Skarpeteczki
O, mój słodziaku! Ty mój kochany! Boże, dlaczego te maluchy są tak cudowne? Zofia Michalina rozczulała się nad wnuczkiem, z dumą prezentując się przed obiektywem aparatu.
Świętowanie pół roku Jasia odbyło się z wielkim rozmachem. Animatorzy, balony, pokaźny, piękny tort. Babcia z dziadkiem naprawdę się postarali. Basia nie do końca była zwolenniczką tak hucznej uroczystości. Oczywiście, cieszyło ją, że rodzice tak usilnie chcą sprawić jej i dziecku radość, ale jak za czasów dzieciństwa bardzo szybko zmęczył ją ten cały zgiełk. Jaś chyba odziedziczył jej temperament, bo już po pół godzinie rozpłakał się na dobre i Basia musiała zanieść go do domu. Pozamykała okna, usiadła przy fotelu i po paru minutach synek już spał.
Utrudziłeś się, mój skarbie. Za wcześnie dla ciebie takie święta.
Do pokoju dziecięcego weszła Zofia Michalina, niosąc prezent, który odłożyła przy wyjściu.
Śpi?
Zmęczył się. Mamo, mówiłam ci, że to jeszcze nie na jego wiek, takie zabawy.
Nic nie szkodzi, niech się uczy. Córeczko, możemy sobie pozwolić na odrobinę radości dla ukochanego wnuka. Tak długo na niego czekaliśmy! Spójrz, co mu kupiłam! Cudo, prawda?
Szeleszczący papier zaniepokoił Jasia, który niespokojnie się poruszył.
Mamo, może później, dobrze? Basia podniosła się i zaczęła kołysać synka po pokoju.
No pięknie! Tyle czasu myślałam nad tym prezentem, a tobie nawet nie zależy! Zofia postawiła z lekkim oburzeniem pudełko na stoliczku.
Ależ mamuś, zależy! Jestem pewna, że prezent jest cudny! Basia łagodnie się uśmiechnęła. Nie mogłabyś przynieść mi czegoś do picia? Strasznie chce mi się pić!
To połóż dziecko i zejdź na dół.
Obudzi się.
Nic nie szkodzi! Pójdziemy dalej na spacer!
Mamo, jak się obudzi, to zacznie płakać i będzie trudno go uspokoić. Zgodzisz się, że to nie najlepszy pomysł?
Basieńko, dziecko trzeba wychowywać od samego początku. Co znaczy będzie płakać? Dobrze wychowane dzieci nie płaczą!
Basia przystanęła na chwilę, ale zaraz wróciła do swojego spokojnego tańca po pokoju. Jej ruchy były tak harmonijne, jakby ćwiczyła je przez całe życie. Grzeczne dzieci nie robią niczego, co dorosłym się nie podoba. Grzeczne dziewczynki muszą być doskonałe we wszystkim. Proste plecy, broda do góry, pierwsza pozycja! Żadnych sprzeciwów!
Idę do gości. A ty połóż dziecko i zejdź. To nie wypada, żeby gospodyni znikała z przyjęcia.
Zastąp mnie, proszę, mamo.
Zofia wyszła, a Basia znowu usiadła w fotelu, przyciskając synka do piersi. Ileż drogi musiała przejść, żeby ten chłopiec się urodził!
Basia przyszła na świat w bardzo porządnej rodzinie. Dziadek był profesorem nauk medycznych, babcia jednym z najlepszych chirurgów w renomowanej warszawskiej klinice. Ojciec nie chciał łamać rodzinnych tradycji i również został lekarzem. Basia nigdy do końca nie pojęła, jak to się stało, że tak inteligentny, pewny siebie człowiek stał się plastyczny niczym wosk w rękach swojej żony. Zofia wiecznie była daleko od wszelkiej nauki. Ledwo ukończywszy uniwersytet, schowała dyplom do szuflady i zajęła się poszukiwaniem dla siebie męża. Właściwie to babcia Basi wyszukiwała męża dla córki. Janina Aleksandrowna, bo tak miała na imię, świetnie się w tym zadaniu odnalazła. Rodzice poznali się na rocznicy ślubu Janiny. Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Urocza, wygadana Zosia uwiodła Antoniego i wkrótce była wielka, wystawna warszawska uroczystość oraz przeprowadzka młodych do mieszkania spółdzielczego, zakupionego przez rodziców. Basia pojawiła się dwa lata później i od razu została całkowicie przejeta przez babcię. Janina Aleksandrowna kontrolowała nianię i sama dobierała zajęcia odpowiednie dla małej panienki: dwa języki, szkoła baletowa oraz prywatny nauczyciel muzyki.
W dziecku wszystko musi być piękne!
Weekendy Basia spędzała w muzeach i teatrach pod czujnym okiem babci. Rodziców widywała rzadko ojciec z trudem znajdował czas pomiędzy dyżurami, a mama wpadała tylko, żeby ją wycałować i polecieć na kolejne spotkanie.
Wysiłki babci Basi przyniosły efekty najpierw dostała się do liceum artystycznego, potem przyjęli ją do znanego teatru. Jej kariera rozwijała się pomyślnie, aż poznała swojego przyszłego męża. Marek nie spodobał się nikomu poza ojcem.
O Jezu, toż to mezalians! Janina Aleksandrowna leżała na kanapie, trzymając się nerwowo za skronie. Moja droga, pomyśl! Po co ci to wszystko? Co ty z nim zrobisz? Przecież on nawet dwóch zdań nie potrafi złożyć!
Babciu, przy tobie mało kto potrafi składnie mówić Basia siedziała w fotelu, podwijając nogi pod siebie, co normalnie skończyłoby się upomnieniem ze strony babci ale ta była zbyt zajęta własnymi myślami.
Co chcesz przez to powiedzieć?! Janina Aleksandrowna spojrzała na wnuczkę z niedowierzaniem.
Chcę powiedzieć, że mało kto na świecie mógłby dorównać twojemu intelektowi.
Babcia patrzyła nieufnie na wnuczkę.
Poza tym, chcę powiedzieć, że Marek nie tylko mi się podoba. Ja go kocham, babciu. I sama przyznasz, że to właśnie miłość napędza sztukę?
Daj spokój tej sztuce! Jak chcesz z nim żyć?
Długo. I na ile się da szczęśliwie.
Wtedy Basia obroniła swoją decyzję. Nie przyszło jej to łatwo i trwało to tygodniami, przy niekończących się prośbach i pouczaniach. Patrząc przyszłemu mężowi w oczy, na przekór wszystkim, powiedziała tak i ucięła wszelki sprzeciw. Dla Marka Basia była jak nieuchwytna bogini, która nagle zstąpiła na ziemię tylko dla niego. Delikatna, czuła, wrażliwa. A jednocześnie z jakimś niesamowitym hartem i kruchością naraz. Chciało się ją przytulić i chronić przed całym światem.
Na razie niewiele mogę ci dać. Ale zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa. Umiem cię kochać.
Te słowa wystarczyły w zupełności. Basia po raz pierwszy poczuła, że jest przy niej ktoś, komu może ufać i kto niczego od niej nie wymaga. Koniec z dopasowywaniem się.
Ich wspólna droga nie była usłana różami. Marek nie miał żadnych wpływowych krewnych ani znajomych. Tatę stracił wcześnie i wychowywała go mama Helena. Całe życie poświęciła pracy w szkole, najpierw ucząc w klasach 1-3, później była zastępcą dyrektora. Dzieci ją kochały, syn podziwiał. Ona zawsze umiała znaleźć właściwe słowo, wesprzeć, dodać wiary w siebie. To właśnie ona pomogła Markowi dostać się na politechnikę, którą ukończył z wyróżnieniem. Wiara Heleny w sukces syna była fundamentem jej istnienia. Kiedy przeprowadziła się do mniejszego mieszkania, oddała Markowi różnicę, by miał swój start. Szybko okazało się, że Marek ma głowę na karku; po kilku latach jego firma zaczęła dobrze prosperować, a po dziesięciu stała się jedną z lepszych w branży. Nawet Janina Aleksandrowna musiała przyznać, że Marek nie jest byle kim. Całkiem pogodziła się z tym dopiero po narodzinach prawnuka.
Basia marzyła o dziecku. Nie o wielkości o prostym kobiecym szczęściu. Natura jednak zdawała się odmawiać jej tego prawa. Parę lat badań, dwie operacje zero efektów. Gdy płakała nocami w poduszkę, Marek niczego nie widział nie chciała go martwić, myślała, że zasługuje na to, by zostać ojcem. Podjęła więc decyzję i wyznała mu ją. Spotkała się z jego śmiechem.
Przepraszam, wybacz, Basieńko! przytulił żonę, gdy próbowała się wyrwać. To tylko taka reakcja. Kochana moja, skąd ci przyszło do głowy, że cała moja miłość czy życie z tobą to tylko sprawa potomstwa? Ty jesteś moim życiem! Jak możesz tego nie rozumieć?
Basia płakała z bezsilności i ulgi.
Zrozumieć, że dziecko to dla niej marzenie nierealne było łatwiej niż to zaakceptować. Próbowała się pogodzić, ale nie dawało jej to spokoju. Raz mama ją podpuszczała, zawodząc, że wszystkie koleżanki są już babciami, tylko ona wiecznie młoda i obciążona jedynie własnym ego. Przyjaciółki zapraszały ją na urodziny dzieci, ona długo wybierała prezenty, żeby sprawić im radość. Z czasem emocje opadły. Basia przestała wypatrywać dzieci na placach zabaw i po wielu namowach otworzyła własny kurs baletowy.
Muszę się czymś zająć, bo zwariuję!
Marek nie do końca pojmował, po co jej to, aż zainterweniowała Helena.
Marek, czy ty rozumiesz, co ona przeżywa? Mam wrażenie, że nie. Ona cię kocha, a dać dziecko ukochanemu mężczyźnie to najwyższe szczęście. Wierz mi, wiem, co mówię. Teraz potrzebuje twojego wsparcia. Cokolwiek będzie chciała robić pozwól jej.
Wiem, mamo.
Sam znalazł lokal i gdy Basia zobaczyła jasną, przestronną salę, aż klasnęła w dłonie.
Właśnie o coś takiego mi chodziło! Jesteś niesamowity!
Wyposażenie sali, rekrutacja dzieci, zajęcia to wszystko pochłonęło ją bez reszty. Pierwsze symptomy zignorowała, tłumacząc je zmęczeniem.
Basieńko, zapytam, a jak nie chcesz nie odpowiadaj, dobrze? Helena uważnie przyjrzała się synowej przy jednym z ich stałych spotkań w kawiarenkach. Czy ty spodziewasz się dziecka?
Basia niemal z wściekłością spojrzała na teściową. Przecież wie! Po co te pytania?
Nie obrażaj się! Proszę cię. Po prostu tak mi się wydaje
To tylko wyobrażenie! Basia poderwała się, ale zaraz usiadła z powrotem, czując zawroty głowy.
Helena zawołała kelnera i poprosiła o szklankę wody.
Zostań tutaj.
Po chwili wróciła i wręczyła Basi małe pudełeczko.
Po co się domyślać? Lepiej się dowiedzieć, prawda?
Kelnerki dziwnie patrzyły na dwie kobiety, które nagle zaczęły tańczyć, płacząc i śmiejąc się, wzbudzając uśmiechy wokół każdy przeczuwał, że stało się coś dobrego.
Jasio urodził się zdrowy i silny, choć nieźle nastraszył lekarzy.
Baletnica, co? Neonatolog spojrzała na Basię.
Tak.
A chłopak kapitalny.
Zdziwiona pani?
Trochę. Zwykle są jakieś powikłania, a tu piękny, zdrowy chłopiec. Dobra robota, mama!
Basia budziła się codziennie rano z poczuciem szczęścia tak wielkiego, że zaczęła się go bać.
Ależ nie jesteś sama, kochanie. Dziel na dwoje. Nas jest dwoje mówił Marek, patrząc na drobną buzię synka otuloną koronkowym becikiem, który na wypis kupiła Zofia.
Wypis ze szpitala był dla Basi koszmarem. Marek starał się stawiać opór, ale Zofia wszystko zorganizowała po swojemu: fotografowie, goście, życzenia, zastawiony stół w domu. Ledwo stała z bólu, a marzyła tylko o prysznicu i odpoczynku.
Mamo, po co to wszystko?
Jak to?! Musi być jak należy! Przecież to święto. Urodziłaś mi wnuka, jestem przeszczęśliwa!
Basia wiedziała, że nie ma sensu się spierać. Weszła po schodach i aż jęknęła, widząc jeszcze większą grupę czekających znajomych i rodziny.
Córeczko, to najbliżsi!
Zobaczyła wzrok Heleny, która skinęła chórem głową na Basię i zabrała ją u góry do sypialni.
Połóż się. Przygotuję ci wszystko. Chcesz jeść?
Basia kiwnęła głową, obserwując, jak Marek odkłada Jasia do kołyski, ale zaraz zaczęła się niepokoić.
Muszę iść na dół.
Komu musisz? Helena spojrzała groźnie. Świetnie sobie poradzą. Swoje już tam odstałaś.
Basia z ulgą opadła na łóżko, a łzy same napłynęły jej do oczu. Zaraz usnęła, czując się bezpiecznie.
Kiedy Zofia weszła po kilku minutach i zastała śpiącą Basię, nie kryła irytacji.
I jak to nazwać?
To się nazywa młoda, karmiąca matka, której potrzebny jest święty spokój, jeśli twoja wnuczka ma się zdrowo rozwijać.
I co z tego? Ja Basię karmiłam tylko dwa dni. Dziecko jak dąb wyrosło! już miała wchodzić, ale Helena stanowczo złapała ją pod ramię.
A może uczcijmy nowy status w ciszy? W końcu tyle na to czekałyśmy! Jak myślisz, lepiej żeby wołał na nas babcia czy po imieniu?
Marek zamknął za nimi drzwi i w myślach podziękował matce, bo z teściową układało się różnie. Swoje zawsze brała, nie licząc się z jego zdaniem. Za to z teściem dogadywali się bez trudu.
Jej się nie zmieni. A awantura w domu nikomu nie służy.
Basia obudziła się po półtorej godzinie, nie od razu ogarnęła sytuację. Ale gdy Jaś zaczął się ruszać, z dołu dobiegł śmiech, szybko pojęła, gdzie jest. Nakarmiła synka, poczekała na męża, potem długo korzystała z ciepłego prysznica. Przy filiżance kawy i talerzu genialnego, domowego rosołu pytała Helenę o wszystko, co robić przy pielęgnacji dziecka.
W szpitalu coś tam pokazali, ale to kropla w morzu. Boję się! odłożyła łyżkę.
Jedz, nic się nie martw! Dzieci są o wiele silniejsze, niż się wszystkim wydaje. A ty jesteś matką. Po prostu zaufaj sobie. Jak rodziłam Marka, nikogo przy mnie nie było. Poradziłam sobie nie bez błędów, ale kto ich nie robi? Pamiętaj ty najlepiej wiesz, czego potrzeba twojemu dziecku.
Czas pokazał, że teściowa miała rację. Basia szybko nabrała wprawy, choć lęki całkiem nigdy nie odeszły.
Pół roku zleciało błyskawicznie. Helena przyjeżdżała raz-dwa w tygodniu, by pomóc z wnukiem, ale zawsze kończyło się na tym, że wzięła się za sprzątanie lub gotowanie, powtarzając:
Basieńko, to czas krótki i nie wróci. Ciesz się nim. Ja dam sobie radę z mopem i garnkiem.
Zofia pojawiała się rzadziej, ale za każdym razem organizowała widowisko:
Basia, zobacz jaką wózeczek wypatrzyłam! Cudo!
Ale mamy świetny wózek!
Nic a nic! Chodź, ubieramy Jasia i testujemy nowy pojazd!
Imienia wnuka Zofia długo zaakceptować nie chciała.
Skąd wzięliście to imię? Nie można było dać innego? Jan? Prostsze już nie istnieje!
Mamo! Królewskie imię. Co ci nie pasuje?
Chłopcu z takim imieniem trudno będzie w szkole!
To pójdzie do zwykłej szkoły. A wybór imienia to chyba nasza sprawa?
Ja też nie wybrałam ci imienia twoja babcia nazwała cię Zofia.
I dlatego mojego syna mogłam nazwać sama.
Zofia parskała, brała Jasia i szła na spacer. Stylowa gondola, śpiący wnuczek i śliczna młoda babcia Zofia uwielbiała komentarze Och, jaki piękny chłopczyk! i często uśmiechała się tajemniczo, poprawiając rożek. Szybko jednak na osiedlu wszyscy zorientowali się, o co chodzi, i Zofia przestała wychodzić na spacery z wnukiem. Teraz wpadała na kawę, całowała Jasia i leciała załatwiać sprawy.
Ja będę dla niego babcią-świętem! każda nowa zabawka lądowała na półce w dziecięcym pokoju.
Rodzinna hierarchia się ustabilizowała i wszyscy zaznali spokoju.
Uroczysty dzień, gdy Jaś skończył pół roku, prawie doprowadził do kłótni.
Basia uśmiechnęła się do synka, sięgnęła po prezent od Zofii. Przepiękna srebrna grzechotka wywołała jej zachwyt.
Jasiu, zobacz jaka piękna!
Maluch obracał grzechotkę w rączce, pokazując pierwsze ząbki w uśmiechu.
A co ci dała babcia Helena? Basia rozpakowała worek zostawiony przez teściową.
Biały komplecik, zrobiony na drutach przez Helenę, był tak miękki i delikatny, że Basia przytuliła go do policzka.
I skarpeteczki! Jakie śliczne! Masz artystyczną babcię, Jasiu!
Wchodząca właśnie Zofia najpierw westchnęła z zachwytem:
Boże! Ale cud! Projektantka?
Nie, to zrobiła Helena.
Zofia obracała w dłoniach sweterek.
Naprawdę nie mogła wymyślić lepszego prezentu? Pierwsza taka okazja! Trzeba było kupić coś fajnego. Skąpstwo w takich sprawach Niepojęte!
Mamo!
A co? Mam rację!
Basia nie wiedziała, gdzie się podziać, widząc, że Helena stoi w drzwiach i słyszy wszystko. Skinęła głową, zostawiła kompot na komodzie i spokojnie wyszła. Basia chwilę się ociągała, uspokajając synka, zanim zeszła na dół a wtedy okazało się, że Helena już wyjechała.
Marek! Jak niezręcznie wyszło! Ale mi wstyd!
Nie ty to mówiłaś, więc nie masz za co się wstydzić.
Ale powinnam zareagować szybciej! Nie wolno tak!
Nie przejmuj się. Mama jest rozsądną kobietą, rozumie to dobrze.
Basia długo próbowała ułożyć na nowo relacje, ale Helena zdusiła temat:
Basieńko, nie warto sobie psuć nerwów, ja się nie obraziłam.
A jednak Basi wciąż wydawało się, że coś nieuchwytnego się popsuło i rozpaczliwie chciała to naprawić.
Pewnego razu źle się poczuła, gdy nikogo nie było w domu poza śpiącym Jasiem na piętrze. Zacisnęła zęby od bólu i zadzwoniła do męża, ale był poza zasięgiem. Ojciec zaś tego dnia był w szpitalu na dyżurze. Zadzwoniła do mamy Zofia trajkotała, jak świetnie udała się impreza na półrocze i jak jest szczęśliwa, a Basi ledwo udało się wejść w słowo.
Mamo
Nie dziękuj! Przecież jestem babcią! O, mam drugi telefon! rozłączyła się.
Ból narastał. Basia wezwała pogotowie i wykręciła numer Heleny.
Basia?
Proszę Pokój wirował, a Basia czuła, że zaraz zemdleje. Jaś
Helena nigdy tak nie biegła. W pantoflach, z torebką, złapała taxi na ulicy.
Co pani robi, życie pani niemiłe?! zirytowany taksówkarz ledwo wyhamował.
Proszę! Córka umiera! Szybko!
To wsiadaj pani!
Helena trzymała się kurczowo torby, a kierowca pokrzepiał ją zapewnieniem, że trzydzieści lat jeżdżę wszystko w porządku. Pogotowie przyjechało chwilę po niej.
Tutaj, tutaj! wołała, wybiegając na podwórko.
Basia przypomniała sobie wszystko dopiero w karetce.
Zabieramy panią do szpitala.
Po co, gdzie? ledwo kontaktowała przez ból.
Basieńko, nie martw się. Ja zajmę się Jasiem. Marek już jedzie.
Po dwóch tygodniach Basia wróciła do domu po operacji. Ojciec uprosił ją, żeby jeszcze poleżała.
To żarty, kochanie? Twoje zdrowie to poważna sprawa! Jasiowi potrzebna jesteś silna!
Po powrocie najpierw przytuliła syna, a zaraz zadzwoniła do matki.
Mamo!
Basia! Jak się czujesz?
Średnio. Potrzebuję twojej pomocy.
Ale jak ja ci mogę pomóc? w głosie matki słychać było dziwny niepokój.
Potrzebuję, żebyś pomieszkała z nami parę tygodni. Nie wolno mi nic dźwigać, muszę mieć pomoc przy Jasiu.
Oczywiście! Tylko wiesz, nie sądziłam, że tak się stanie mam zarezerwowaną wycieczkę. Wylot pojutrze. Bilet bezzwrotny, tak marzyłam o tym wyjeździe
Basia na moment zamknęła oczy i bez słowa rozłączyła się. Znów będzie musiała radzić sobie sama. Położyła się obok syna i zamknęła oczy z bolącym sercem. Kiedy to się skończy? Lekarze i ojciec mówili, że już powinno przestać boleć, a szwy ciągle dokuczały.
Obudziło ją dopiero nadejście kogoś do pokoju.
Och! Nie chciałam cię zbudzić! Helena podniosła Jasia, uśmiechnęła się i zapytała: Chcesz coś zjeść? Mam dla ciebie rosół, kisiel, świeże serniczki Teraz zabiorę Jasia do Marka, a tobie wszystko przyniosę. Ja mogę u was zostać przez parę tygodni, dopóki nie dojdziesz do siebie jeśli tylko chcesz.
Basia spojrzała na teściową i rozpłakała się.
Już, już, kochanie! Nie wolno! Lekarz zalecał: same pozytywne emocje! Więc na nich się skupiamy, dobrze? A zresztą, popatrz, co my tu mamy
Helena posadziła Jasia na podłodze, a jak się upewniła, że stoi, puściła go i Basia jak ręką odjął przestała płakać, patrząc, jak jej synek sam idzie w jej stronę. Podniosła go na ręce, spojrzała na teściową.
I jak? Pozytywne emocje? To idziemy na rosół zaśmiała się Helena. Wracaj szybko do sił, bo jak ten młodzieniec zacznie biegać, potrzebujesz energii więcej, niż myślisz.



