Kota spotkał klasyczny polski los zdradzony, porzucony i kompletnie osamotniony z powodu… badania. Zimą, w mróz, kiedy nawet wróble narzekają na pogodę.
Kota o imieniu Staszek znaleziono pod klatką schodową jego własnego bloku. Biedak kręcił się jak w garncu, żałośnie miauczał, drapał w lodowate drzwi z blachy i nawet próbował je gryźć. Ze strachu aż telepał się cały wcześniej nigdy nie bywał na ulicy. Wychuchany, przyzwyczajony do ciepełka i głasków, wpatrzony w człowieka jak w obrazek, rzucał się do każdego, kto tylko przewinął się przez blok: do sąsiadów, do przypadkowych przechodniów, nawet do listonosza z awizem. Ocierał się o nogi, trząsł jak galareta i zaglądał prosto w oczy, jakby błagał: „Ratuj człowieku, bo tu zimniej niż podczas protestu pod Sejmem!”. Prosto z cieplutkiej kanapy przy kaloryferze wywalili go na mróz i śnieg, a wiatr przewiewał go aż do szpiku kości.
Przyczyna była rozbrajająco typowa. Właścicielka zapragnęła drugiego sierściucha zobaczyła ogłoszenie o rasowym kocurze „do oddania” i już układała plan, jak to będą z nim pić kawę przy Netflixie. Kurator poprosił o badania obecnego kota. Wyniki wykazały, że Staszek jest nosicielem wirusa niedoboru immunologicznego kotów. Ale uwaga! nie choruje, nie zaraża ludzi, niegroźny nawet dla psa sąsiadki pani Stasi. Wirus ten specyficzny, tylko dla kotowatych.
Sama u Staszka infekcja to tylko suchy wynik w papierach organizm go trzyma, nie pozwala rozwinąć się do żadnej choroby. Właścicielka jednak poszła „na łatwiznę”: chory kot? Nie, dziękuję, ja wolę futrzaka bez tajemnic! Nie zapytała, nie sprawdziła, że dla ludzi całkowicie niegroźny. Po prostu, pewnego śnieżnego poranka, wystawiła swego kota na podwórko.
Na alarm zareagowała pani Halina dozorczyni. Zdziwiła się, że coś nie miauczy już żałośnie, tylko leży skulone na śniegu. Zamarznięty i wycieńczony Staszek zaczął już powoli odpływać w objęcia Morfeusza. A sen na mrozie to już najczęściej bilet w jedną stronę. Ale pani Halina nie przeszła obojętnie zabrała kota do swojej kanciapy, położyła na własnej kurtce obok grzejnika i podzieliła się schabowym (albo przynajmniej kaszą gryczaną, bo na tyle było ją stać). W tej chwili najzwyklejsza kasza była dla Staszka darem losu, a ciepło pozwoliło mu wrócić do żywych.
Potem zabrało go schronisko. Przemarznięcie dało mu się we znaki, przeziębienie także przywdziało pelerynę, ale leczenie pomogło. Teraz Staszek jest zdrowy, silny, znów ufa ludziom. Jest wykastrowany, zaszczepiony, z książeczką zdrowia gotową do kontroli.
To wciąż młokos ledwie trzy lata na karku. Niezwykle przylepny: tuli się, mruczy tak, że słychać przez pół pokoju, tuli łapkami, „całuje” i bodzie głową przy każdej okazji. Czasem ciężko odprowadzać go do klatki w schronisku wolałby wrócić na kanapę, najlepiej pod koc, do kogoś, kto już nigdy nie powie: „może wezmę modniejszego kota?”. Staszek domowy, ciepłolubny kot stworzony do głaskania, kanapy i szczerych rozmów o życiu.




