Droga przyjemność
Kinga, znowu to samo? Ileż można? Ja chyba tylko na twojego kota pracuję!
Kot, którego Kinga bezskutecznie próbowała wcisnąć do transportera, wyślizgnął się z jej rąk, ciężko opadł na podłogę i uciekł w kąt korytarza, żałośnie i głucho zawodząc. Patrząc na jego minę, Jasiek bo tak kiedyś bardzo dawno nazwała go Kinga, zainspirowana jakąś książką zdawał się być gotowym zapłacić najwyższą cenę za swoje, według Damiana, marne życie.
Dawno, oj dawno, bo Bazyl tak pieszczotliwie zwracała się do niego Kinga mieszkał z nią już od dobrych dziesięciu lat. Ile kot miał naprawdę lat, Kinga nie wiedziała. Znalazła go na ulicy, i wcale nie był wtedy kociakiem. Już wtedy Bazyl był dorosły, choć jeszcze młody, jak powiedzieli w przychodni weterynaryjnej mamie Kingi.
Tam właśnie poleciała Elżbieta, matka Kingi, razem z córką, trzymając mocno zawiniętego w stare dziecięce kocyko kota.
Ratujcie go!
Skąd pani wzięła to monstrum? spojrzała z niesmakiem młoda weterynarka. Przecież to dachowiec, zwykły śmietnikowiec!
I co z tego? To MÓJ kot! Proszę mu pomóc! Widać, że cierpi! A wy się guzdrzecie! Może mam inną złotówkę w portfelu niż ci, co tu z rasowymi przychodzą?
Elżbieta była wtedy wściekła, więc weterynarka uznała, że lepiej z nią nie zadzierać. I słusznie.
Elżbieta Kowal, bo tak miała na nazwisko, była wyjątkowo upartą kobietą. Ale takie jest życie! Spróbujcie wychować dziecko bez ojca, opiekować się staruszkami i to wszystko za pensję przedszkolanki. W takich warunkach człowiek naprawdę twardnieje!
Elżbieta potrafiła zawalczyć o siebie, ale przy tym była bardzo dobrą osobą. Kochała dzieci i koty, a czasem nawet psy, chociaż od lat ich się bała.
Nikomu nie dawała forów, ani sąsiadkom na podwórzu, ani rodzicom dzieci, ani nieznajomym, którzy uważali, że samotna kobieta musi być łatwym celem.
Rzadko podnosiła głos potrafiła przekonać rozmówcę jednym celnym argumentem, po którym ktoś, zamiast się kłócić, zaczynał nagle mówić o sobie, o swoich trudnościach, a Elżbiecie zostawało już tylko współczuć i kiwać głową. Zawsze w końcu dziękowano jej i przepraszano.
Jak to działało sama nie wiedziała. Może po prostu ludzie czuli, że ona naprawdę ich słucha.
Ale z bliskimi już tak łatwo jej nie szło.
Mąż uciekł od Elżbiety tydzień po ślubie. Jej matka tylko żartowała, że długo wytrzymał.
Bolesne to było, lecz Elżbieta musiała przyznać, że coś w tym jest. Sama nad sobą nie panowała, do tego jeszcze marzycielka Z taką to rodziny nie zbudujesz usłyszała na koniec od męża, który rzucił jej prosto w twarz: Jak z ciebie baletnica, tak ze mnie kobieta!
Smutek minął, gdy po paru miesiącach odkryła, że jest w ciąży. Kobieta to jednak kobieta panowie dzieci nie rodzą!
Narodziny Kingi były dla Elżbiety ważniejsze niż jakiekolwiek święto. W jej życiu nie było ich wiele, a tu taka radość!
Ale Elżbieta nie znalazła wsparcia u swojej matki.
Po co ci to, Elżbieta? Przecież to kłopot! Młoda jesteś, ładna, a jakieś tam perspektywy też masz. Urodzisz i co dalej? Na makaronie i kaszy gryczanej a dziecko razem z tobą! Dzieci to drogi luksus, Elżbieta! Jeszcze się przekonasz.
Mamo, a nie tak żyłyśmy do tej pory?
No właśnie! I co dobrego z tego wyszło?
To zaszło Elżbietę do myślenia, ale tym razem coś w środku powiedziało nie!. Pomyślawszy, że mogłaby nie mieć dziecka, czuła ciemność, która ją pochłaniała.
Rozterki rozstrzygnęła jej babcia, Wiesława. Pewnego dnia przyjechała niespodziewanie do miasta, w świątecznej chustce, i oświadczyła:
Rodź, Elżbietko! Pomogę ci!
Babciu! A dziadek? Przecież sam w gospodarstwie nie da sobie rady.
Nasz Stefan jeszcze silny! Jakby co, zabierzemy go do miasta.
Czysty węzełek trafił na stół, a Elżbieta od razu rozpoznała ulubiony babciny ręcznik, haftowany latami.
Wiesz ile tu pieniędzy? Dziadek sprzedał dom, bo przez wioskę robią teraz drogę, ziemia staniała. Na mieszkanie wystarczy i co zostanie na życie. Potem już sama…
Babciu, nie mogę
Możesz wszystko, Elżbietko! Nie zbijaj się. Dla siebie, dla dziecka, kto jeszcze o nie zadba jak nie matka?
Ten węzełek przesądził o wszystkim.
A gdzie byłyście, gdy ja od was pieniędzy potrzebowałam? złościła się matka Elżbiety. Teraz znalazł się pieniążek, kiedy wnuczka w nieszczęście idzie!
Babcia wyrzuciła córkę za drzwi i coś jej tłumaczyła, ale nie udało się przekonać na dobre starej Kowalowej.
Elżbieta nigdy nie rozumiała, co takiego złego zrobiła. Przecież nie była szalona, po prostu się zakochała, wyszła za mąż i zaszła w ciążę.
Jak babcia powiedziała: Co z tego, że koń nie wytrzymał, oboje ciągnęli wóz!
Jeszcze młoda jesteś, Elżbietko, nie smuć się!
Elżbieta serdecznie dziękowała babci. Mieszkanie kupiła Wiesława najlepsze, jakie się dało, z czterema pokojami stare, do remontu, ale zajęła się tym ekipa pod czujnym okiem babci, i już po kilku miesiącach Elżbieta mogła wejść do własnego pokoju przygotowanego dla dziecka i się popłakać.
Czego beczysz, głuptasie? Czas się cieszyć! babcia śmiała się, ocierając Elżbiecie nos.
Kinga przyszła na świat nieco przed czasem zdrowa, silna i zaskakująco delikatna. Elżbieta już wtedy wiedziała, że nigdy nie będzie taka wobec dziecka, jak była jej własna matka.
Babka jest ci bliższa od rodzonych! Kupiła ci mieszkanie, pomaga z dzieckiem! A ja co? Nawet do wnuczki nie wolno mi przyjść!
Mamo, przychodź, kiedy chcesz. Byleby bez kłótni, bo Kingusia się boi.
Czego się boi! Dziecko jest malutkie, jeszcze świata nie rozumie! To tylko dlatego, że mówię głośno?!
Nie mówisz, tylko krzyczysz… Elżbieta ledwo powstrzymała łzy.
Zobaczysz, jak twoja tak samo z tobą pogada!
Nie pogada! łzy Elżbiety zniknęły.
Pogada! To zależy od wychowania! Wszystko przez to twoje łagodzenie. Weszła ci na głowę, nóg nie ściągnie!
Dziękuję, mamo, Elżbieta spokojnie.
Za co?
Za nauczkę. Teraz już wiem, jak NIE robić.
Matka Elżbiety przestała, a w myślach Elżbiety zostało tylko jedno: Będę inną mamą!
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.
Elżbieta nie była pewna, czy dobrze postępuje, ucząc się każdego dnia, jak się zachować z własnym dzieckiem.
Kinga nie była rozpieszczoną dziewczyną, ale miała charakter. Już jako mała wiedziała, czego chce.
Mamusiu, mogę cukierka?
Po obiedzie!
Wcale-wcale nie?
Nie.
To będą dwa po obiedzie? Będę pięknie jadła!
Elżbieta uśmiechała się, ale słowa dotrzymywała po pustej misce były dwa cukierki.
Dzielna jesteś!
Takie drobiazgi budowały charakter Kingi. Szybko zrozumiała, że krzykiem nic nie wskóra, nawet u babci.
Babciu, nie złość się, to brzydko! A ty jesteś najpiękniejsza, niech byś nie miała zmarszczek! Chodź!
I sadzała babcię w fotelu, głaskała ją po czole i kątach oczu.
Tak, ładnie! Wszystko gładziutkie znów będziesz piękna!
Elżbieta patrzyła rozbawiona, jak babcia mięknie pod rękami wnuczki.
Z czasem dom układał się lepiej. Elżbieta pracowała, a babcia i dziadek, który po sprzedaży gospodarstwa przeniósł się do miasta, zajmowali się Kingą. Dawali radę póki babcia nie zachorowała.
Lekarze byli powściągliwi, ale Elżbieta i tak wszystko rozumiała.
Babciu, może pojedziemy do Warszawy do lepszego szpitala?
Na co, Elżbieto? Po co? Życie swoje miałam, bać się nie boję. Tylko szkoda was tu zostawić… I dziadka… Podupadł ostatnio. Nie zostawiajcie go!
Właśnie wtedy Kinga przyprowadziła kota.
Dzień pojawienia się Bazyla zapisał się smutkiem Kinga wracała ze szkoły jak zawsze, skrótem przez park, i zniknęła.
Dziadek, który szedł po nią, rozminął się o kilka minut. Kingi szukały całe osiedle koledzy, sąsiedzi, Elżbieta wezwana z pracy, dziadek i nawet osłabiona babcia. Ale Kinga znalazła się sama, zaraz gdy Elżbieta już chciała dzwonić na policję. Wbiegła do domu, zapłakana, z bólem i żalem wypisanym na twarzy.
Elżbieta chwyciła z łóżka kocyk, owinęła w niego kota, którego przyniosła córka.
Wszystko dobrze? Nic ci nie jest, kochanie?
Nic… ale jego boli, mamo! Jego boli!
Elżbieta pobiegła z kotem do weterynarza. Kot był poobijany, pogryziony przez psy, ale przeżył. Weterynarze go ogarnęli, tylko rachunek był powalający.
Za tyle można kupić rasowca… mruknęła pod nosem, ale zapłaciła.
W domu zaległa cisza, liczyła grosz do grosza, ostatnie złotówki. Kot, babcia, jeszcze urodziny Kingi za kilka dni a tu nie starcza!
Mamusiu, mogę coś poprosić? Kinga, zamiast spać, wgramoliła się do kuchni.
Co znowu, córeczko?
Ja nie chcę prezentów. Mogę go mieć? Niech zostanie… To będzie mój prezent…
Elżbieta przytuliła córkę i spojrzała na szare kłębuszki runa pod jej nogą. Już wtedy wiedziała, że ten uparty kot zostanie z nimi.
Bazyl, na przekór ulicznej przeszłości, nauczył się żyć po domowemu. Był grzeczny, kochał staruszków, i szczególnie przylgnął do babci.
Co dziwniejsze, jego obecność coś zmieniła w rodzinie. To on sprawił, że Elżbieta odważyła się rzucić żmudną pracę w przedszkolu za marne pieniądze. Strach był wielki, ale się udało. Znalazła posadę niani poleconą przez przyjaciółkę i z czasem zarabiała coraz więcej.
Wieczorami Elżbieta drapała kota za uszkiem, dziękując mu pół żartem:
Bazylku, dzięki! Gdyby nie ty…
Bazyl odpowiadał mrucząc i zerkał na Kingę, którą kochał jak własną. Był z nią podczas lekcji, trzymając łapą zeszyt; był, kiedy siedziała rozpaczliwie pod drzwiami pokoju babci żegnając się z ukochaną staruszką, i kiedy po babci, ledwie dwa miesiące później, odszedł dziadek.
Kiedy Kinga już dorosła i poszła na studia, zostawiła matce dom, a sama wolała mieszkać w ich mieszkaniu. Tam przyprowadziła pierwszy raz swojego chłopaka.
Łał, Kinga, ty masz tutaj pałac!
No coś ty…
Ile miejsca O, a co to za diabeł?
Sycząca, zła kulka wypadła z sypialni Kingi i rzuciła się na Damiana, wywołując panikę.
Zabierz go! Zabierz!
Bazyl z Damiana nie polubił do końca życia. Damian roił Kingę tylko o kota ile kasy na niego idzie!
Minął rok, wzięli ślub, ale relacje się popsuły. Damian coraz częściej krytykował Kingę, mówiąc rzeczy, które powaliłyby Elżbietę powtarzał jej dokładnie to samo, co matce przed laty.
Co z ciebie za kobieta? To rosół? To woda czerwona, a nie zupa! Żona z ciebie kiepska!
Kinga nie była z tych, co nie umieją gotować babcia nauczyła ją świetnie.
Damian już nie miał się do czego przyczepić… aż kot znowu zachorował.
Co mu?! widząc rachunek od weterynarza Damian nie wierzył oczom. Kinga, oszalałaś?! Ja sam tyle na lekarzy nie wydaję! A to tylko sierściuch!
Bazyl to nie sierściuch! To członek rodziny!
Nie mojej! Mi takie coś niepotrzebne!
O czym ty mówisz?
Tak słyszysz. Jeszcze raz zobaczę taki rachunek, sam wywalę go za drzwi!
Kinga właśnie rano dowiedziała się, że jest w ciąży milczała, postanawiając potem porozmawiać. Ale Bazyl, już stary, znowu nie zdążył do kuwety i trzeba było iść do weterynarza.
Damian właśnie wrócił z biegania, zapatrzony w zdrowie własne tak, że nie widział świata poza sobą.
Gdy się dowiedział, że kot znów wymaga leczenia, cisnął butem o ścianę:
Dość! Pozbywamy się kota! Jeszcze się nie nacierpiałem przez głupią futrzaną ogrzewaczkę!
Razem ze mną się pozbędziesz ripostowała Kinga, do tej pory zawsze łagodna. Czy to hormony, czy nerwy nie wytrzymała.
No to razem! Mam was dość!
Coś się w powietrzu zmieniło. Kinga, która jeszcze wczoraj chciała by dziecko miało pełną rodzinę, nagle zrozumiała, że nie takiej przyszłości pragnie.
Nie przypominała mu, że mieszkanie jest jej i to ona może zdecydować o wszystkim.
Bez słowa wyjęła z jego kurtki klucze i zacisnęła je w dłoni. Po czym otworzyła drzwi swoimi kluczami i zwróciła się do Damiana:
Jestem w ciąży. Nie wolno mi się denerwować. Kot to wie ty nie. Proszę cię, wyjdź. Kiedy się uspokoisz, pogadamy, ale dalej z tobą nie zamieszkam. Jeśli tak łatwo chcesz wyrzucić kogoś, kto był ze mną przez większość życia, to i ze mną zrobisz to samo, gdy przestanę być wygodna. Dziękuję za wszystko, ale teraz już za dużo złego. A tego ja nie chcę w moim życiu. Idź, a rzeczy możesz zabrać potem. Muszę jechać z kotem do lecznicy, on cierpi. Jestem za niego odpowiedzialna.
Damian nie kłócił się. Zabrawszy tylko dokumenty i kurtkę, trzasnął drzwiami.
Kinga doskonale wiedziała, że wiadomość o dziecku do niego nie dotarła, myśli miał tylko, jak pozbyć się kota.
Położyła transporter na podłodze, a Bazyl, jakby wszystko rozumiał, sam do niego wszedł.
Gotów? Jedziemy zaczynamy od twojego zdrowia!
Kot wyszedł z choroby. Starzejący się Bazyl jeszcze nieraz trafi do weterynarza, ale odtąd mały paluszek córeczki Kingi będzie mógł go głaskać, ile zapragnie a nazywać ją będą Alinką. To będzie jedyna osoba, której kot pozwoli na wszystko.
Alinka nie będzie miała lepszej niani niż Bazyl; zawsze położy ją spać, delikatnie przykrywając łapą do poduszki, aż śmiech ucichnie.
Kinga przez chwilę nawet pomyśli, by dać córce imię po matce, ale Elżbieta spokojnie powie:
Z Denisem się skonsultuj. To wasze wspólne dziecko, nawet jeśli razem nie zamieszkacie. Staraliście się, by utrzymać normalność. Teraz trzeba zrobić więcej. To będzie trudne, ale dla małej warto!
I Kinga posłucha matki. Ku wielkiemu zdziwieniu byłego męża.
Dziwne nie poznałem w tobie takiej mądrości…
Widocznie dorastam. I co teraz?
Powiem Dziękuję ci!
Za co?
Za to, że nie postawiłaś swojej dumy nad dobro dziecka. Pomogę, Kinga.
I Damian słowa dotrzyma.
Mała Alinka będzie żyła na dwa domy, mając dwa pluszowe zajączki, dwa łóżeczka, babcię Elżbietę i babcię Walentynę, matkę ojca. Ale będzie miała jedną miłość wspólną dla wszystkich.
Dorośli będą zaskoczeni, jak ta mała dziewczynka łączy ich miłością tak, jak kiedyś Kinga w dzieciństwie.
A stary kot Bazyl będzie znał o niej całą prawdę. Ale nic nigdy nie powie bo nie trzeba. I tak wszyscy wiedzą, że jeśli mamusia-kotka jest dobra, to i kociaki takie będą.
A u małej Alinki było z tym wszystko w najlepszym porządku. Przyjdzie dzień, gdy sama da nowe życie temu światu, nachyli się nad łóżeczkiem, pogładzi cieplutki policzek dziecka i powie:
Witaj, maleństwo! Tak na ciebie czekałam…




