojej matki odpowiedział Marek wyzywająco i zniknął w łazience.

Grażyna wzięła mydło, zaczęła szorować dłonie po łokcie, aż woda była gorąca, piany po sufit. Wycierała je w świeżutki ręcznik i po raz pierwszy od dawna poczuła ulgę przynajmniej przez chwilę.

Nie wiedziała, czy coś to zmienia w życiu. Czy to można zmyć. Ale wiedziała jedno: już nigdy nie zje żadnego kotleta, który lepiła ręka pani Danuty. Żadne prośby, szantaże ani nie specjalnie, cóż zrobisz choćby miała do śmierci żywić się kaszą.

A trzy dni później Marek smażył sobie na kolację cztery kotlety, nałożył puree i ogórka. Chcesz? zapytał, machając widelcem z odgryzionym kotletem. Nie, dziękuję odparła Grażyna, usiadła w fotelu w salonie i podkręciła telewizor, żeby nie słyszeć jak Marek przeżuwa.

Grażyna wiedziała, że ta wycieczka coś w nich zmieniła coś, czego się do końca nie poskleja, choćby człowiek wyparzał ręce od rana do nocy. I wszystko przez jedną dłoń. Zwyczajną kobiecą dłoń która po prostu podrapała się, gdzie swędziało.

I może najlepiej o tym nie myśleć. Nie myśleć, jeść to, co zrobisz sama, i przez jakiś czas trzymać się z daleka od domowych kotletów z wszystkowiedzącej ręki teściowej.

Oceń artykuł
TwojaCena
Kotlety teściowej